Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Gucio, czyli młodszy brat Szamza, obiecującego łódzkiego rapera, o którym zdarzyło mi się wspomnieć, nie jest debiutantem na polskiej scenie. Na początku były uzależniające "Słodycze" – napędzana wielobarwnym podkładem Geezy'ego opowieść kilkuletniego dziecka o jego zamiłowaniu do słodkości cieszyła i sprawiała całkowicie nieironiczną przyjemność. Choć "Power Rangers" nie zachwyca tak mocno, nie można zaprzeczyć, że mamy kolejny hit. Przy okazji widać, ile znaczy dobry producent (tym razem również świetny Swizzy) i realizator nagrań (tutaj obstawiam oczywiście Szamana), którzy przy odrobinie wysiłku tak pokierują niespecjalnie świadomym MC, by kawałek, który nagra, cieszył ucho. Młody Gustaw ma dopiero 8 lat, zastanawiam się, co by ze mnie wyrosło, gdybym w jego wieku słuchał Gucci Mane'a, nie Crazy Froga. –A.Barszczak
Jak już zdążyliście się zorientować, w naszym kraju dość trudno o r&b z prawdziwego zdarzenia. Poza takimi iskierkami jak Chloe Martini, Rosalie. czy Smolasty w temacie panuje smutek i bieda. I pewnie nie jesteśmy jedynym europejskim krajem, który cierpi z powodu tego braku. Pomyślcie na przykład o Hiszpanii: znacie jakiegoś wykonawcę r&b z tego kraju? No właśnie. Dlatego podejrzewam, że Belén Vidal aka BFlecha to taki odpowiednik naszych krajowych r&b RODZYNKÓW. Związana z labelem Arkestra Discos artystka ma już na swoim koncie debiut βeta (sprawdźcie), kilka singli ("Specius Presente" brzmi jak singiel hiszpańskiej wersji Liz), a na horyzoncie już jawi się sofomor Kwalia. Jego pierwszym zwiastunem jest "Rutas Circulares" – mknący na lekko trapowym podkładzie, wyścielony delikatnymi pacnięciami w syntezator song zaśpiewany oczywiście w ojczystym języku Belén. Dziewczyna ewidentnie "czuje" materię, w której się porusza, bo refren nienachalnie wbija się do głowy, a odpowiednio wyważona "współczesna" produkcja uwypukla duszę tracka. Pozostałe piosenki z nadchodzącego LP są również interesujące, więc nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na cały album. Powinno być dobrze. –T.Skowyra.

–W.Sawicki
Patrząc na zespół Alison Goldfrapp i Willa Gregory'ego z perspektywy 2017 roku, można wysnuć raczej średnio zadowalające wnioski. Piosenki, które były świeże ponad 10 lat temu (debiut wydany w 2000, a Black Cherry w roku 2003), dziś nieco straciły na aktualności i nie zaskakują tak, jak kiedyś. Natomiast jeśli spojrzeć na Silver Eye dokładniejszym i sprawiedliwszym okiem, okaże się, że Goldfrapp wytworzył swój własny muzyczny język – styl, z którym kojarzy się odpowiedni zestaw dźwięków, melodii, barw, emocji. Jasne, opener "Anymore" duchowo przynależy pewnie jeszcze do początku ubiegłej dekady, ale te rozżarzone, electroclashowe synthy w połączeniu z odrobinę teatralnym, dostojnym głosem Alison tworzą mieszaninę jedyną i niepowtarzalną. Oczywiście piosenki nie są oszałamiające i pewnie najbardziej spodobają się zagorzałym fanom duetu, ale ich synth-popowy krój po latach nadal mnie rusza, a sączącą się w pełni księżyca, mleczną balladę "Faux Suede Drifter" zapamiętam nawet na dłużej. I po tym da się poznać wartościową muzykę. –T.Skowyra
B. Bravo na początku dekady dość sprytnie imitował dam-funkowy masterplan (EP-ka Computa Love) i dzięki temu został zapamiętany przez pewne grono odbiorców. Dziś Adam Mori przygotowuje się do wydania debiutanckiej płyty Paradise, która, sądząc po kilku już udostępnionych fragmentach, będzie zlepkiem wakacyjnych wibracji z g-funkiem, boogie-funkiem, nu-disco czy synth-r&b. I tak się składa, że na razie moim ulubionym singlem z nadchodzącego w kwietniu LP jest "Can't Keep My Hands Of You" z gościnnym głosem znajomej Adama, Revy DeVito. Dlaczego? Bo moja słabość do takich progresji akordów skondensowanych w chłodnym, ale jednocześnie gorącym od emocji r&b-gemie jest zbyt duża, abym mógł się oprzeć. Dodajmy to tego atłasowy, zmysłowy timbre Revy (przypomina mi trochę Kelelę) będący symbolem-krzyżówką 90sowych chartsów oraz modernistycznego podejścia do r&b i mogę się rozpływać w kolejnych, kojących moje nerwy zapętleniach. Wam też zalecam. –T.Skowyra
Debiutancki album argentyńskiej songwriterki i wokalistki Valerie Teicher to rzecz dość zgrabnie łącząca wyraziste pierwiastki, z których obecnie skonstruowany jest "alternatywny mainstream". Jest tu kobiece r&b spod znaku Jessie Ware czy Empress Of (świetnie sprawdzający się w roli singla "Keep Running" i jeszcze bardziej przebojowy "Say You Do") czy Jessy Lanzy (w "Creep" słychać nawet wokalne podobieństwo; podobnie w "Justify", ale tu dodatkowo mamy podobnie zbudowane napięcie jak u Jessy), jest ekstrawaganckie, tameimpalowskie disco (już pierwsze takty eterycznego "Baby" nie pozostawiają złudzeń, że Tei Shi słyszała którąś z płyt Parkera; "How Far" to również podobny obszar stylistyczny), jest wreszcie coś z indie popu Grimes (w "Crawl" Valerie mogła sobie trochę pokrzyczeć). A sama Tei powiedziała, że to wszystko składa się na jej własny genre "mermaid music". Z trochę gorszych wiadomości: Crawl Space pod koniec lekko się rozmywa, ale przez całą długość trzyma równy poziom z kilkoma wyróżniającymi się punktami. Aha, sprawdźcie urocze skity. –T.Skowyra
Duet Hansen/Blazevic na swoim trzecim już wydawnictwie po raz kolejny oferuje oniryczno-euforyczną podróż w głąb ambientalnego popu. Całkiem przebojowe ("power ambient"?) single zapowiadające Images ("To Be Fair", "Beyond The Clouds") sprawiły, że z niecierpliwością wyczekiwałem długograja. Rozczarowania nie ma. Mimo że nie wszystkie fragmenty są tak chwytliwe, jakbym sobie życzył i czasem może się wydawać, że trącą powtarzalną muzyką tła, to jednak uroczo niewinny wokal Hansen, przebijająca się przez pokłady kasetowej mgiełki pełna kontrola wielu planów oraz melodyczna wyrazistość przybierająca czasem formę zabawy fakturami ("Shared Dreams"), godnie reprezentują ten silnie rozcieńczony dream-pop spod znaku DIANA. –J.Bugdol
Wiadomo – 2017 stoi pod znakiem gitarowych powrotów. Slowdive, Land Of Talk, Ride... Długo by wymieniać. Najczęściej wszystko skwitować można przeciągłym "meh", więc kiedy odpalałem najnowszy singiel Broken Social Scene, nie miałem złudzeń ani nadziei. Na szczęście bardzo miło się rozczarowałem. Choć trochę "tak już się nie gra", to standardowy, pozornie chaotyczny przepych "Halfway Home", w którym buzuje dużo motywów, rozbudowana konstrukcja oraz w miarę wyraziste hooki, ratują zespół przed geriatrią (c'mon – 7 lat minęło). Jestem w stanie zaakceptować formułę, która kreatywnie nawiązuje do przeszłości, więc stawiam plusa i po cichu liczę na niespodziankę (raczej) w postaci albumu, który co najmniej utrzymałby ten poziom. –J.Bugdol
Życie Norbiego jest jak pomarańcza. Zastanawiam się, z czym kojarzy mi się nowy singiel Norberta Dudziaka, postaci jedynej w swoim rodzaju, która z pomieszania żenady i jakiejś dziwnej do zdefiniowania "sympatyczności" stworzyła własne nie wiadomo co. Z "Chcemy Bawić Się" jest podobnie – z jednej strony słychać mozolne łapanie się współczesnych patentów panujących w EDM-owym tyglu już od kilku sezonów, a z drugiej Norbi nie jest w stanie pozbyć się disco-polowej przaśności, dzięki której wabi(ł) masy. Mimo to, z tej dziwacznej fuzji powstał chwytliwy singiel (nowe disco kołyszące się w rytmie EDM-owej błazenady celebryty), który może i będzie tylko kilkugodzinną ciekawostką, ale leżącą daleko od granicy zła tego świata. Czyli summa summarum, koniec końców, ad extremum, PER SALDO – koleś pozostanie dla mnie sprzecznością i zagadką, której nie jestem w stanie rozwikłać. –T.Skowyra
Slowdive czaru sprzed lat nie stracili. Młodzieńczą werwę? Już tak. Gdy sukcesywnie tracąca słuch Rachel Goswell schodzi na drugi plan, a do głosu dochodzi Neil Halstead, Brytyjczycy jeszcze bardziej zatracają się w estetyce minimalnego aranżu spod znaku Pygmalion. Ale tutaj nie powiewa już tym klinicznym chłodem uprawianym przez nich dwadzieścia lat temu, kiedy band wyczekiwał rychłego wydawniczego końca. "Star Roving" też z tego żadne – kotłujące się gitarowe faktury ustępują miejsca balladycznej pop-rockowej konstrukcji. Pierwszy raz na powierzchni utworu tak obficie rozlewa się starcze ciepło. I właśnie ten nastrój łagodnego smutku każe zastanowić się, na co w przypadku Slowdive tak naprawdę czekałem. Bo słysząc przed kilkoma tygodniami pierwsze przymiarki do kompaktowego reunionu, w uszach miałem tylko wapniacką kalkę przeszłych dokonań. Nikomu niepotrzebną syntezę wielkości najntisowego grania. Teraz, powolutku, zaczynam wierzyć w sens głośnego powrotu, no bo kto inny ma szansę rozgonić songwriting XX i Beach House, jeżeli nie Slowdive? −W.Tyczka