Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Toro przyzwyczaił nas do ciągłej zmiany, jednak tym razem zestaw inspiracji wywołuje mimowolny opad szczęki – Boo Boo, które ukaże się 7 lipca, ma nawiązywać do takich zawodników jak Travis Scott, Frank Ocean, Oneohtrix Point Never czy Daft Punk. I rzeczywiście – "Girl Like You" wyraźnie zdradza fascynację współczesnym r&b/hip-hopem. Podkład łączy w sobie nie tylko trapowy vibe, ale również lekką hauntologię spod znaku Lopatina oraz typową dla Toro "chilloutową taneczność" (klawisze, znakomity, giętki bas). Zwłaszcza autotune'owy wokal (a od 2:11 właściwie czysty rap) pokazuje, że Bundick nieustannie śledzi trendy i tłumaczy je na własny, autonomiczny język. "To są właśnie te detale", które najpewniej sprawią, że za niecały miesiąc Boo Boo mocno namiesza w listach rocznych. –J.Bugdol
Cieszę się, że statuetka Porcys dla najbardziej czerstwej piosenki z Polski co roku trafia w odpowiednie, doskonale zmaskulinizowane dłonie. Tylko pamiętajcie: rację miał artysta, gdy twierdził, że mężczyźni są odrażający, brudni i źli. A gdy okazuje się, że biorą się za nagrywanie okropnej muzyki, to już naprawdę pozostaje tylko płacz i zgrzytanie zębami. Piotrek Rogucki tańczy, Organek robi to, co wychodzi mu najgorzej, czyli jest Organkiem, a Monika Brodka chce "aeroplanem wlecieć do naszych głów", jakby z góry zakładając, że są na tyle puste, że ochoczo łykniemy to gówno. Tak bliski kontakt z filarami polskiej alternatywy może onieśmielać, ale ta alternatywa w gruncie rzeczy jest jedna: albo "męskie granie", albo cisza. Błoga, wszechobecna cisza. –P.Wycisło
Tęskniliście za Arielem? Jeśli tak, to dobrze się składa, bo wszystko wskazuje na to, że jego nowa płyta – zatytułowana prawdopodobnie 13 – zawita do nas już niedługo. Tymczasem możemy się cieszyć jej pierwszym zwiastunem, choć to prawie jak dwa utwory w jednym: elegancką, lekko zamgloną 70s-ową przejażdżkę przeplótł bowiem Pink wstawkami z jakiegoś człapiącego psych-prog-popu, sięgającego korzeniami gdzieś w okolice House Arrest. No i bardzo ładne to wszystko, chwytliwe, letnie, choć tradycyjnie niepozbawione pierwiastka "freak". "Another Weekend" ukaże się jako singiel 18 czerwca, tytuł b-side'a: "Ode To The Goat"; co tu dużo mówić, getyourhardcorepops, Ariel. –W.Chełmecki
Dobrego power-popu nigdy nie za wiele. Tym bardziej jeśli wymyka się power-chordsowym schematom i najntisowym tropom indie-rocka, nieśmiało zerkając w stronę math i sophisti. Stąd już tylko krok do progresywnego popu. Charly Bliss mogłoby być kolejnym MELODYJNYM indie bandem, który serwowałby zaledwie przyjemne hooki, ale dzięki umiejętnemu komplikowaniu aranżacji i harmonii, osiąga swój mały kompromis między bezpretensjonalną przebojowością a "skromnym wyrafinowaniem". Przesłodzone twee wokale, wielkie refreny i wspaniała sekcja wystarczają by grać jak, hmm... Deerhoof w wersji pop-rockowej i ja oczywiście to kupuję. –J.Bugdol
Po wybuchu chillwave'owej gorączki, Ernest Green był jednym z najlepiej zapowiadających się zawodników. Ale po serii kilku świetnych singli i EP-kach moce jakby wyparowały z ciała i umysłu producenta. Dziś Washed Out to już nieco zapomniana historia, dlatego tym bardziej zaskakuje mnie "Get Lost", pokazujące nową muzyczną ścieżkę Greena. Skąd wziął się pomysł na mknący z groove'em, taneczny kawałek przyozdobiony stukającymi klawiszami w klimacie lat 70.? Nie będę zgadywać, ale ten nowy numer brzmi podejrzanie podobnie do najbardziej dance'owych fragmentów Underneath The Pine Chaza, który przecież jest dobrym ziomkiem Ernesta. Przypadek? Bardzo bym chciał, ale nie sądzę. W każdym razie, chętnie posłuchałbym nowego longplaya Washed Out w takiej stylistyce. Może już za jakiś czas mi się to uda. T.Skowyra
Edit: zdaje się, że jeszcze w tym miesiącu − 30. czerwca ukaże się trzeci LP Washed Out, Mister Mellow.
Z Miley nigdy nic nie wiadomo – czasem wypuszcza tracki niewyróżniające się zbytnio na tle mainstreamu, kiedy indziej zaskakuje popową psychodelią (casus Miley Cyrus & Her Dead Petz). Tym razem werdykt pozostaje otwarty. Zaskakująca letniość "Malibu" – dosłownie i w przenośni – ma w sobie pewien potencjał, niestety nie do końca wykorzystany. Podkład zamiast ewoluować, wybuchając gęstym, funkującym dance-popem (jakbym sobie życzył), rozmywa się w powtarzaniu kilku NIERUCHAWYCH, gitarowych segmentów. Zwłaszcza refrenowi brakuje większej wyrazistości na tle reszty – stoi w kłopotliwym rozkroku między balladowością a bangerowym potencjałem, ale doceniam chociażby motyw na 1:09-1:15 (math-rock, hehe), powtarzany jeszcze później kilka razy. Szkoda, "że tak się to wszystko potoczyło", ale nie bądźmy pesymistami – wierzę, że "Malibu" to zapowiedź bardziej dobrego niż złego. –J.Bugdol
Sytuacja jest taka, że młody protegowany Pharella z Compton nagrał sobie EP-kę na bitach Kaytranady i to jest najlepsze 16 minut, jakie możecie sobie dziś zapodać. Buddy może nie jest póki co tytanem charyzmy, ale jego nieco goldlinkowe flow zupełnie daje radę, nie gubiąc się nawet na tak wymagającym podkładzie, jak tubylcze "Guillotine". Zostając przy podkładach: autor 99.9% przygrywa tu z właściwą sobie precyzją, spajając te pięć zróżnicowanych w sumie utworów charakterystyczną duchotą i przypominając, że w sterylnym, programowanym funku nie ma sobie dziś równych. Ocean & Montana to skompresowana, pozostawiająca z poczuciem lekkiego niedosytu paczuszka na upalny dzień, na której obiecujący raper spotyka fenomenalnego producenta – grzechem byłoby o niej nie wspomnieć. –W.Chełmecki
Kara-Lis Coverdale to Kanadyjka komponująca modern-klasykę obłożoną najróżniejszymi elektronicznymi przypisami. Działa w muzycznej niszy wypuszczając limitowane wydawnictwa, nic więc dziwnego, że nie bryluje w mediach i nie cieszy się popularnością. Ale moim zdaniem warto przyjrzeć się dokładniej jej ostatniej kompozycji. Grafts to nagrana dla Boomkat, ponad dwudziestominutowa mikro-suita mieszcząca w sobie kilka segmentów zespolonych w spójną całość. Brzmi to jak obszerne promo solidnego longplaya, ale w ciągu tych 20 minut postawiono wyłącznie na treść. I tak Kara-Lis zmieściła w jednym naczyniu praktyki Ovala, chłodną proto-elektronikę z przedziału Else Marie Pade, ozdobiony ślicznymi ornamentami minimalizm à la Glass, siateczkowe podmuchy Maxa Richtera czy wreszcie wyciszający ambient zapewniający ukojenie w finale. We wszystkich fragmenty da się wyczuć czuwającą kompozytorkę, której udało się stworzyć coś nie tylko formalnie inteligentnego, ale zwyczajnie urokliwego. –T.Skowyra
To już druga płyta Afghan Whigs po reaktywacji i kolejny raz – zupełnie tak samo jak przy okazji Do To The Beast – myślę sobie, że trochę szkoda było porysować tę zamkniętą w pomnik, zwieńczoną opus magnum zespołu dyskografię. Z drugiej strony trudno wyrokować czy ten reunion to bardziej przyczynek do kombatanckich występów czy platforma Dulliego do hobbystycznego wydawania piosenek, ale też zachowajmy rozsądek – niech ma. Jeśli mówimy natomiast o tym drugim przypadku, trzeba zaznaczyć, że mamy do czynienia z zaledwie mglistym echem dawnych uniesień, a sam Greg przez lata wyraźnie stracił (przynajmniej w wersji studyjnej) na swojej charyzmie, sile i namiętności, co jest – jak słusznie komentuje jeden z użytkowników RYMa – ogromną stratą dla indie-światka. In Spades to płyta zupełnie bezbarwna, pozbawiona wybijających się pomysłów, taka do przesłuchania raz i nie wracania, a może nawet do całkowitego olania pod wpływem opinii jakiegoś losowego bozo z Porcys. Bo jeśli nie jesteście akurat oddanymi fanami, to raczej niewiele stracicie. –W.Chełmecki
Muszę przyznać, że Kamp! najbardziej interesował mnie wtedy, gdy był jeszcze zespołem bez debiutu. Owszem, Kamp! przestawił myślenie młodzieży, która zobaczyła, że muzyka klawiszowa też jest cool, ale jednocześnie ujawniał songwriterskie słabości składu. Niestety dziś te słabości słychać jeszcze wyraźniej – "Deny" jest kawałkiem zupełnie bez charakteru, właściwie oderwanym od rzeczywistości, bo przecież Cut Copy robili takie rzeczy z 10 lat temu i to znacznie ciekawiej, a przecież mamy 2017 rok i trochę się na świecie pozmieniało. Jasne, miła to piosenka, nie zakłóca życia, nie irytuje, ale jej przezroczystość wręcz zabija – zapominam o niej właściwie już w trakcie słuchania. I zawsze w takich sytuacjach pojawia się pytanie, czy ktokolwiek zwróciłby uwagę na ten song, gdyby nie głośna nazwa zespołu? Moją odpowiedź chyba znacie. –T.Skowyra