Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Konia z rzędem temu, kto wskaże różnicę pomiędzy nowymi, solowymi nagraniami Ariela a utworami, które – począwszy od Before Today – publikował przy wsparciu Haunted Graffiti. "Black Ballerina", podobnie jak zresztą "Put Your Number On My Phone", potwierdza kontynuowanie kursu obranego na Mature Themes, wydawnictwa akcentującego raczej retropopową część fascynacji Pinka, w przeciwieństwie do psych-folkowych, eksperymentalnych korzeni – Rosenberg jeszcze nigdy nie był tak blisko wczesno-średniego Bowiego, a fakt, że lo-fi przez ostatnie lata stało się czymś tak popularnym, że właściwie przezroczystym i niezauważalnym, tylko wzmaga to wrażenie. -J.Wencel
O, tego nie znałem. Włosi pozazdrościli nam księdza rapera i odpowiadają siostrą zakonną w świecie popu. Ominęło mnie to zjawisko "urszulanki o mocnym głosie", ale tu wyrok byłby taki sam bez względu na osobę wykonawcy. Jeśli ktoś myśli, że zaśpiewanie piosenki o ruchaniu w nowy sposób sprawia, że przestaje ona być piosenką o ruchaniu, to mogę się tylko uśmiechnąć. Dick, dick, dick, dick, dick. -K.Bartosiak
Spróbujcie sobie wyobrazić, że nie jest to remix, ale kolabo. Pierwsza część należy do Tesfaye: typek plumka sobie coś, z czego niewiele wynika, nudząc i rzucając kilka doprawdy potwornych linijek. Lido z kolei nie wychyla się – tu coś podkręci, tam coś dorzuci – ale to dopiero cisza przed burzą. Gdzieś na wysokości 1:54 norweskiemu producentowi włącza się tryb "dość pierdolenia, robota czeka", a Weekndowi pozostaje jedynie słuchać i płakać. Odsyłająca w kosmos, lawinowa progresja, jest tu furiacko uskuteczniona w gęstej miazdze footworkowej rytmiki, basowych zaczepek i fruwających po obu stronach skali wokalnych skrawków. To nieco ponad minuta konwulsyjnego miotania się i doznawania na lewo i prawo – i jak tu gościa nie lubić. -W.Chełmecki
Czy to już będzie reguła, że po każdym wydaleniu politycznego singla Kukiz raczyć nas będzie kabaretowym skeczem pod tytułem "niepokorny na cenzurowanym"? Zatem dobrze, skreślę o kupie słów kilka, póki mnie to bawi. Po pierwsze, co do meritum – Magdalena Jethon nie ma racji. Ten kawałek nie może być traktowany jako agitacja wyborcza, bo po prostu nie ma tam nic, co by mogło wypromować kandydata w wyborach samorządowych, nie ma nic o drogach i przedszkolach, a tak poza tym numer jest zbyt chujowy, żeby cokolwiek wypromować. Opiera się na punkopolowym riffie, którego pewnie wstydziłby się Big Cyc, a może i Protelaryat i dokładnie tak samo nędznym bigcycowym dęciu w refrenie. Tekst to Himalaje Alpy Pireneje żenady, nic gorszego nie miało miejsca od kiedy Kukiz oddawał hołd poległym w Katyniu. Jak bardzo niekumatym trzeba być, żeby w 2014 r. pałować się swoim "oszołomstwem", "ciemnogrodztwem", "moherstwem" ("Jestem moherem" – naprawdę pada to zdanie) i że nie był kapusiem i że to jest wszystko w kontrze do Michnika, ale rozumiecie, kochani, ja puszczam oko, żartuję, "jestem oszłomem hyhy wiecie o co chodzi, nie?". To się nie dzieje. Po drugie, jest wielce zawstydzającym dla "środowiska prawicowego" zjawiskiem, że kiedy jakikolwiek pośledni aktor, muzyk czy inny celebryta zadeklaruje się jako prawicowiec, jest na wszelkie możliwe sposoby w prawicowych mediach eksploatowany w roli mędrca. Stąd między innymi sięganie po Redbada Klijnstrę na każdym kroku i pozycja Kukiza. Dla Maleńczuka po zerowej piosence "Władimir" nawet okładeczka była. Co za potworne kompleksy. -M.Zagroba
Jesień już stuka do okiennic, a tu wciąż balearyczna aura. Po cichu liczyłem na coś w rodzaju Pali, jednak Lemonade woleli postawić na bezpieczniejsze zagrania. Owszem, stylistyka i wnętrze Minus Tide zahaczają o album Friendly Fires (najbardziej chyba "Come Down Softly"), jednak rażą niezbyt wyszukanymi, dość koronkowymi kompozycjami. Oddajmy im, że "Stepping" czy "Clearest" mają całkiem fajny feeling (trochę Tigercity i bardziej udane fragmenty wypuszczonego niedawno debiutu Fair Weather Friends), a "Water Colored Visions", mimo rozwlekłości, wyglądałby całkiem nieźle na Kampie!, to jednak całościowo nuży mnie ta płytka. "Durutti Shores", "Reaches", "Awake" czy "OST", to kawałki, w których większy nacisk został położony na sound i obróbkę, spychając konstrukcję piosenek na drugi czy trzeci plan, przez co przez krążek przemawia efekciarstwo i widać, że goście próbują łatać słabości ułożonych numerów produkcją. A szkoda, bo kolo ma całkiem fajny wokal, pomysł na granie też wydaje się niezły, brak tylko dobrych refrenów. -T.Skowyra
Co prawda XOXO stuknie niedługo pół roczku, ale głupio by było o tej trzyutworowej EP-ce na łamach Porcys nie wspomnieć, bo to bardzo zacna rzecz. Alexander Goryachev – legitymujący się pseudonimem 813 – to kolejny uzdolniony reprezentant Mad Decent. Dzięki nieco większej przystępności, XOXO jest swoistym checkpointem dla każdego, kto czuł się odrobinę przytłoczony słuchając Sunshine Alizzza. To trapowo podbity, pękający w szwach od kolorowych hooków future-bass z lekko progowym zacięciem, którego budulcem i wizytówką są szalenie melodyjne, ledwo trzymane w ryzach partie syntezatorów, odsztafirowane następnie całą masą sampli, cukierkowych quasi-orkiestracji i schodkowych, pompujących ciśnienie przerywników. Te niecałe 10 minut muzyki skupia w sobie więcej skondensowanej treści niż niejedna dyskografia, więc nic tylko brać, słuchać i puszczać w świat. –W.Chełmecki
No fajny ten nowy Julio. "Rhythm of Auld" z lekko podciętym basem startuje jak utwór Jamiroquai, ale nie dajcie się zwieść. Cykające motywy rodem z najlepszych wałków disco, narkotyczne syntezatorowe podkłady i uroczy featuring J'Danny znakomicie korespondujący z wokalem Bashmore'a to intymna wersja house'u, którą kupuję. Do sztosu na miarę "Battle For Middle You" troszeczkę zabrakło, ale jeśli "Rhythm of Auld" potraktuje się jako wprawkę przed nadchodzącym albumem to zabawa jest przednia. -J.Marczuk
Czesław śpiewa: "Nienawidzę cię Polsko, na to nic nie poradzę". Ja niestety też nie, ale wiem, kto by poradził. Psychoanalitycy w Koluszkach. Naprawdę, to nie tak, że się z Mozilem nie zgadzam, po prostu nie wiem, co on tam właściwie bełkoce. Pewne jest, że sadzi się do nowej emigracji, zdążył ją już podpatrzeć, zrozumieć – teraz będzie diagnozował. "Polak nie zadzwoni do domu i nie powie: >>Mamusiu, sprzątam tu mieszkania i jest mi z tym dobrze<<. Nie, on będzie się tego wstydził" – komentuje celebryta, do niedawna właściciel baru w Kopenhadze. A "jak wraca do swojej wioski" to "nie mówi: tęsknię" tylko "stawia kolejkę, bo ZARABIA" – marudzi dalej. O co ci chodzi, człowieku? Po kimś kto sam wychował się w polonijnym środowisku, spodziewałbym się jednak bardziej wnikliwych spostrzeżeń, a nie kilku klisz o londyńczykach z dodatkiem pozującego na grubą rybę wujka Johna z Samych Swoich. "Na płycie trochę szydzę, trochę się śmieję, obserwuję te polskie kompleksy" – kontynuuje autor Grać Nie Srać, zaznaczając swój cel oświatowy. To ci Stańczyk dopiero! Ma ważną misję. Jaką? Nieważne. Polscy artyści – od L.U.Ca po Mister D – uwielbiają tego typu ekshibicjonistyczne gołosłowie, ubrane w płaszczyk głębokiej społecznej satyry. Mozil nie jest wyjątkiem. Jedzie z posłannictwem (korzystam z jego własnej nomenklatury) jak ta "maszynka do świerkania".
Na stronie rzuca również rękawicę w innym pojedynku - na najbanalniejszą apostrofę do naszej ojczyzny-matki (danger-gender). Taki der Dolchstoß w samo serce patriotycznej próżności. Jeszcze Szczepan Twardoch nie zdążył odszczekać swojego: "Pierdol się, Polsko", w obliczu chwały polskiego oręża, w tygodniu, w którym Wieczny Grunwald wrócił do macierzy, a tu zaatakował Czesław uzbrojony w zestaw częstochowskich rymów i za chwilę opiniotwórcze media będą kruszyć kopie o te jego bardzo mądre słowa. Tu przecież nie chodzi o piosenkę, głupcze, tu chodzi o Polskę, right? -W.Kowalski
Po zakończeniu bardzo lubianego przez nas cyklu 777 Vindsval nowym albumem powraca do serii Memoria Vetusta, czyli w pamięci starej odmęty. Nie liczmy więc na bezpośrednią kontynuację eksperymentalnego wcielenia artysty, którą bez trudu dało się usłyszeć na wydanym kilka miesięcy temu splicie z P.H.O.B.O.S . Dostajemy przede wszystkim rasowy, poprzetykany pseudo-gregoriańskimi zaśpiewami i podbity całą kopą niezłych riffów black metal. Zgodnie z nazwą – po prostu krew z północy. Vindsval udanie kopiuje własne patenty z pierwszych części cyklu, nawiązuje też do strojnych klimatów Emperor lub do Immortal z czasów Serca Zimy, udowadnia, że ascendenci nie byli w ciemię bici, nie na mchu jadali. Always the old way? Raczej niecny podstęp, bo pod przykrywką swojskiej scenerii ukrywa tu również bardzo techniczne, repetycyjne i kompulsywne oblicze, w saturniczny sposób przycinając sympho-blackowe (heh) podniosłe elementy, zjadając je i wypluwając tak, aby pasowały pod jego wartki, czasem jednak nazbyt jednostajny sound. -W.Kowalski
Po świetnej EP-ce Glimpse i minimalnie słabszej (acz ciągle bardzo dobrej) Whirls wrocławski ansambl zawodzi. "Reflect" w ostatecznym rozrachunku jest porządnie skrojonym i przyjemnym dla ucha electropopowym utworem, ale za prostym, zbyt bezpiecznym (szczególnie jazdy syntezatorów w motywie przewodnim - ile razy słyszeliście podobnie ograne motywy?) i summa sumarum nieco trącącym banałem. Śpiew Lety'ego jest (jak zwykle) intymny i czuły, ale w najbliższej przyszłości wolę w zaciszu czterech ścian pokontemplować inne rzeczy. Mam jednak cichą nadzieję, że na płycie wrocławianie nie postawią na prościznę i będą przeciwieństwem grupy Fair Weather Friends, która po świetnym singlu mocno nas rozczarowała debiutanckim albumem. -J.Marczuk