Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Dwie pierwsze odsłony ekranizacji Hunger Games bez ironii uważam za całkiem sprawnie zrealizowane teen movies. Na dniach na polskie ekrany trafić ma Mockingjay – Part 1, czyli trzecia część serii, i gdyby decyzja o ewentualnym pójściu do kina uwarunkowana była poziomem promujących soundtrack singli, bez chwili zastanowienia pieniądze przeznaczone na bilet wydałbym na piwo. Jakiś czas temu "Yellow Flicker Beat" Lorde słusznie skarcił Kacper Bartosiak, klapą okazała się również propozycja Chemical Brothers, a teraz do tego orszaku mierności dołączają CHVRCHES, autorzy jednej z najbardziej beztreściowych płyt, jakie przyniósł 2013 rok. "Dead Air" to inspirowany ejtisami, gówniano-melancholijny electro-pop z refrenem przewidywalnym bardziej niż porażka nadchodzącego filmu o Aaliyah. Podobno utwór grywany był już wcześniej na koncertach…O kurwa, właśnie wyobraziłem sobie pobyt na ich koncercie. Niech ten dzień się wreszcie skończy. –W.Chełmecki
Pochodzący z Birmingham w stanie Alabama, Garrett Crosby aka Holly Waxwing, to postać, o której być może już za jakiś czas będzie się mówiło. Przynajmniej powinno, bo gość na to zasługuje, choćby ze względu na najnowszy tune – "Chalant". Rozgrywają się tu zawody między znanymi z pierwszych EP-ek, szkieletowymi post-piosenkami Jamesa Blake'a, a kalejdoskopowym przepychem mikro-tekstur, wyjętym jakby z Pure Wet Jensenów (słychać to zwłaszcza w wokal-samplowej palecie barw). Może track nie chwyta tak mocno, jak co niektóre pozycje młodego Anglika czy duetu z Nashville, ale i tak brzmi dość świeżo i obiecująco. Będziemy mieć oko na tego zioma. A jak komuś mało Holly Waxwing, to niech ciśnie na Bandcampa po album Goldleaf Acrobatics – też spoko mieszanka. –T.Skowyra
Natalie Prass, pochodząca z Nashville nowa twarz Best New Music, wychodzi z propozycją, która powinna zadowolić fanów Carole King albo Joni Mitchell circa Court And Spark. "Why Don’t You Believe Me" to subtelnie skrojona balladka, urzekająca doskonale wyważoną aranżacją: od kameralnych orkiestracji i delikatnych pyknięć w klawisze po lekko bujający groove sekcji rytmicznej. Sama Natalie ucieka od nadmiernej ekspresji, z łagodnością poddając się kawiarnianemu klimatowi utworu. Cóż – mnie to ma, popijając gorącą czekoladę czekam więc na więcej. -W.Chełmecki
Niewiele wiem o tych dwóch gościach (nie wiem nawet, czy rzeczywiście to są dawaj goście), ale myślę, że ten błąd naprawię w najbliższym czasie. A to dlatego, że George & Jonathan ulepili całkiem sprawny minialbum, na którym mieszają chiptune, modern funk, electro funk, space funk, boogie funk, a nawet bardziej poszukującą elektronikę czy wpływy PC Music (coś z Maxo na przykład). Brzmią trochę jak Krystal Klear na amfie, a to już całkiem fajnie. Na razie nie ma co doszukiwać się tu rewolucji, ale większość wałeczków to prawilniaki. "Jamn" dryfujący po cybernetyczno-klawiszowych przestworzach, "R U In 2 It" wraz z "Everyday Problems" podróżują po meandrach oldschoolowych beatów, "Canopy", brzmiący jak soundtrack z gry video dla dzieci poniżej 12 lat, cyfrowy footwork "A Brief Moment Of Clarity", ślizgający się po wypolerowanych, klawiszowych sound-krainach "Hurtful Things", czy podniosły "Crystal", to rzeczy, które łatwo wchodzą do głowy i które się pamięta. Trochę mniej podoba mi się naspeedowany "Rock", ze słodkimi wstawkami rodem z Dana Deacona, ale w ogólnym rozrachunku III to interesująca pozycja z kilkoma "hitami na czasie". Będę ich pilnował. -T.Skowyra
Upośledzona piosenka promująca filmową chujozę to pakiecik, któremu nie zawsze potrafię odmówić. Obrazu wprawdzie JESZCZE (hehe, taki chuj, wcale się do kina nie wybieram) nie widziałem, ale teledysk nie pozostawia złudzeń, a ja w sumie mam lepsze rzeczy do roboty niż wkurwianie się na to, co tam robi Marian Dziędziel. Olać, wróćmy do meritum, które rządzi na swoich prawach. Oto do pierwszej ligi powraca dawno niewidziany Liber, który tworzył sobie gdzieś tam tę swoją chujnię, ale nikt tego nie grał i nikt się tym za bardzo nie zajmował. Skąd pomysł, żeby go odkurzać? Zabijcie mnie, ale nie wiem. Czyżby zbliżało się jakieś post-hiphopolo? Nie wydaje mi się, ale umówmy się: w majorsach lepiej wiedzą SKĄD WIEJE WIATR. Tym razem w pakiecie z Liberem przywiana została irytująca w reklamach Playa typiarka, która gra w tej wybitnej filmowej produkcji główną rolę. Z "Dzień Dobry, Kocham Cię" wszystkim zainteresowanym udała się rzadka sztuka: wynieśli gówno do tego pułapu, że przez moment zatęskniłem za oryginałem. Ale wtedy włączyłem oryginał i... No właśnie. Polecam zatem uniwersalne rozwiązanie: nie słuchać i nie oglądać niczego związanego z tym tytułem. -K.Bartosiak
In The Shower to idealna propozycja dla fanów zblazowanego gitarowego grania. Trochę w tym R. Steviego Moore’a, trochę Maca DeMarco (nieprzypadkowo, bo Homeshake to Peter Sagar, czyli gitarzysta twórcy Salad Days), ale na tym nie kończą się inspiracje Kanadyjczyka. Ma on również przeszłość jazzową i zajawia się r&b, co słychać najlepiej w rytmicznych elementach jego kawałków. Płyta na przemian buja i relaksuje, a wszystko spaja zaspany wokal. Innym integrującym całość ogniwem jest obecność pierwiastka lo-fi i wszechobecna slackerska atmosfera. Każdy indeks coś w sobie ma, ale mi szczególnie przypadła do gustu melodia ze "Slow". Nie jest to może album, który zmieni wasze życie, ale za to z pewnością dziesięć piosenek składających się na krążek zapewni sporo przyjemności tym, którzy od czasu do czasu potrzebują nieinwazyjnej muzyki. -P.Ejsmont
Adamie Bainbridge, jak mogłeś nam to zrobić? Problem jest jednak szerszy, bo "próby drugiego albumu" nie przetrzymali również bardziej popularni krajanie Kindnessa, na których liczyliśmy: Jessie Ware i SBTRKT. Otherness zawiódł mnie jednak najmocniej, bo tak naprawdę nic tego nie zapowiadało. O znakomitym, nagranym w stylu retro pierwszym singlu na featuringu z Kelelą pisałem już wcześniej, ale i o utrzymanym w duchu World, You Need a Change of Mind "This Is Not About Us" nie mogę powiedzieć złego słowa. A co dalej? Ano dupa. W zdecydowanej większości mamy do czynienia z miałkimi kompozycjami o szkicowym charakterze, nie mającymi zbyt wiele wspólnego z wysublimowanymi i czarującymi kompozycyjnymi detalami "Cyan" lub "Gee Up". Brutalna prawda o przeciętniactwie sofomoru Bainbridge'a wychodzi na jaw szczególnie wtedy, gdy Bainbridge nie ma pod ręką sampli, ale również w miernych wałkach nagranych z Robyn ("Why Do You Love?") oraz kolejnym duecie z Mizanekristos ("With You"). Na pocieszenie powiem, że bronią się dwa ostatnie tracki: zmysłowe "Why Don't You Love Me", gdzie obok Kindnessa i Blood Orange czaruje nas Tawiah oraz przesycony nostalgią i kojącymi zagrywkami saksofonu closer "It'll Be OK". W ostatecznym rozrachunku Bainbridge wybronił się na środkową łapkę, ale srogi zawód pozostanie i jedno z rozczarowań roku też. -J.Marczuk
Nie będziemy tutaj dyskutować o dotychczasowych poczynaniach tego sympatycznego dziewiętnastolatka, ale wspomnijmy tylko, że Shamir to kameleon potrafiący wcielić się w dance-popową divę z lat dziewięćdziesiątych, równie łatwo, co w kanadyjską gwiazdę country-folku. Na “On The Regular”, piosence skrojonej jak żadna z jego tegorocznej EP-ki, staje zaś w szranki z Azealią Banks z czasów, gdy ta zdobywała popularność swoim “212”. Ale nie o pojedynki tutaj chodzi, bo Shamir to równy gość, który w swej najbardziej tanecznej odsłonie z iście angielską gościnnością zaprasza wszystkich na parkiet, zupełnie przypadkowo wskazując Mice Levi, za jakie numery mógłbym ją polubić. -K.Pytel
Gdzieś tak w 2012, longplay Roniki mógł być jedną z najciekawszych albumowych propozycji roku. Dziś, po przesłuchaniu debiutanckiego krążka, blondwłosa starletka nie wydaje się tak ekscytującym zjawiskiem. Owszem, kilka znanych wcześniej singli wypada tu całkiem dobrze ("Forget Yourself" czy "Wiyoo" wciąż bronią się jako sprawnie zrealizowany synth-pop w kolorystyce wczesnej Madonny), jednak większość Selectadisc to zwyczajnie toporny, męczący i dłużący się (chwilami niemiłosiernie) album. Brzmi to tak, jakby dziewczyna chciała zaśpiewać hiper chwytliwy hit, ale jakoś jej to nie wychodzi (choćby "Paper Scissors Stone" odzwierciedla ten stan). Zaczyna się jakiś motyw, a potem całość zwalnia i przychodzi nuda. A wszystko to wina dość lichych kompozycji, których nie da się naprawić obfitującą w vintage'owe klawisze i disco-patenty produkcją. Sorawa, ale o "Shell Shocked" czy "Believe It" zapominam 10 sekund po wybrzmieniu tracka, a przy irytującym "Earthrise" czy "Rough n' Soothe" ziewam jak Neil Tennant na okładce Actually. Pomijam takie PRZEBOJE, jak kuriozalny "Video Collection" albo przezroczyste "Clock" (mdli mnie od tych zmian akordów...), bo nie chcę się dłużej pastwić. Można było chociaż skrócić ten krążek i dodać "Marathon" albo "Automatic" i byłoby lepiej, choć to i tak nie zmieniłoby jakości całego materiału. Tak czy inaczej, wielkiej tragedii nie ma, ale porażających refrenów na Selectadisc też nie uświadczymy. A o to przede wszystkim chodzi w popie, right? -T.Skowyra
Kylie już za chwilę wystąpi w Łodzi – nie będzie mnie tam, więc z zawiści ponarzekam. Kiss Me Once jest najgorszym albumem Kylie od czasu jej wielkiej przemiany w 2000 roku. Oczywiście szczęśliwcy, którzy jadą do Łodzi, nie mają się czego bać. Jak zwykle będzie to show wycyckane do perfekcji, ale nie w stylu robotycznej Madonny, tylko pełne naturalnego uroku piosenkarki i jej największych hitów. Szkoda, że Kiss Me Once nie jest takie ani trochę. Brzmi, jakby garść przypadkowych osób próbowała napisać, coś co brzmi jak piosenki Kylie, ale nie skumało, że chodzi o melodie i hooki. Podpowiedź: najmocniej spieprzyła to Sia Furler, executive i zarazem autorka chyba najgorszego singla w karierze Australijki, która przecież ma patent na śpiewanie o seksie z klasą. ("Sexercize"? How much cheese is too much cheese?). Lubiłem cię kiedyś dziewczyno, ale teraz już lepiej trzymaj się Guetty i Rihanny. W miarę obronną ręką wyszedł Pharrell, paradoksalnie dzięki temu, że "I Was Gonna Cancel" brzmi jakby się w ogóle nie wysilił. Wyszedł w sumie ciekawy szkic. No i jest "Sexy Love", jej najbardziej chwytliwy numer od "Wow" (choć zamiast "You're such a rush / The rush is never ending" dostajemy tu zaledwie mierne "You're like fireworks / And it's the fourth of July"), który skatowałem w rozpaczy. A tymczasem nie oszukujmy się – w czwartek zaśpiewa w Łodzi ponad dwadzieścia hiciorów i jeśli będzie choć trochę tak fajnie jak tu lub tu (byłem!), to cholernie wam zazdroszczę. –K.Babacz