Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nie jestem specjalnym fanem fali neo-funku, która od jakiegoś czasu zbiera żniwa w mainstreaowych mediach. Hity Robina Thicke'a, Daft Punk, Bruno Marsa czy Pharrella to w najlepszym wypadku sympatyczne rozweselacze, w których funkowe mięso zostało rozebrane do czystego groove'u, a zatem choć bujają na imprezie albo w samochodzie, to nie za bardzo przechodzą próbę uważnego słuchania w zaciszu domowym.
Zamysł stojący za “Uptown Funk” był chyba zupełnie inny - to piosenka vintage, która również nie wnosi do historii muzyki popularnej niczego odkrywczego, ale za to składa rzetelny hołd czasom minionym. Posłuchajcie tylko tego intro - to początki hip-hopu. Linia basu operuje figurami jakby żywcem wyjętymi z Chic, klawisze nasuwają na myśl złote lata Minneapolis sound oraz R&B lat 80., natomiast dęciaki z refrenu to jakby stary trik Tower of Power albo Kool And The Gang. Super, ja jestem kupiony, a dla mniej zajawionych tradycyjnym soundem zostaje zawsze współcześnie brzmiący, narastający pre-chorus, który nie będzie odstawać w radiu. –K.Michalak
Iza nie zwalnia tempa. Po wypuszczeniu krążka Painkiller nawiązała współpracę z pochodzącą z Los Angeles, modną beatmakerką TOKiMONSTA. Stylistyka Jeniffer Lee, bo tak naprawdę nazywa się producentka z japońskimi korzeniami, to niemal perfekcyjne uzupełnienie dla polskiej artystki — jej balansujące między hip-hopowym bitem, r&b feelingiem i tanecznym pulsem podkłady świetnie pasują do głosu i charakteru muzyki Izy nie tylko na papierze, co "Pinching" udowadnia. Śmigający na rześkim groovie, doprawiony perkusjonaliami i mocnymi padami klawiszy wałek (plus chyba słychać gdzieniegdzie przetworzone miałknięcie kota, ale pewności nie mam), to chyba najlepsza tegoroczna, piosenkowa propozycja, w której pojawia się łodzianka. Fajnie, gdyby dziewczyny pomyślały o jakiejś dalej idącej współpracy, bo na przykład nie pogardziłbym wspólną EP-ką obu pań. Skoro udało się ze Snoopem, to czemu miałoby się nie udać i w tym przypadku? –T.Skowyra
Duszny bit, duszne synthy, duszna nawijka. Po kilku mniej lub bardziej udanych próbach z niuskulem Małolat chyba odnalazł swoją niszę albo wciąż jest Pezeta bratem, no. Tak czy siak, jedzie dobrze jak nigdy wcześniej, kciuk w górę! –K.Michalak
Za tym projektem stoi człowiek-orkiestra o nazwisku Zawiślak, który, jak się chwali w press kicie, wszystko robi sam, włącznie z odbieraniem telefonów. Zważywszy, że na skrzynkę przyszło mi 5 identycznych maili z prośbą o rzucenie uchem człowiek musi być bardzo zapracowany. Ale wcale mnie to nie wkurzyło, bo ta EP-ka przypomniała mi trochę początek ubiegłej dekady jak w modzie były różne sympatyczne bedroom popowe elektroniki i chętnie po nie sięgałem. I to jest coś takiego, tyle że bardzo wszechstronne i ogarnięte – od bjorkowych zaśpiewów i noworomantycznych melodii na dużej przestrzeni, poprzez przekwaszony pop oparty o klubowy bit z gatunku trochę Timberlake, trochę Tundra, po pościelowy dreamgaze. Nawet na ewidentne przymulenia trudno się wkurzać, skoro słucham i nie wiem czy to etno czy emo, czy Michael Bolton, czy mi zaraz Bono wejdzie z "With Or Without You" i nagle szlachetna trąbka ewokująca "Life’s A Bitch" – osobliwe ale fajne. –M.Zagroba
Grime beka zawitała do Warszawy, pod postacią muzyczno-PRowskiego projektu Mariusza "Bezika" Bereziaka, producenta sceny dance, który do tej pory miał taki pomysł, żeby promować się atrakcyjną (choć tu zapewne wielu by dyskutowało)/cycatą/nogatą "wokalistką" (Groovebusterz, Ola Wróbel), a teraz porywa się na rytmy wielkomiejskie. Z press kitu: "Debiut Run This City opisuje realia życia nocnego wielkomiejskiej rzeczywistości. Obnaża żądze, pragnienia i fantazje, których wszyscy doświadczamy lecz obłudnie skrywamy przed światem." Na pewno obnażanie wychodzi dobrze niewieście z teledysku, a jak z resztą to nie wiem. –M.Zagroba
WILLS to koleś z Bronxu, który podobno śpiewał kiedyś w chórze chłopięcym w Harlemie – tyle na razie o nim wiadomo. Materiał pozwalający przeprowadzić analizę jego muzyki też nie przytłacza, bo zaledwie kilkanaście dni temu zaprezentował światu swój pierwszy kawałek. Jeżeli faktycznie jest to jakiś nowicjusz, to trzeba przyznać, że "Going Through It" brzmi bardzo obiecująco. Genezy umiejętnego operowania głosem można się doszukiwać w jego dawnych muzycznych poczynaniach, ale takiego budowania dramaturgii za pomocą łączenia nowoczesnego R&B z elektroniką w chórze się raczej nie nauczył. Optymistycznie nastraja fakt, że z całej tej mieszanki nowojorczyk był w stanie stworzyć coś chwytliwego. Niecałe cztery minuty wystarczyły, żeby mnie zaintrygować. Jeszcze kilka takich piosenek i utrzymanie anonimowości może nastręczyć mu problemów. –P.Ejsmont
Wystarczyłoby napisać, że to kolejna udana produkcja Bondax i dla wielu osób cierpiących z powodu minusowych temperatur stanowiłoby to dostateczną rekomendację. Panowie Kaye i Townsend nie zatracili bowiem umiejętności przenoszenia słuchacza do najcieplejszych miesięcy roku. Można trochę ponarzekać na brak nowatorstwa i przeciętność dęciakowego hooku, ale o tym pierwszym zapominam dzięki odpowiednio przebojowemu, a jednocześnie relaksującemu refrenowi i następującej po nim części bazującej na funkująco pocinającej gitarce, a ten drugi przestaje przeszkadzać wtedy gdy zostaje zepchnięty na dalszy plan, więc ostateczny bilans jest dodatni. Młodzi Anglicy dobrych kawałków mają już sporo i nadszedł chyba odpowiedni moment, żeby pójść drogą Disclosure, do których są często porównywani, i pomyśleć o wydaniu tak dobrego albumu jak Settle – czekamy z niecierpliwością. –P.Ejsmont
Szopen rapu gra, a Wini rezygnując w dużej mierze z nagminnie wykorzystywanego auto tune’a leci na bicie dokładnie tak, jak chce, pamiętając przy tym by trzymać równie wysoki poziom, co inni raperzy zrzeszeni pod banderą prowadzonej przez niego wytwórni. Zero blamażu. Bartków od czasów Bóg Jest Miłością wyznacza w polskim rapie zupełnie nowe trendy, mając przy tym za nic docinki zawistnej konkurencji. Potwierdzeniem ponadprzeciętnej formy może być bezbłędna gościnna zwrotka à la Future na ostatnim albumie Bonsona i Matka, czy stosunkowo niedawne "Co On Ćpa?". Na "Miałem Kiedyś Taki Czas" znajdujemy kolejny dowód na to, że Winicjusz i Matheo, to już praktycznie jednorodny byt. Ultra chemia łącząca duet rodzi tu kozacki drum’n’bassowy hook i chwytliwą quasi-reggae’owy przyśpiewkę. Proszę, dajcie już tego Głodnego ducha. –W.Tyczka
Ailo wypuściła kawałek, który mógłby zostać uznany za odpowiedź na LP1 FKA twigs, ale tak naprawdę jest całkiem udaną kontynuacją ścieżki kariery obranej przez Polkę już dobrych kilka lat temu. Każdy z jej ostatnich numerów w duecie z Bitykradne czaruje zmysłową erotyką, a ten doprawia wszystko narkotyczną ambiwalencją. Dobry soul, dobra elektronika! –K.Michalak
Gdyby w zwrotkach podrasować nieco bity i dopieścić melodię z początku tracka, to moglibyśmy zawędrować jakieś dziesięć lat w przeszłość, kiedy triumfy święciły przeboje crunk-r&b. Maksymalistyczne “Body Cry” jest jednak nieodrodnym dzieckiem swoich czasów. Panowie Morgan Then i Fletcher Ehlers odnoszą się tu z sukcesem od syntezatorowych pochodów rodem z CMYK oraz kompozytorskiego przepychu Obey City (chociaż technicznie nie jest to utwór z rubryki, którą reprezentują wspomniani producenci, bo wyrasta raczej na gruncie amerykańskiego południa), a tę gorączkę współbrzmień i pokomplikowanych rytmów dodatkowo roznieca wspierający ich wokalnie Father Dude. Nawet jeśli ferowana euforyczność refrenu przyćmiewa intro i mostek, to w ciągu trzech i pół minuty dzieje się tu dużo dobrego i miejmy nadzieję, że wkrótce u pomysłowych Slumberjack dziać się będzie jeszcze więcej. –K.Pytel