Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
"Raising The Skate", czyli premierowy utwór powracającej po dwóch latach z nowym albumem amerykańskiej grupy Speedy Ortiz nie przynosi może rewolucji w indie światku, ale jest znakomitym potwierdzeniem faktu, że gitarowych załóg zza wielkiej wody nie należy w tym roku lekceważyć. I tak, jak kanadyjski Viet Cong rozsadza nieco zaśniedziałą post-punkową tradycję od wewnątrz, tak Amerykanie koncentrują się na odkopywaniu legend z lat dziewięćdziesiątych ze szczególnym naciskiem na formację The Breeders. "Raising The Skate" mogłoby na luzie wylądować na Last Splash, chociaż w poszatkowaniu rytmicznym utworu, ciętej perkusyjnej grze i pomysłowych gitarowych riffach można wyczuć również inspirację nieodżałowanymi Sleater-Kinney (recenzja nowej płyty już wkrótce). Zobaczymy, co dalej, ale jeśli reszta płyty będzie prezentowała się analogicznie do "Raising The Skate" to powinienem być kontent! –J.Marczuk
Field recordings, drone, noise, a w pewnym momencie nawet quasi–industrialne techno urwane tak nagle, jak niespodziewanie wkradło się pomiędzy kolejne silnie przesterowane dźwiękowe strofy – założenia Association For The Advancement Of Creative Musicians zrealizowane. Trzeci z dwunastu tomów COIN COIN zapowiedzianych przez charyzmatyczną, okupującą na stałe małą łódkę w Sheepshead Bay Matanę Roberts, to jej dotychczas najbardziej awangardowe i najbardziej odjazzowione dzieło. Artystka począwszy od pierwszej części stopniowo pomniejsza towarzyszący jej ensemble. Mendel muzyków z czasem zredukowała do liczby pięciu, tworząc tym samym kameralny chamberowy kwintet, by finalnie River Run Thee zarejestrować w studio zupełnie w pojedynkę. Tak oto wielotorowe nagrania głosu, które niejednokrotnie dodawane były w czasie rzeczywistym w trakcie obróbki materiału, korespondując z silnie przetworzonymi, hipnotycznymi saksofonowymi wyimkami konstruują elektroniczno–akustyczne tło dla kwestii w tym projekcie najistotniejszej – kolejnej przedłożonej słuchaczowi intymnej afro-amerykańskiej opowieści. –W.Tyczka
Breaking (EP), czyli kolaboracja producenta Jamesa Hintona, który półtora roku temu zadebiutował jako The Range wcale niezłym albumem Nonfiction oraz wokalistki o pseudonimie Niia to tak naprawdę nic nowego. No bo ile razy słyszeliście zmysłowe, oszczędne i oparte na downtempowym bicie r&b? Ile razy mieliście do czynienia (chociażby biorąc pod uwagę naszą lokalną perpektywę) z jakże oryginalnym tandemem laska-facet? No własnie. Problem jest jednak taki, że ja w pełni kupuję każdy z tych pięciu numerów: synthpopowe "Body" mogłoby spokojnie konkurować z Journal Of Ardency Class Actress, "Breaking" uwodzi repetycyjną partią syntezatorów i subtelnymi wokalizami Nii, "Last Man" zahacza o melancholię debiutu Jessie Ware, a "Numb" i "David's House" są po prostu ładne i nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie na zakupach w ulubionej sieciówce. Powiesz, że to ten duet to "taki lepszy xxanaxx" i ja się pod tym podpiszę, ale nic nie odbierze mi wieczornej przyjemności w słuchaniu właśnie takich fajowych EP-ek. –J.Marczuk
Powracające po trzech latach z nowym krążkiem hip-hopowe bohaterki z Seattle zachwyciły mnie już w styczniu premierowym utworem "Recognition", którego kosmiczny refren mógłby z powodzeniem odnaleźć się na trackliście Until The Quiet Comes Flying Lotusa. Drugie w kolejności, tytułowe "EeartEE" nie ustępuje "Recognition" w niczym, ale jeszcze bardziej uzależnia swoim sennym vibem oraz narkotyczną produkcją godną wyjadaczy z Brainfeedera czy Stones Throw niż oficyny Sub Pop, do której przynależy duet THEESatisfaction. Dziewczyny czarują mnie tak, jak czarowały na debiutanckim AwE NaturalE, a partnerujący im Shabazz Palaces, Porter Ray oraz Erik Blood zgrywają się z nimi znakomicie, choć nie goście są tutaj najważniejsi. Prawdziwym cymesem jest znowuż refren, który swoim wyrafinowaniem i subtelnością odsyła mnie do twórczości nieodżałowanej ekipy Sa-Ra Creative Partners. Nie obraziłbym się za tak szalone i eklektyczne dziełko na kształt albumów Sa-Ra, wygrywające w cuglach ze znakomitym debiutem AwE NaturalE. Premiera krążka już w tym miesiącu, a ja zaciskam kciuki, bo warto! –J.Marczuk
Opener Reality Show sugeruje, że Jazmine Sullivan wraca bez kompleksów po kilkuletniej rozłące z przemysłem muzycznym. Wydany już prawie rok temu singlowy "Dumb" powtarzanymi na przestrzeni całego utworu zaśpiewami tworzy w mojej głowie trudne do usunięcia skojarzenia z "Jesus Walks", ale to refren, w którym bogata produkcja synchronizuje się z chłodem repetycyjnych oskarżeń, stanowi fundament piosenki. Następującą po niej "Mascarę" również zaliczam do udanych fragmentów albumu. Minimalistyczny, lekko hipnotyzujący podkład pasuje jako baza dla satyrycznego, ale wyraźnie przepełnionego goryczą komentarza na temat powierzchowności i fałszu obecnego w otaczającym artystkę świecie. Obie kompozycje łączy osoba Key Wane’a – producenta znacznej części płyty. To właśnie on jest odpowiedzialny za najjaśniejsze momenty, bo oprócz wyżej opisanych kawałków pozytywnie oceniam też może niekoniecznie odkrywczy, ale bezpretensjonalnie ładny i melodyjny "Silver Lining" czy ewokujący lata 80. "Let It Burn".
Niestety nie obyło się bez wpadek. "Forever Don’t Last" dziwnym trafem został najlepiej przyjętym singlem z Reality Show, a zagraniczni recenzenci rozpływają się nad jego zawartością emocjonalną. Wydaje mi się jednak, że mają na myśli inne uczucia niż wywołane u mnie znużenie. Nie przekonują mnie też próby zastąpienia Amy Winehouse, jakie Jazmine podejmuje przy okazji "Stupid Girl". Z ciekawostek warto wspomnieć o samplującej "The Greatest Hit" Annie piosence "Stanley". Nieźle funkcjonuje jako funkująca, wyraźnie odmienna od reszty wałków propozycja, ale atrakcyjna stylistyka nie jest w stanie zamaskować nijakości kompozycyjnej.
Trzecia płyta Jazmine Sullivan to kawał porządnego R&B i fani tego gatunku na pewno znajdą na niej coś dla siebie. Brak jakiegoś jednego konkretnego wymiatacza i kilka wyraźnie słabszych numerów sprawiają jednak, że trudno mi nie odczuwać lekkiego niedosytu. –P.Ejsmont
Jedną z głównych zalet produkcji, która inauguruje współpracę 18-latka ze Szkocji z wytwórnią Soulection, jest to, że nie pozwala się nudzić. Sam przyznaje, że poprzez "Temple" chciał złożyć hołd swoim inspiracjom i wypełnić te kilka minut jak największą ilością pomysłów. Zdecydowanie to słychać. Młodzian zręcznie żongluje różnorodnymi stylistykami, nie tracąc przy tym na koherentności, a na ołtarzu wykreowanej przez niego dźwiękowo "Świątyni" co chwila pojawia się nowa postać współczesnej elektroniki. Pierwsze zapowiedziane wydawnictwo – Short Stories – ma stanowić podróż opowiedzianą przez pięć zwięzłych, lecz jednocześnie eklektycznych gatunkowo historii, ale już po pierwszym kawałku widać, że nawet w obrębie jednego tracka Gellaitry jest w stanie umieścić całkiem sporo muzycznych opowiadań. Moje ulubione? Pojawia się chwilę przed rozpoczęciem trzeciej minuty utworu, kiedy Szkot łagodzi atmosferę, nakładając na przenikające "Temple" synthy kolejną działającą kojąco melodię, by niedługo później wspomóc bongosy hand clapami i soczystym basem. Zagraj to jeszcze raz albo nawet i kilka razy, Sam – widzimy się już niedługo na premierze EPki. –P. Ejsmont
Sam Obey postanowił zwolnić tempo. Jak mówi Faderowi, w hołdzie swoim ulubionym balladom r&b i w walce z nadmiernie wykręcanymi prędkościami radiowych songów. Rezultatem jest ten kawałek pilotujący nadchodzące Merlot Sounds EP – podzielona analogicznie do “Fallin” na część zasadniczą i rozciągające się outro –piosenka-ołtarzyk, odsączona z rozbuchanej zazwyczaj produkcji tego koleżki z Brooklynu. Ostatecznie charakterystyczne napięcia kompozycji jednak tutaj przeważają, przywodząc na myśl, nie bez zasadniczego udziału Anthony’ego Flammii, jakiś porywający się na autentyczność, usherowsko-prince’owski, emocjonalny drenaż. Jak ten kierunek ma się do całości materiału, przekonamy się już niebawem. –K.Pytel
Nie tak dawno pojawiły się wieści, że Guillermo Scott Herren, znany przede wszystkim jako Prefuse 73, pod którym to monikerem wydał w ubiegłej dekadzie kilka świetnych albumów z eksperymentalnym, instrumentalnym hip hopem, w tym roku wyda kolejny. No właśnie. Na przestrzeni lat muzyka P73 zaczęła zmierzać ku dość nieokreślonemu centrum, które coraz mocniej skupia w sobie wątki z pobocznych odsłon Herrena. “Infrared” być może dlatego nie powinno być zaskoczeniem. Nie pamiętam jednak za bardzo, aby producent ten kogokolwiek w taki sposób gościł featuringiem. To już pełnoprawna piosenka rozpięta między działaniami Thundercata, Samphy i Taylora McFerrina, i przyznaje, że też całkiem obiecująca. Podąża ku konkretowi, który przyjmę z otwartymi ramionami, jeśli wypełni w takiej formie cały album (a będą też w tym roku dwie EP-ki). Z mieszanymi uczuciami, ale na obecną chwilę łapka w górę dla tego pana. –K.Pytel
Pierwsza myśl: materiał wypełniający Xe to nieźle pojebany stuff. Już otwierający "The Future Royality" z wymierzoną w słuchacza serią programowanych handclapów oraz na wpół digitalnym gitarowym noise'em, który w końcówce niemal rozpierdala tą całą chaotyczną quasi-strukturę, daje jakieś pojęcie, z czym mamy tu do czynienia. Jakieś, bo jak się za chwilę okazuje to jedynie preludium do "Wolf Government", w którym to z kolei hałaśliwe patenty zostają rozwinięte w jeszcze większe pojebaństwo. O dziwo, już na tym etapie bardzo dobrze się tego słucha, a jeszcze nie dotarliśmy do plat du jour Xe – "Corps". Utwór ten posiada już bardziej regularne fundamenty. Na tle plemiennych pochodów bębnów mamy miarowe gitarowe staccato odsyłające prosto do reichowskiego minimalizmu, pozostawiające przestrzeń dla intymnych, narkotycznych improwizacji sekcji dętej, które to z kolei w końcowej części utworu powielają ten medytacyjny temat wygrywany do tej pory przez gitary, robiąc tym samym miejsce dla szaleńczej pracy bębnów. Sporo się dzieje, a pozostała nam jeszcze ostatnia część, którą rozpoczyna wyjątkowo melodyjny temat saksofonu, by za chwilę już wszystko jechało na free i po raz kolejny zostało zamknięte saksofonową kodą.
Następny w zestawie ”Weakling” sprawnie łączy dronowe inklinacje z improwizacją dęciaków, zapraszając nas do tracka tytułowego – prawie 20-minutowego epickiego rozpierdolu przeplatanego fragmentami jak gdyby żywcem wyciągniętymi z jakiś starych, zapomnianych słuchowisk, a co tam się dzieje od 14 minuty to ja może już nie skomentuję – sprawdźcie sami. Xe to materiał posiadający masę smaczków, których odkrywanie na własną rękę szczerze polecam już podczas pełniejszego kontaktu z tym szaleństwem. Na koniec dodam tylko, że wszystko zostało zarejestrowane NA ŻYWO bez żadnych cięć i powtórzeń, jedynie na bazie luźnych szkiców. Wprost niewiarygodne. –M.Lewandowski
Informacje płynące z obozu Modest Mouse nie nastrajają jakoś szczególnie optymistycznie. Wiemy już, że efektów słynnych sesji z Big Boiem na nowym krążku nie uświadczymy, a i odsłaniane kolejne kawałki tortu w postaci efektownie wypuszczanych singli stricte materiałowo już takie efektowne nie są. Ciężko wyzbyć się wrażenia, że mamy tu do czynienia z równią pochyłą. O ile "Lampshades On Fire" intrygował fajnym hookiem w chorusie, a "Coyotes" bronił się głównie ze względu na klimat – po części nawiązując gdzieś tam do aury debiutu – to "The Best Room" jest zwyczajnie nijaki, sprawiający wrażenie odkurzonego po latach odrzutu z We Were Dead. Wciąż wierzę, że z tej mąki będzie chleb, lecz coraz więcej znaków podpowiada mi, że prawdopodobnie Modest Mouse podzielą los D-Planu i nagrają płytę przyzwoitą, jednak poniżej swych możliwości. –M.Lewandowski