Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
"Jak ktoś nie słyszał tej piosenki, to znaczy, że nie mieszka w Polsce!" – przekonywał rozemocjonowany Krzysztof Varga, by w następnym zdaniu dodać, że "w internecie największy idiotyzm może osiągnąć gigantyczny sukces". Pamiętne rozkminy "fana popkultury, który zatęsknił za elitaryzmem" polecam każdemu w związku z tą reklamą. Disco polo wraca do mainstreamu na pełnej kurwie. Oprócz filmu Disco Polo z wszędobylskim Tomaszem Kotem dowodem ta wersja, którą już niedługo wszyscy będziemy rzygać. Gładź szpachlową reklamuje bowiem odpowiednio przerobiona wersja "Ona Tańczy Dla Mnie". Wyobraźcie sobie tylko proces myślowy tytanów marketingu, który doprowadził do tego wydarzenia...
Środa wieczór, burza mózgów w pewnej agencji. Na stole walają się puste puszki po Tigerze Restart (bo na natemat napisali, że najlepiej stawia na nogi). W powietrzu czuć atmosferę wszechobecnej spinki, bo deadline się zbliża, a pomysłów czym reklamować tę jebaną gładź jak na lekarstwo. Heavymetalowy riff – najmocniejsza z dotychczasowych propozycji – nie budzi akceptacji szefa.
– Panowie kurwa, nie czuję tego. To są proste chłopaki, gdzie mi tu z tym metalem. To musi być coś przystępniejszego. Ja wiem, reklamował to kiedyś Mamed Chalidow, ale teraz nie ma funduszy na gwiazdę. Ma być biednie, ale godnie.
– Hmm, szefie, a może... Ale nie, to chyba nie przejdzie – odzywa się nagle jeden ze stażystów.
– Dajesz świeżak, siedzimy tu kurwa 7 godzin, kończmy tę mękę.
– Może... disco polo?
– Ale co kurwa disco polo? A może Prince Polo? Downa masz? Skąd ty się tu wziąłeś? Konkretniej, kurwa! – zirytował się przełożony.
– Link 4 pan kojarzy? Przeróbmy jakieś disco polo do reklamy. "Ona Tańczy Dla Mnie", to był hit, cała Polska tym żyła. Prości ludzie i intelektualiści z Newsweeka, wszyscy o tym gadali.
– Świeżak, kurwa, jesteśmy na ścieżce, na kursie! Jakby to mogło lecieć?
– No na przykład tak... –K.Bartosiak
Takich wydawnictw właśnie teraz najbardziej potrzebujemy: kompletnie oderwanych od zasiedzenia w Warszawie i dokumentujących projekty zbyt mało opisane. Na drugim składaku Jakuba Knery spotykają się ze sobą weterani (Mikołaj Trzaska, Arszyn), artyści działający już dość długo, ale jeszcze bez odznaczeń (Miegoń) oraz stosunkowo świeże projekty (Trupa Trupa). Dzięki temu łapiemy obraz niesamowicie frapującej i różnorodnej sceny pełnej naprawdę świetnych rozkminiaczy na każdym poziomie doświadczenia. Interesujesz się polską muzyką? Obczaj. –R.Gawroński
Kończący się tydzień dostarczył nam garść niespodziewanych emocji. O nieoczekiwanym (i jak się za chwilę okazało fatalnym) singlu Blur pisaliśmy już wczoraj, tymczasem dziś dla odmiany mamy do czynienia z czymś jakościowo odmiennym. The Singles, bo tak zwie się nowa supergrupa (w której skład oprócz zapomnianej już piosenkarki Scarlett Johansson, wchodzi między innymi znana i lubiana Este Haim) serwuje nam track, którego na pewno nie powstydziłyby się macierzysty skład Este. "Candy" robi przede wszystkim ze względu nośny motyw w chorusie, ale i haimowskie zwrotki wcale nie rozczarowują. O dziwo, nieco zapomniany juz producent także stanął na wysokości zadania, w efekcie czego decyzja o paraniu się przez Johansson muzyką wreszcie nabrała dla mnie sensu. –M.Lewandowski
Hardkorowość zespołu poznasz po jego problemach. Klasyczny dwudziestoletni duet Lighting Bolt po sześciu latach przerwy powraca z albumem nagranym po prostu w normalnym studiu i bardzo tym się stresuje. Taki ruch nazwali aktem desperacji, bo materiał nagrany garażowo brzmiał zbyt podobnie do poprzednich płyt. "The Metal East" pokazuje, że nie ma co się spinać o jakikolwiek ułamek możliwie zatraconego brudu Lightning Bolt. Teraz robią sobie przerwy w nagraniach, używają więcej trików w postprodukcji i noszą słuchawki w akustycznie przystosowanym pomieszczeniu, ale nadal jest to pierwotna muzyka wynikająca "ciągle z tych samych ograniczeń". I bardzo dobrze! –R.Gawroński
1080p wciąż dostarcza dobry kontent. Sam Beatch i Sebastian Davidson nagrali kasetę, na której pałaszują wszelkie odmiany technoidalnej materii. Precyzyjniej rzecz ujmując, ich Rubber Sole (śmieszny tytuł swoją drogą), to patchwork peryferyjnego techno ("bb"), parkietowego house'u ("Guu Yuu"), kojącego minimalu ("Sheffie"), umiarkowanie eksperymentalnej elektroniki (Restate), delikatnego, laboratoryjnego ambientu ("TRSX Moon"), czy klikowego cykania ("Future Goner"). Wachlarz interesujący, sztuką jest połączenie tego w jedną zgrabną całość. Duetowi Neu Balance się udaje, bo same tylko barwy dźwięków w spokojnym "Better Off Alone" świadczą o dobrym smaku i znajomości tematu. Najlepiej poszło kolesiom przy dance'owym edicie "Restate", gdzie ze sci-fi'owej powłoki wyszyli microhouse'ową serwetkę, dość wyraźnie wzorując się na technice Farbena. Także zachęcam do sprawdzenia tego, jak i kolejnych wydawnictw labelu Richarda McFarlane'a, bo zawsze jest co najmniej ciekawie, a często, tak jak w przypadku Rubber Sole, świetnie. –T.Skowyra
Singiel "End Of The Night", który przybliżał niedawno Wojtek w Singlowych Rekomendacjach, był na tyle świetną zapowiedzią, że na styczniowy debiut brooklińskiej formacji Phony PPL czekałem dość mocno. I choć składowi nie udało się utrzymać wysokiego poziomu przez całą jego długość, to i tak ekipa trzyma fason. Spodziewałem się nieco więcej przebojowego funku w duchu Jamiroquai, a dostałem rzecz odwołującą się do stonowanego Stevie Wondera, Foreigh Exchange i tego typu grania. I fajnie, melodyjki i pady w "Smoke To Get Sober", oldschool i organiczny sznyt "Take A Chance", symbioza jazzowej eteryczności i rockowego romantyzmu (przesadnego, przyznaję) w "So Much Better", czy rozbudowany, wysublimowany jam "Compromise" — to wszystko świetne momenty. Jest tego więcej, bo smyczki w "Heldze" dziwnym trafem przypominają o Sunchild Thiefa, a "Rexer" momentami wskrzesza słynny "Childern Of Sanchez" Chucka Mangione. Szkoda tylko, że PPL nie postawili akcentu na zażerające refreny (weźmy chociażby "Statue Of Liberty" — zajebisty vibe, można tu zdziałać cuda, a wyszło co najwyżej średnio, bo numer nie miał z czego "odlecieć"), bo wyraźnie tego brakuje na Yesterday's Tomorrow. Gdyby to uwzględnić i nieco bardziej skondensować materiał (mimo wszystko trochę zbyt rozwlekły), wyszedłby prawdziwy sztos na miarę Authenticity powiedzmy. Także na razie zachwyty muszę odłożyć przynajmniej do sofomora, ale i tak jest czego słuchać i do czego wracać, więc tak czy inaczej mamy wygryw. –T.Skowyra
Dwóch artystów związanych z szeroko pojętą sceną eksperymentalną postanowiło nagrać ni to hołd dla wczesnego, ulicznego hip hopu z polskich blokowisk, ni to pastiszową beczkę z czasów i środowisk minionych. Tyle planów, a jaki jest finalny efekt? Piernikowski brzmi jak Eldo parodiujący Bąkowskiego z Niwei, a Etamski jak lo-fi Szczęsny z Niwei parodiujący chłopaczków z Małych Miast, czyli kolejny galeryjny alt-rap do kolekcji. –K.Michalak
A więc stało się i wracacie. Zgrywacie podstarzałych punkowców i myślicie, że kogoś porwiecie tymi dwoma akordami, przesterami i nieporadnymi krzykami Albarna. Myślicie, że to dobry pomysł, myślicie, że ogarniacie. Wiecie nawet, że Japonia jest teraz na topie – zawsze była. A więc stało się i wracacie. Ale nikt na Was nie czeka. –K.Michalak
Pewna bałucka jazz-głowa regularnie daje do zrozumienia, że orężem w jej rapowym arsenale, z którego korzysta najczęściej, jest przewidywalność i nuda. "Hybryd" mega sztos; sześć wzmianek o dziecku, trochę o matce, urocze "ziom" wypluwane co jakiś czas, czyli witam was w rzeczywistości, u mnie wciąż bez zmian. No i sprawa w dalszej części wygląda z grubsza tak, że na typowym dla siebie, wytartym z jakiejkolwiek aspiracji bicie (tym razem produkcji Killing Skills; more like DYING SKILLS, hihi) płynie sobie O.S.T.R., wygłaszający truistyczne kazania, bełkoczący mało interesującymi sloganami. Ale nie, poważnie, już nawet nie chce mi się analizować, ile razy z jego ust materializował się lament, że żona się na niego wkurwia, bo za dużo jara czy jeszcze jakieś inne tanie moralizatorstwo "o życiu, w życiu i po życiu". Zabawna sprawa, ale nawet album, który ów singiel promuje, nosi tytuł... *tadam* Podróż Zwana Życiem – szacunek za konsekwencję, ziom. Na koniec pozostaje mi wyrazić żal, że Madlib nie miał racji – marihuana pod żadnym pozorem nie zwiększa kreatywności. –R.Marek
Gdybyś pytał, to Grubson jednak żyje (fizycznie, artystycznie, jakkolwiek; radujmy się!) i jest zmobilizowany, żeby po powrocie z krainy zmarłych na dobre wstrząsnąć polskim przemysłem fonograficznym. Czy to transcendencja, której doświadczył w nirwanie, skłoniła go do napisania tak game-changing makaronizmów, jak "Original Rudeboy Style coming your way/It’s pay day, mayday, mayday, mayday/Tu Sanepid, więc będzie niezłe earthquake!"? Czy to gibonek spalony z Ellingtonem i Evansem był kluczowym powodem wykorzystania w refrenie elementów jazzowego bigbandu? Czy lekcji retoryki udzielał mu sam Abraham Lincoln, czego efektów można upatrywać w zajebiście przemyślanym akcentowaniu końcowych zgłosek? Odpowiedź na wszystkie pytania otrzymacie po premierze kolejnego krążka Grubego, na tę chwilę jednak zamilczmy i pozwólmy oddać się wierze, że tak konkretna jazda jest wyłącznie mgiełką iluzji. –R.Marek