Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Reprezentant PC Music rozsadza kolejny utwór, a zajmuje mu to nieco ponad dwie minuty. Mam wrażenie, że ten Ninjamix, to tylko jakieś niezobowiązujące ćwiczenie, w które Maxo nie włożył zbyt wiele wysiłku i zrobił je tak po prostu, od niechcenia, gdzieś na boku w wolnym czasie. Tylko co z tego, skoro nawet takim drobnym produkcyjnym świecidełkiem gość pokazuje, że zbyt wielu typów nie może się z nim równać, jeśli chodzi o mieszanie ścieżek. Czekam na jakąś większą rzecz z niecierpliwością, zwłaszcza, że część ekipy A. G. Cooka niedawno ogłosiła wydanie długogrających krążków. Więc nie ociągaj się Maxo, proszę cię ziom.–T.Skowyra
Post-scriptum do świetnego zeszłorocznego longplaya My Skeleton. Tym razem Stuart Turner porzuca orkiestracje i nieco odseparowuje się od wątków poważkowych czy "post-muzycznych", podróżując szlakami wyznaczonymi przez elektronicznych herosów. Bo weźmy otwierający EP-kę "Traumzeuge" i od razu słychać Fenneszowski sposób obróbki muzycznej tkanki, choć Claude Speeed pod koniec doczepia do tej wiązki baśniową wokalizę skrytą w niebiańskich oparach dźwięku. Z kolei "Dr. Liz Wilson" czy "Fret" to referencja w kierunku Tima Heckera i jego lodowatych, syntezatorowych wędrówek. A wieńczący Sun Czar Temple "R U Sorry?" to pejzaż namalowany podobnymi dźwiękowymi farbami do tych, których używali Boards Of Canada na Tomorrow's Harvest (choć pod koniec znowu odzywa się Heckerowska maniera). Oczywiście, nie chcę tu wykazać, że Turner nie posiada własnego idiomu, bo choć widać, że odbiera sygnały od swoich wybitnych poprzedników, to widać również, że potrafi z tego korzystać, kreując własną soniczną powierzchnię, w którą z łatwością można wsiąknąć. –T.Skowyra
Gość, który zakamuflował sie pod brandingiem popularnego systemu płatności, startuje tutaj z poziomu podrasowanej samby i później leci sobie rześko wesołym obliczem teklife’u. Związany z Mall Music Inc. i LuckyMe Records jest w podobie propozycji estetycznej PC Music. Spiczowane wokale, dużo wciętego oldskulu z parkietów, szczypta soulu i synthowego żelu, do tego uk bassowe synkopy podkręcone do szybszych temp. Kup teraz. –M.Hantke
O dupa, ale ten Lindstrøm zamiata. No i wow, to już trzy lata od nudnego Six Cups Of Rebels, czas pędzi jak pojebany. Ciągle mam z tyłu głowy ten ciążący na dorobku Norwega zawód miłosny. Było po drodze na szczęście klika rehabilitacji i niby nie mam powodów by się droczyć. Z ostatnich, to kilka miesięcy temu zrobił dziewczynom z Say Lou Lou “Games For Girls”, najlepszy, w zasadzie jedyny warty uwagi ich kawałek. Mimo wszystko się podroczę, chcę krzyczeć "wincyj!!!", bo gdy wchodzi pianino na wysokości 6:08 to trzęsie mi się łza na rzęsie i chciałbym jedynego w swoim rodzaju disco tego typa w większej, longplejowej dawce. –M.Hantke
Od "Call Me Maybe" i wydanego na fali sukcesu singla albumu Kiss minęło już trochę czasu. Carly Rae Jepsen chodziło pewnie o dopilnowanie, by nie było wątpliwości, że kolejna piosenka również stanie się ogólnoświatowym przebojem, a Kanadyjka nie będzie zapamiętana jako one-hit wonder. Zaprzęgnięci do pomocy Jacob Kasher i Peter Svensson (tak, ten z Cardigans) nie bawili się w żadne subtelności i postawili na radosny, niepowstrzymany wybuch refrenu. Jest to wszystko oczywiście bardzo chwytliwe, a tekst odpowiednio repetytywny (słowo "really" pojawia się w nim 67 razy), tak żeby każdy był go w stanie szybko zapamiętać, ale brakuje jakiegokolwiek wyróżniającego ten kawałek elementu, jakim w "Call Me Maybe" były np. charakterystyczne smyki. Efekt jest taki, że podczas gdy poprzedni hit czarował niewymuszonością, to nowy próbuje wbić nam hook do głowy i nieustannie przypomina wybijającym się na pierwszy plan beatem, że mamy zacząć tańczyć i zapomnieć o wszelkich mankamentach. –P.Ejsmont
Całkiem niedawno zarzuciłem Ghersiemu zachowawczość w konstruowanych przez niego podkładach, tymczasem wenezuelski twórca przy okazji nowego wałka Amerykanki nie tyle udowadnia, że jego producencki status na rynku nie słabnie, co po prostu wreszcie daje próbkę na miarę swojego nieprzeciętnego talentu. Oczywiście nie ma tu mowy o radykalnych ruchach, bo warstwa instrumentalna "A Message" jakoś szczególnie nie odbiega od tego, co Alejandro robił już wcześniej – na luzie mógłby to być podkład sklecony na potrzeby Twigs. Całość intryguje jednak na tyle, bym mógł stwierdzić, że Arca godnie zastąpił Kingdoma na fotelu producenta i wcale nie jest wykluczone, że w dłuższej perspektywie współpraca Ghersiego z Mizanekristos okaże się równie owocna. –M.Lewandowski
Na wysokości "Wunder-Baum" Graniecki jeszcze wyraźniej daje do zrozumienia, że jego fascynacja Hovą nie jest już tak silna, jak to dawniej bywało, i na obecnym etapie zdecydowanie bliżej mu do typów z Migos. W zasadzie trudno tutaj mówić o jakichkolwiek niedociągnięciach, bo ten sklejony przez Micha wyczilowany bit nie dość, że potwierdza ogarnięcie typa, to jeszcze przede wszystkim daje przestrzeń Granieckiemu do perfekcyjnego balansowania flow. Takimi trackami jak "Wunder-Baum" warszawski raper potwierdza swoją czołową pozycję w krajowej rap-grze i jakoś wcale nie zapowiada się, by nadchodzący album miał tę supremację zakończyć. –M.Lewandowski
Trzeci po ”Unhappy” i ”Crisis” fragment zapowiadający Dream A Garden ma jak dotąd chyba najsłabszą siłę rażenia i zdecydowanie najmniej konkretną postać, ale, podobnie jak ”Cherry Coffee” na Cut 4 Me, ciągle byłby to wspaniały closer. Obie ballady zbudowane są zresztą wokół niemal identycznego maszynowego pulsu, o ile jednak produkcja u Keleli opiera się na przejrzystości i chirurgicznej precyzji, tak tym razem rozlewa się ona plamą ciepłego mleka z miodem. Najbardziej ujmuje mnie pewien, powiedzmy, potencjał tymczasowości tego kawałka, i gdy go słucham, lubię sobie fantazjować, co by było, gdyby tak rozmazać go jeszcze bardziej, i jak głośne zostałoby po nim echo. –L. Bielińska
Nie wiem, czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, żeby Jensen Sportag cokolwiek muzycznie zepsuło. Ja nie. Jak to bywa zwykle w ich przypadku, również do kawałka grupy tak nijakiej, że aż trudno uwierzyć w ich montrealskie pochodzenie, dodają same ładne rzeczy. Przytłaczająca, dyskotekowa gruboskórność zostaje poszatkowana na subtelne akcenty rytmu i melodii. Okazuje się, że gdyby podejść do sprawy bardziej minimalistycznie i pozwolić z gracją wybrzmieć pojedynczym dźwiękom, można stworzyć wyśmienity, subtelny kawałek z pogranicza elektroniki i kosmosu. Oczywiście nie każdy to potrafi. Może nawet nikt poza Jensen Sportag. –M.Riegel
Wydanie mojego atestu dla głosu i twórczości Laury Groves miało miejsce przy okazji opisywania wyśmienitej EPki Nautic Navy Blue . Po kilku miesiącach pora na pozytywne wzmocnienie – jej kolejne solowe wydawnictwo sprawia, że sympatia tylko rośnie. Nie brakuje tam kawałków łączących oszczędność Johna K., przebojowość Ballet School i magię Cocteau Twins. ”Dream Story” urzeka hojnością melodii co jakiś czas wykradającą kompozycję ułożonemu rytmowi, ”Friday” ballada o pięknym smutku, a ”Mystique” wydaje się niezwykle udanym, wielowymiarowym i przestrzennym closerem. Punkt ciężkości osadzony jest jednak na pierwszych minutach płyty, kiedy ”Commited Language” rozbrzmiewa prostą melodią pachnącą kwitnącą wiśnią, wspiera się na silnych ramionach basu, i przechodzi w tak charakterystyczne dla Nautic wieczorne brzmienie refrenu. Piosenka wydaje się być kolażem zupełnie różnych pomysłów na piosenkę, coś jak połączenie fotografii, portretu, martwej natury i surrealistycznej twórczości Salvadora Dali. –M.Riegel