Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Pierwsza rzecz, która mi się nasuwa, to charakterystyczne brzmienie tych gości. Gdyby mi ktoś podrzucił ten nowy kawałek Disclosure, pewnie na gorąco i bez podpowiedzi przypomniałbym sobie specyficzną grę werbli, talerzy i basu czy wyciszenia ścieżek, które znamy z Settle, dziwiąc się prawdopodobnie ghetto-house’owym inspiracjom. Z drugiej strony bezpodstawnie, bo Lawrence’owie to otwarte gagatki, a taneczne nurty lat dziewięćdziesiątych to przecież ich piaskownica. Mam jedynie lekki niedosyt, bo kierunek, w którym poszli, musiał utemperować rozpasaną przebojowość – ich główny atut – w imię repetycyjności. Na długości pięciu minut dzieje się dużo dobrego, jednak ostatecznie bez głębszej konkluzji. Wyczuwam albumowość tego numeru i nadal wierzę, że jest na co czekać, ale w tym momencie delikatnie wzruszam ramionami. –K. Pytel
Polska to taki dziwny kraj, w którym każdy Adaś chciałby być Gombrowiczem. Afrojaxowi udało się to parę razy w karierze, więc poszedł sobie w tym kierunku i wyraźnie pobłądził. Nie, nie rozumiem, dlaczego tak muzykalny człowiek postanowił katować świat irytującymi podkładami na granicy słuchalności. Nie, nie rozumiem, dlaczego tak inteligentny człowiek postanowić katować świat wulgarną, miałką publicystyką. Nie, nie rozumiem, dlaczego szczytem dobrego żartu dla człowieka o tak zjawiskowym poczuciu humoru jest wywrzeszczenie kilku ofensywnych sloganów. Taki Afro to syf. –K.Michalak
Typ ukrywający się pod aliasem Astronomyy w zeszłym roku zdążył nagrać nawet przyzwoitą EP-kę, a w momencie, gdy czytacie te słowa, premierę ma jego drugie wydawnictwo zatytułowane When I With You (EP), z którego na szczególną uwagę zasługuje indeks trzeci z fajnym loopem klawiszy i refrenem, którym raczej nie pogardziliby kolesie z Rye czy Her. Nic wielkiego, ale jako niezobowiązująca rzecz – całkiem przyjemne. –M. Lewandowski
"F Q-C #7" w żaden sposób nie zmienia artystycznego statusu Willow. W dalszym ciągu jej najlepszym kawałkiem pozostanie (wydany pod szyldem Melodic Chaotic) "Summer Fling", a tym najbardziej znanym debiutancki "Whip My Hair". Przede wszystkim brakuje mi tutaj jakiegoś bardziej wyrazistego fragmentu, najlepiej refrenu lub mostka, który stanowiłby urozmaicenie dla tego ascetycznego, jednostajnego beatu (fajnie rozlewające się plamy synthów i ciekawie wchodzące w interakcje z główną linią chórki to zbyt mało). Warto bliżej przyjrzeć się wokalom Willow, która nie po raz pierwszy pokazuje, że oprócz ucha do niezłych podkładów, posiada też nieprzeciętne warunki głosowe i poczucie rytmu. Szkoda tylko, że "F Q-C #7" przypomina mi bardziej solidny skit niż pełnoprawny singiel. –M. Lewandowski
Na drugim albumie Henry Laufer zupełnie odstawił zmiażdżony hip-hop i r’n’b, a zaserwował więcej IDM’owych monumentów w post-rockowych barwach, wyrywając poniekąd korzeń, który pozwala mu czerpać siły witalne. Delikatne ciepło pierwszego albumu zupełnie zastygło. Kalifornijczyk z początku emocjonuje się jak M83 na Dead Cities…, potem nieco odpuszcza i coraz częściej koncentruje się na smażeniu jungle’owych bitów, kreując przy tym atmosferę zmierzającą gdzieś w kierunku BoC czy The Future Sound Of London. Smog nad Vapor City. Napisać, że robi to porządnie, to za mało. Ale pomimo tego, że TEORETYCZNIE powinienem lubić ten album i doceniam znaczną jego część, nie potrafię przywiązać się tu do czegoś na dłużej. Co zrobić. Shlohmo przesadził też trochę z długością płyty, jednak mimo wszystko to bardzo solidna robota i warto się zapoznać z jej efektami. –K. Pytel
Offowe ogłoszenia wywołały tę dziewczynę z drugiego planu mojej pamięci i przypomniały czasy, kiedy społeczność internetowa "dziękowała Berlinowi za wychowanie" debiutującej wówczas na polskim rynku Olivii Anny, twórczyni dzisiaj już chyba znanej i na pewno doświadczonej. Przy tej okazji kliknąłem w nowy klip. Wizerunkowo okolice M.I.A. w złagodzonej wersji z zadatkami na bangerozę przebijającą chyba ostatnie poczynania Brytyjki – są, formuła z grubsza pozostająca w jaskrawym świetle "Tel Aviv" – dalej się zgadza. Popowość, która na pewno nie trafi na anteny krajowych rozgłośni – jak najbardziej. Działaj dalej, Olivio Anno. –K.Pytel
Realia popu nie sprzyjają starszym wykonawcom. Wystarczy raz spaść z piedestału i powrót może się okazać niemożliwy, bo media szybko kreują nowe gwiazdy, które błyskawicznie zastępują te wcześniejsze. Nie wystarczy nagrać dobrej płyty, jak zrobiła to rok temu Mariah Carey – sprzedaż jej czternastego albumu osiągnęła tak niski poziom, że zaistniała potrzeba powrotu do sprawdzonych patentów. Stąd najnowsze wydawnictwo piosenkarki to kompilacja jej największych przebojów, której tracklista niemalże pokrywa się z krążkiem #1's sprzed 17 lat. Promującym singlem został premierowy utwór o nazwie "Infinity". Zaczyna się on całkiem obiecująco – klasyczne 90sowe brzmienie, a Mariah wzdycha aah i ooh. Brew zaczynam marszczyć, gdy po intrze okazuje się, że kompozycyjnie w kawałku dzieje się niewiele więcej, co próbuje się zamaskować wokalnymi popisami. À propos: dwór diwy nie odważy się śmiać z jej manier, lecz trzeba przyznać, że jej głos nadal brzmi dobrze, ale już nie tak lekko jak kiedyś. Krótko mówiąc, dość przyjemna nieinwazyjna piosenka, ale też rozczarowanie po zeszłorocznej płycie. –P.Ejsmont
Squarepusher w formie, zresztą, jak wszystkie legendy szeroko pojętego IDM-u. Nie będę oczywiście porównywał czternastej propozycji wydawniczej Anglika z powrotami Aphexa oraz Boards of Canada, ale w kontekście inspirowanej footworkiem EP-ki Mouse on Mars zatytułowanej Spezmodia oraz ostatniego albumu Autechre Damogen Furies Jenkinsona nie stoi na straconej pozycji. Przestrzenny opener ”Stor Eiglass” czaruje swoją melodyjnością, w kalkulacjach takiego ”Kortenzjaz” nie można się połapać, natomiast rozwarstwiony, glitchowy kolaż "Baltang Ort” może rywalizować z niektórymi momentami z Syro. Warto sprawdzić również pozostałe tracki, bo moim zdaniem gościowi należy się za to dziełko atencja! -J.Marczuk
Moja bardzo dobra koleżanka powiedziała kiedyś, że lubi Mumford & Sons, bo to taka piękna, inspirująca muzyka drogi. Oj dziecinko. Drogi to jest czas, jaki straciłaś na słuchanie jednego z najgorszych zespołów na świecie. Na Wilder Mind Marcus Mumford skumał, że trochę słabo grać całe życie na banjo, więc schował je do komody i chwycił za jedyny słuszny instrument: gitarę elektryczną. No dobra, chwycił za nią już wcześniej, ale to i tak nie ma żadnego znaczenia, kiedy pisze się jedne z najgorszych piosenek na świecie. Jest wygrzew, są z punktu widzenia popkultury gallagherowskie inklinacje, jest "flircik z elektroniką", nie ma za to choćby sekundy, w której ten przychlast w wieśniackiej czapeczce i obleśnej koszulce na ramiączkach jest w stanie mnie zainteresować. No ale tak to już jest, kiedy jest się jednym z najgorszych songwriterów na świecie, c’nie? –W.Chełmecki
Julio Bashmore zapowiedział swój debiutancki album na lipiec, a tymczasem możemy się cieszyć kolejnym utworem wyjętym z jego tracklisty. "Holding On" to ożywczy promyk french-touchowego ciepła, piekielnie dobra sekwencja sampli rozkołysana na funkujących hi-hatach, kleistym basie i przyczajonych, jazz-housowych akordach klawiszy. Wokalista Sam Dew delikatnie soulując nadaje temu lazurowemu oniryzmowi nieco bardziej rzeczywistych kształtów, choć i tak nigdy już nie uwierzę, że człowiek nie jest stworzony do wygrzewania dupy na słońcu. –W.Chełmecki