INNE - FORUM

Patriotyzm. O co w tym chodzi? aka- Maryjo królowo Polski

10 listopada 2006

No właśnie, niech mi ktoś wytłumaczy jaki jest sens w umiłowaniu swojej ojczyzny. Dlatego od dzieciństwa wpajano mi, że za ojczyne warto ponieść ofiary.

"Patriota na co dzień dba o pomyślność i dobre imię swojego kraju i narodu. Dba o symbole narodowe takie jak flaga, godło i hymn swojej ojczyzny. Nie pozwala na obrazę swego kraju. Ma wysoko rozwinięte poczucie dumy i godności narodowej zarazem jest daleki od megalomanii. Nie wstydzi się bycia obywatelem swojej ojczyzny i przynależności do swego narodu. Gdy potrzeba manifestuje swoje przywiązanie do ojczystej kultury, języka, tradycji."


I czemu religie łaczy sie patriotyzmem.
Durne to.

Jesteś patriotą?
(po chuj?)

paweł z małej
  • A ja myślę, że mydlisz nam oczy arabami, boś podstępny żyd.
    szczur (21 maja 2008)
  • nie lubię kakao
    chce mi się po nim srać (21 maja 2008)
  • byłbym szczęśliwszy gdybyście czytali czytanki. najpierw czytać, potem sie odzywać. i nie jestem dude tylko kakaok, pank aka ok, kakainio, baobab
    kakaok. (21 maja 2008)
  • spoko, andrzej tez za tym nie przepada, a sie nie poddaje
    "Amok" Korynckiej-Gruz (21 maja 2008)
  • Dude, musisz być najnieszczęśliwszym błaznem ever.
    szczur (21 maja 2008)
  • nie lubie jak ktos sobie drwi z tego co mówie...
    kakaok. (21 maja 2008)
  • po ile te czystej krwi araby?
    Charlie Watts (21 maja 2008)
  • ja tam jestem za arabami, kto jak kto ale oni zrobią porządek z tymi wszystkimi gejami, feministkami i innymi masonami-liberałami. wszystkie araby to prawdziwi POLACY, tylko tacy lepsi bo nie piją!
    tygrysia maska (21 maja 2008)
  • biedni Francuzi - Arabowie im będą w szkołach rządzić... i jeszcze żal mi Anglików, że po ulicach chodzą u nich Hindusi normalnie się popłakać tylko
    borys d (21 maja 2008)
  • hehe dobre. oczywiscie powstaje złudzenie, że my polacy-ciemnogrodzianie przykladamy do tego irracjonalną wagę. probowales lukki im wytlumaczyc co sie dzialo u nas przez ostatnie 100 lat? jak twoje dzieci za 50 lat pojadą do francji to beda sie dziwiły, że francuzi uczą się hymnu od rodziców bo w szkołach rządzą arabowie. i wtedy oni będą sie martwić że inni na nich patrzą jak na zacofańców, mamisynków i pierdzimączki.
    kakaok. (21 maja 2008)
  • w 2007 roku miałem przyjemność gościć w polsce kumpelę z francji. siedziała w legnicy rok, więc spędzałem dużo czasu z nią i z jej znajomymi z francji. kiedyś przez przypadek zaczęła się rozmowa na temat hymnu narodowego i wyszło na jaw, że prawie żaden obywatel francji nie potrafi zaśpiewać hymnu swojego kraju. jeśli już jakiś francuz zna słowa hymnu, to na pewno, jest to kibic piłkarski lub fan rugby. byli zdziwieni gdy im powiedziałem, że w polsce uczy się hymnu w szkole. czy to znaczy że francuzi nie są patriotami? (zadzwoniliśmy na bani do około 30 osób z jej komórki, nikt nie potrafił powiedzieć nawet jak się hymn zaczyna)
    lukki (21 maja 2008)
  • o, dzieki mz za odpowiedz
    taki koles (20 listopada 2006)
  • nie chce mi się tego czytać
    bgsh (20 listopada 2006)
  • Wydałem na to 10,98 zł ale w sumie warto było raz jeszcze przeczytać ten artykuł. Wklejam go, bo to bardziej ciekawy głos w dyskusji o Dmowskim, na wyższym poziomie niż blog Ziemkiewicza.Autor: Andrzej MencwelJerzy Giedroyc wielekroć powtarzał, że powinniśmy wreszcie wyjść z cienia dwóch trumien. Miał na myśli Piłsudskiego i Dmowskiego właśnie oraz ich opozycję, którą uważał za historycznie przebrzmiałą. Ale Redaktor, który był politycznym wizjonerem, wzloty myśli, jak to przydarza się emigrantom, zbyt łatwo utożsamiał z rzeczywistością. Był, jak wolno sądzić, przekonany, że to rzeczywistość światowa, na skutek wszystkich zmian powojennych, zmusiła nas do wyjścia poza tę opozycję. Co znaczą autorytaryzm Piłsudskiego czy nacjonalizm Dmowskiego wobec globalnej zimnej wojny? Można tak było sądzić przez kilka dziesięcioleci, w których zmaganie się z narzuconą polityką i towarzyszącą jej ideologią przesłaniało cały prawie horyzont poznawczy. Ale narzucenie to spowodowało odnowienie XIX-wiecznej, czyli rozbiorowej alternatywy ideowej. Paradoks kulturalny tamtych czasów polegał na tym, że postawy XIX-wieczne, zrodzone w czasach niewoli i przez niewolę determinowane, były lepiej aktualizowane niż myśl XX-wieczna i to niepodległa. Przekształcenia romantyzmu i pozytywizmu dokonano na przełomie XIX i XX wieku (mieli w nim swój udział Piłsudski i Dmowski, ale też Brzozowski i Żeromski) i zapowiadało ono niepodległość, ale tutaj, w II połowie wieku XX,byliśmy wciąż podlegli. Dlatego cofaliśmy się do Maurycego Mochnackiego i Ksawerego Druckiego-Lubeckiego, rewolucyjnych gromad i Hotelu Lambert, mesjanizmu i lojalizmu, spirytualizmu i realizmu, a nawet Adama Gurowskiego i Włodzimierza Spasowicza. Mamy całą bibliotekę świetnych prac o ideach i postawach XIX-wiecznych, o wszystkich ich wariantach, odcieniach i personach. Jeśli idzie o wiek XX - jesteśmy w powijakach. Zapisuję więc na korzyść rzeczników "polityki historycznej", że skupili się na wieku XX, że nie szatkują go podług politycznych periodów, ale próbują uchwycić ciągłość postaw. Ich typologia nie jest zadowalająca, konstrukcje porządkujące są zawodne, paralele i parantele niekiedy zdumiewające (Dmowski i Gombrowicz?), interpretacje dyskusyjne. Z dobrym jednak wyczuciem zmagają się z tym bezpośrednim dziedzictwem, świadomi, że stąd, przede wszystkim, trzeba wydobywać wskazania na przyszłość. Nazbyt są uwikłani w doraźne polityczne odniesienia, pomysły polemiczne miewają zadziwiająco anachroniczne (Sienkiewicz znowu przeciw Brzozowskiemu!), frazeologię wspólnotową wyraźnie jednostronną, ale główną myśl trafną - spór o polski model nowoczesności musi się opierać na myśli nowoczesnej, a tą jest myśl XX-wieczna, także konserwatywna. W tej kwestii zgadzam się z nimi całkowicie, a nie jest to zgoda gołosłowna, bo myślą i literaturą nowoczesną w Polsce zajmuję się od kilku dziesięcioleci. Dyskusji z rzecznikami "polityki historycznej", a zwłaszcza Dariuszowi Gawinowi, zawdzięczam jednak pewne uświadomienie, którego mi dotąd brakowało. Wszystkie konstelacje nowoczesnej myśli politycznej i kulturalnej w Polsce, jakie będziemy układać i opracowywać, będą nie tyle niepełne, ile okrojone, jeśli w ich centrum nie znajdą się Józef Piłsudski i Roman Dmowski. A nie mamy przecież zaktualizowanych prac o ich ideach i postawach, nie mamy też żadnej porządnie napisanej paraleli. Jerzy Giedroyc wyjątkowo się mylił - nie da się wyjść z cienia tych trumien dopóty, dopóki cienia tego się należycie nie rozświetli. Co może oznaczać także prawdziwy pochówek. Zajmą nas teraz Roman Dmowski i Józef Piłsudski, modelowo, a nie szczegółowo, jako twórcy idei, a nie jako politycy i przywódcy. Nas tutaj obie te postacie zajmują nie jako osobowości historyczne, lecz jako oznaki, emblematy, skupienia znaczeń. To w nich bowiem wyrażają się dwa główne wzory narodu, społeczeństwa i państwa. Wyczucie różnicy tych wzorów, a także w pewnym sensie ich kompletności (innych o takim zakroju nie mieliśmy) było jeszcze do niedawna utrwalone w potocznej inteligenckiej komunikacji (ma ona, wbrew konserwatywnym niechęciom, swoje zalety). Mówiło się, na przykład, że Maria Dąbrowska była "od Piłsudskiego", a Zofia Kossak "od Dmowskiego", i nie musiało to oznaczać afiliacji politycznej, wskazywało natomiast wzory postaw. Jest więcej niż niedopatrzeniem to, że nie mamy dobrego opracowania tych modeli, bo bez nich nasza orientacja, przynajmniej w XX wieku, musi być zawodna. Modele te zresztą wykraczają poza wiek XX i odsyłają najpierw do XIX, a potem i do wieków wcześniejszych, włącznie z początkami państwa polskiego. Tak się bowiem złożyło, że pod koniec wieku XIX, w epoce krystalizowania się nowoczesnych idei narodowych oraz formowania nowoczesnych ruchów politycznych, ukształtowano też, a może tylko zredagowano, przejmując schedę wcześniejszą, dwie główne idee dziejów Polski, a mianowicie "ideę piastowską" oraz "ideę jagiellońską". Historycy idei tych nie lubią, gdyż stanowią one klasyczne ideologizacje, to znaczy przerabiają historyczną realność na polityczną modłę. Jakoż trudno upatrywać w Piastach ojców założycieli państwa etnicznie czystego, bo zjednoczyli różne plemiona; podobnie trudno w Jagiellonach widzieć twórców demokratycznej Rzeczypospolitej, bo umocnili oni szlachecką wszechwładzę. Ale nie ulega wątpliwości, że "idea piastowska" odsyła do Romana Dmowskiego i jego wzoru polskości, "ideę jagiellońską" zaś wiąże się z Józefem Piłsudskim i jego wizją Polski. Skupienia znaczeń obejmują zatem całe nasze dzieje i dają zaczyn, przebrzmiałym, co prawda, lecz spójnym (każda na swój sposób) historycznym narracjom. Dopóki narracji tych właściwie się nie określi, dopóty nie da się stworzyć narracji współczesnej. Jest oczywiste, że oba te wzory polityczne, choć wyrastają niewątpliwie z przemyślenia historii Polski i do niej też się odwołują - są wyraźnie rozbieżne, jeśli nie przeciwne. Znana nieprzyjaźń, a później i wrogość obu przywódców miała twardy rdzeń w ideowym przeciwieństwie, nie w cechach osobistych. Model Dmowskiego w kwestii narodowej opiera się na pojęciu narodu etnicznego, u którego źródeł leży, zmodernizowana nacjonalistycznie, sarmacka jeszcze zasada "zacnej krwi". "Zacna krew", pod wpływem biologicznych teorii rasowych, staje się "czystą krwią", a Polakami mogą być tylko "prawdziwi" wedle tej zasady "Polacy". Hasło "Polska dla Polaków" wymierzone jest przeciw obcym i Polakom według tej klasyfikacji fałszywym (np. pochodzenia żydowskiego). Model Piłsudskiego, przeciwnie, opiera się na pojęciu "narodu politycznego", analogicznego do szlachty wieloetnicznej w monarchii jagiellońskiej. Polakami są ci, którzy są obywatelami państwa polskiego i współtworzą jego kulturę polityczną, etnicznie mogą być Rusinami, Niemcami lub Tatarami. "Gente Ruthenus, natione Polonus" jest hasłem słynnym, lecz renesansowym. Respektujemy je nadal, kiedy podkreślamy, że w Jedwabnem ofiarami Polaków byli obywatele polscyOczyszczony etnicznie, więc biologicznie, naród Dmowskiego zostaje dodatkowo wzmocniony przez identyczność religijną zawartą w równaniu: "Polak-katolik". Nie chodzi w nim o Polaków, którzy są katolikami, lecz o utożsamienie polskości z jednym wyznaniem. Zrost ten zawdzięczamy zaborcom, którzy łączyli represje narodowe z prześladowaniami religijnymi (Rosji i Niemcom), a nie żadnym mesjańskim obietnicom. Ci, którzy dziś go przywołują, aby wykluczyć niekatolików ze wspólnoty narodowej, powinni wiedzieć, że stanowi on plastyczny stygmat niewoli. Dmowski sam, jak wiadomo, był religijnie chłodny, ale wyzyskał politycznie zaborcze urazy polskiego katolicyzmu. Piłsudski religijności katolickiej bronił jeszcze jako socjalista, choć nie utożsamiał jej z przynależnością narodową - był dziedzicem Polski wielowyznaniowej, która, w swej najlepszej epoce, była jedynym w ówczesnej Europie przykładem współistnienia katolicyzmu rzymskiego, prawosławia, wyznań reformowanych, judaizmu i islamu. Wybór pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej był godnym nawiązaniem do tej tradycji, jego zabójstwo - jej odrzuceniem. Obaj przywódcy byli niewątpliwie "państwowcami", co oznaczało nie tylko szacunek dla symboli narodowych, lecz także dla władz i aparatu państwowego. W II Rzeczypospolitej, zwłaszcza u jej początków, wdrażanie tego szacunku nie było łatwe, bo ciągłość państwowa została dogłębnie zerwana, a utrwalony przez zaborców nawyk zbiorowy, nakazywał każdy aparat traktować jako obcy i narzucony. Dlatego tak ważne było społeczne uznanie dla władz ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych, dla polskiego żołnierza i policjanta (z którym żywy problem miał Żeromski). Piłsudski i jego następcy po zamachu majowym rządzili II Rzecząpospolitą; Dmowski i jego stronnictwo władzy tej nigdy nie zdobyli. Dlatego porównywanie właściwych obu modelom ideałów państwowych musi abstrahować od politycznej praktyki, w której sanacja coraz bardziej zbliżała się do endecji. Co w tej praktyce było założone przez ideały, a co wymuszone przez sytuację, oceniają zazwyczaj historycy. Nam tu wystarczy podkreślić, że różnice ideałów państwowych były równie zasadnicze jak narodowych i religijnych. Ideał Piłsudskiego był republikański i obywatelski; ideał Dmowskiego nacjonalistyczny i etatystyczny. Republikańskie państwo obywatelskie oznaczało państwo silne świadomością i aktywnością swoich obywateli, czynnych społecznie we wszystkich swoich zróżnicowanych środowiskach społecznych, narodowych i religijnych. To w tym kręgu na początku XX wieku rodziły się i były ucieleśniane idee kooperatyw i stowarzyszeń, Rzeczypospolitej samorządnej. Nawet w okresie autorytarnym odcinano się od wszelkich totalitaryzmów i podkreślano związki z demokracją zachodnią. Ruch narodowo-demokratyczny we wczesnej fazie wziął walny udział w oświacie ludowej i budzeniu świadomości narodowej. Nacjonalistyczne państwo etatystyczne jednak miało być silne mocą ekskluzywnej jedności narodowej wdrażanej przez aparat państwowy we wszystkich jego podporządkowanych i zunifikowanych ogniwach. Stąd oczywiste sympatie dla prawicowych totalitaryzmów, zwłaszcza faszyzmu Mussoliniego. Państwo nacjonalistyczne zmierzało do totalitaryzmu, ale nie zostało zrealizowane, radykalna prawica zaś adaptowała się potem do stalinizmu. Państwo republikańskie powinno być państwem uspołecznionym, ale się nim nie stało zarówno na skutek presji zewnętrznej, jak i nieudolności wewnętrznej. Były to niewątpliwie dwa modele państwa polskiego - historycznie zakorzenione i autentycznie projektowane. O czym trzeba pamiętać, ilekroć dopisuje się przymiotnik "narodowy" do nazw instytucji państwowych. H H H Podkreślam raz jeszcze, że jest to szkic dwóch modeli, a nie opis realności politycznej. Modele Piłsudskiego i Dmowskiego tym są ważniejsze, że w nowoczesnej Polsce jedyne, a działają dotąd w ukryciu. Są jedyne, ponieważ innych nie było - ruch ludowy, mimo całej swojej mocy w latach międzywojennych oraz historycznego zakorzenienia warstwy chłopskiej, modelu równie wpływowego nie stworzył. Agraryzm był ideą regresywną, a partie chłopskie dzieliły się na "Piasta" i "Wyzwolenie", poniekąd podług modeli tu wskazywanych. Podział obecny jest epilogiem, bo po nim nie będzie już ruchu ludowego. Komuniści, w odróżnieniu od dzisiejszej esdecji, mieli niewątpliwie własną "politykę historyczną" - sięgali do "idei piastowskiej" i opierali się, co nie było trudne po doświadczeniach wojny i okupacji, na orientacji antyniemieckiej. Ale nie mogli przecież stworzyć wizji politycznej, równorzędnej wobec dwóch poprzednich, gdyż ich "polityka historyczna" była przymusowo amputowana. Udało im się jednak doprowadzić do tego, że modele Piłsudskiego i Dmowskiego zostały nie tyle zniweczone, ile zatarte, a tradycja niepodległej myśli państwowej zerwana. Zachowujemy się ciągle tak, jakby tradycja ta nie istniała, a jedynym naszym problemem było to, co "po komunizmie". Toteż odzywa się ona sama półjawnie, bez otwartych nawiązań, przemytniczo i pokrętnie. Czas z tym skończyć i dokonać jasnego rozrachunku. Przede wszystkim dlatego, żeby było wiadomo, jakie są obecne weryfikacje i współczesne kontynuacje. Program IV Rzeczypospolitej, jeśli nie jest tylko wyborczym afiszem, powinien zostać wyraźnie określony wobec tych modeli, tak aby można było też podjąć z nim wyraźną dyskusję. Inaczej pozostanie nie tylko ciągiem taktycznych kompromisów, ale również zlepkiem ideowo i historycznie sprzecznych kawałków. Prawicowo-konserwatywny modernizm przeciwstawiony modernizmowi lewicowo-liberalnemu, któremu na dodatek, trochę chcąc, a trochę nie chcąc, przypisano Romana Dmowskiego, jest na tyle ogólnikowy oraz historycznie i filozoficznie niekonsekwentny, że można w niego wpisać zarówno Rok Jerzego Giedroycia, któremu patronuje minister kultury i dziedzictwa narodowego, jak i pomysł szkół specjalnie izolowanych (internowanych?), jaki lansuje minister edukacji narodowej. A są to oznaki dwóch różnych stylów politycznych, dwóch różnych modeli ideowych, i - last but not least - dwóch różnych skal historycznych. Współczesne weryfikacje i kontynuacje już były, powinni do nich sięgnąć rzecznicy "polityki historycznej". Model Dmowskiego kontynuował, dostosowując go do powojennej sytuacji geopolitycznej i sowieckiej dominacji, Bolesław Piasecki. Późniejszy twórca PAX, już przed wojną w swoich praktykach radykalno-narodowych dokonał totalitarnego dookreślenia modelu Dmowskiego. Po wojnie, decydując się na instytucjonalną współpracę ze stalinizmem, odsłonił ukryte składniki tego modelu. Kwestia tradycyjnie prorosyjskiej orientacji endecji, która współpracę tę ułatwiała, może zostać tutaj pominięta. Ważniejsza jest bowiem sama wewnętrzna logika modelu oraz powinowactwo dwóch totalitaryzmów. Istotą nacjonalistycznej koncepcji narodu jest rozumienie narodu jako swego rodzaju substancji organicznej. Jeśli substancja ta jest nie tylko etniczna, ale i wyznaniowa, wówczas jej obrona, w narzuconych przez siłę warunkach, wydaje się legitymizować użycie wszelkich środków, włącznie z agenturalną kolaboracją. "Obrona substancji" mieści się dobrze w polskiej tradycji porozbiorowej i jest nawet pewnym frazesem potocznym. Fetyszyzacja siły z kolei, właściwa historycznemu naturalizmowi nacjonalistów, może rodzić uległość wobec niej.I tak powstaje program narodowy jednocześnie podległy i agresywny - silnemu się służy, a pośród słabszych stale węszy wrogów. Bolesław Piasecki, zapewne bezwiednie, odsłonił, w swym skrajnym wyborze politycznym, adaptacyjny składnik modelu Dmowskiego. Nacjonaliści nigdy nie byli skłonni do ideowych weryfikacji, natomiast zawsze, gdy tylko w grę wchodziła władza, byli skłonni do politycznych adaptacji. Dlatego nie przeprowadzili nigdy historycznego rozrachunku, doprowadzili natomiast do narodowego samozaparcia. Taki był ekstrem współczesnej polskiej, poniekąd "modernistycznej", prawicy. Model Piłsudskiego rozwinął i przekształcił Jerzy Giedroyc. Krytycznej oceny polityki sanacyjnej, zwłaszcza wobec mniejszości, dokonał już przed wojną. Prowokowana przez władze wrogość wobec mniejszości osłabiała państwo polskie, a państwo, które prowadzi politykę represyjną wobec mniejszości, przestaje być państwem demokratycznym. Po wojnie, skutkiem przemyślenia zarówno przedwojennych doświadczeń, jak i powojennego układu sił, w kręgu "Kultury" kwestia stosunku do mniejszości staje się kwestią stosunku do sąsiadów, a z nią wiąże się wewnętrzny i zewnętrzny program niepodległości i demokracji. Orientacja proamerykańska i proeuropejska stanowiska "Kultury" była nienaruszalna, ale opierała się na budowie pozycji suwerennej. Punctum saliens tej pozycji stanowiła niepodległość Ukrainy, Litwy i Białorusi, w skrócie nazywana programem ULB. W tym punkcie powojenne orientacyjne konieczności stawały się swobodną wizją polityczną. Niepodległość Ukrainy, Litwy i Białorusi w połowie ubiegłego wieku była, oczywiście, kluczowym programem antysowieckim, ale i programem podwójnie suwerennym, bo żadne mocarstwa jej wówczas nie podnosiły. Niepodległość ta, nie tylko rozkładała Związek Sowiecki i uwalniała narody przezeń zniewolone. Zmieniała też Europę, a z tym wszystkim - cały świat. Była ponadto, a może najpierw, programem dla Polski. Chodziło nie tylko o własnowolną akceptację granic, które zostały narzucone, chodziło także o bezwarunkowe uznanie politycznej i kulturalnej podmiotowości naszych historycznie najbliższych sąsiadów. Uznania takiego w przeszłości nigdy naprawdę nie dokonaliśmy - trzeba więc było zarazem podjąć i przeistoczyć "ideę jagiellońską". W tym sensie program niepodległości Ukrainy, Litwy i Białorusi oznaczał świadomą rekompozycję dziedzictwa przeszłości - także w "Trans-Atlantyku" i "Rodzinnej Europie". Ponieważ w teraźniejszości wszyscy byliśmy podlegli, więc realizacja tego programu wymagała codziennej, upartej pracy dla niepodległości - w przenikliwej publicystyce Juliusza Mieroszewskiego i w "Kronice ukraińskiej" Bohdana Osadczuka. Ponieważ przyszłość miała być zupełnie inna niż teraźniejszość, więc wymagało to wizji nowej Polski, w nowej Europie i w nowym świecie, a tę tworzono wszystkimi politycznymi, wydawniczymi i artystycznymi środkami. Tak wyłaniała się wizja dziejowa europejskiego "Żyznego Półksiężyca" - od Krymu do Andaluzji, od Kerczu do Gibraltaru. Żyzność tej ziemi zapewniać mają niepodległość, demokracja i kooperacja. Udało nam się dożyć realizacji tej wizji, w mierze większej, niż ktokolwiek w połowie tamtego wieku oczekiwał. Najlepszą naszą "polityką historyczną" jest ta, która tej miary dopełnia. W kategoriach etycznych zestawienie Bolesława Piaseckiego z Jerzym Giedroyciem może się wydawać horrendalne; w perspektywie historycznej jest jednak zasadne oraz pouczające. Obaj byli politykami i działaczami tej samej dwudziestowiecznej generacji, a z narodowych doświadczeń wyciągnęli przeciwstawne wnioski. Obaj kontynuowali dwa główne modele polityki polskiej i obaj dokonali współczesnych przekształceń tych modeli. Rewizja modelu Dmowskiego, jaką przeprowadził Bolesław Piasecki, była adaptacyjna, totalitarna i satelitarna; przemiana modelu Piłsudskiego, jakiej dokonał Jerzy Giedroyc była kreacyjna, demokratyczna i niepodległościowa. Ponieważ odniesienia obu tych modeli obejmują prawie całą naszą historię, więc pociągają za sobą dwie różne narracje historyczne. Nie mam żadnych wątpliwości, która z tych narracji może współtworzyć naszą przyszłość. Dlatego, podejmując program "polityki historycznej", trzeba jasno odpowiadać na pytanie: "Polska Jagiellonów czy wszechpolaków?". Pytanie postawione i uzasadnione już dawno przez Stefana Swieżawskiego, który był mędrcem. Jerzy Giedroyc się nie mylił - modele Piłsudskiego i Dmowskiego należą do przeszłości. Teraz trzeba wybierać między modelem Giedroycia i modelem Piaseckiego. H H H Prawdą jest, że po raz pierwszy od kilku wieków mamy możliwość swobodnego i suwerennego tworzenia własnej wizji politycznej, narracji dziejowej i polityki historycznej. Wszystko to oczywiście wykracza poza wąskie, okazjonalne zakresy "polityki historycznej" i wkracza w dziedzinę kanonów kulturalnych, ideałów edukacyjnych i praktyk oświatowych. W dzisiejszej historiografii, publicystyce i polityce historycznej dominują nawiązania do czasu II Rzeczypospolitej. To zrozumiałe, bo krótkie tamto międzywojnie stanowi żywą lekcję niepodległości państwowej, a w dziedzinie kanonów kulturalnych, ideałów edukacyjnych i praktyk oświatowych zapisało naprawdę trwałe karty. Tamta niepodległość była jednak nieustannie zagrożona i zagrożenie to spełniło się we wrześniu 1939 roku. Wobec tego zagrożenia kultywowano w niej postawy czy struktury mentalne stanowiące bezpośrednie dziedzictwo czasów niewoli, dokonując nierzadko jego stygmatyzacji. Nasza sytuacja jest wyraźnie inna - nie tylko jesteśmy wolni od tamtych zagrożeń, ale i tak bezpieczni, jak nigdy dotąd. Nasza wizja polityczna musi odpowiadać tej sytuacji, co nie znaczy, że ma być rozbrojona. Ale może być prometejska, a nie darwinowska. Zwolennicy i przeciwnicy "polityki historycznej" lubią powoływać się na kontekst światowy. Zwolennicy twierdzą, że minął beztroski nastrój "końca historii", właściwy czasom przełomu i dziś historia powróciła zarówno do Ameryki, jak i do Europy z pełnym brzemieniem tych trosk, które zbyt dobrze znamy. Przeciwnicy wskazują, że w "normalnych" krajach europejskich nie prowadzi się takiej, lokalnej, by tak rzec polityki historycznej, a zwraca się nie tyle do wspólnoty narodowej, co do wolności jednostki ludzkiej. Obie opinie są dyskusyjne, ale nie będę się do nich odnosił. Wystarczy mi bowiem jeden, europejski i sąsiedzki przecież przykład. W Danii zatem, w roku 1807 wprowadzono obowiązek szkolny siedmioklasowej szkoły powszechnej, co stworzyło tam podstawy nowoczesnego systemu edukacji. Dania jest mała, była dawniej biedna i również zagrożona przez Niemcy, a jednak miała przez 200 lat możliwość nieustannego, nigdy nieprzerwanego właściwie, doskonalenia tej edukacji, która dzisiaj, podobnie jak i jej kulturalna twórczość jest, być może, najlepsza na świecie. Polska ma, otóż, pierwszą od wieków szansę nie tylko swobodnego i suwerennego, ale i nieprzerwanego tworzenia własnej, ani autarkicznej, ani ekskluzywnej, lecz twórczej i demokratycznej zarazem paidei. Czyli celowej wizji człowieka i społeczeństwa, która przenika kanony kulturalne, ideały edukacyjne i praktyki oświatowe. Każdy, kto sądzi, że jest to zadanie sezonowe, na miarę małej "polityki historycznej", już szansę tę niweczy. A pierwszą naszą powinnością, wobec pokoleń przeszłych i przyszłych, jest przestać być wreszcie krajem zmarnowanych szans. Autor jest profesorem w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, wykładowcą historii i antropologii kultury, eseistą, krytykiem literackim i publicystą. Za tydzień opublikujemy artykuł Dariusza Gawina o polityce historycznej Andrzej Mencwel
    Kuba (20 listopada 2006)
  • Na poparcie słów Michała: koleś, którego my wielbimy w hymnie państwowym przez wielu mu współczesnych był uważany za Antychrysta. Mimo to jakoś nikt nie protestuje przeciwko nazywaniu ulic i pomników imieniem Napoleona.Z drugiej strony - stawianie akurat TERAZ pomników Dmowskiemu to decyzja czysto i wyłącznie polityczna, no i kurwa po co komu te brzydkie pomniki w Warszawie (czy istnieje miasto z równie paskudnymi pomnikami?). Zrobiliby boisko im. Kazimierza Deyny albo w ogóle boisko bez imienia i większy pożytek byłby. Amen.
    tomek (19 listopada 2006)
  • [na moje rozeznanie to jarosław (a tym bardziej lech) był jak najbardziej przez długi czas we frakcji mainstreamowej, nieco z boku ze względu na niekosmopolityczne poglądy. dopiero został zepchnięty na margines później - wiadomo o co poszło, lustracja, dekomunizacja etc. ale on swego czasu namawiał na koalicję z UD i występował przeciwko Jurkowi i jego wesołej kompanii, czyli ZChNowi, bo żenowały go własnie te poglądy, które ryba mu obecnie przypisuje. radiomaryjność PC-owej części PISu jest wyrafinowaną grą polityczną obliczoną na zyskanie PARU MILIONÓW głosów bezwolnych ludzi, ktorzy robią wszystko na skinienie Ojca Dyrektora. grą praktycznie już teraz zakończoną sukcesem, chyba że coś Rydzykowi strzeli do głowy i postanowi zainicjować jakąś świezą siłę polityczną pod wodzą posłanki Sobeckiej]co do pomnika Dmowskiego, wkleję na ten temat felieton z bloga Ziemkiewicza:Ale całkiem po drodze, przy okazji przebiegłem sobie wzrokiem niepozorną książeczkę załączoną przez dystrybutora do DVD z filmem „Yamato”. Jest to bardzo ładnie streszczona historia morskiego wyścigu zbrojeń pomiędzy Japonią a Ameryką z resztą morskich potęg w tle. Fragmencik:„W roku 1932 na kandydata Partii Demokratycznej nominowano Franklina D. Roosevelta. W swej agresywnej kampanii zarzucał Hooverowi wolnorynkowy dogmatyzm, bezradność wobec zorganizowanej przestępczości, zamęczanie Amerykanów prohibicją, nadmierną wojowniczość mogącą uwikłać kraj w zbrojny konflikt. Obiecywał, że unormuje stosunki z komunistami i faszystami, których nie można potępiać tylko dlatego, że krytykują kapitalizm. Co więcej wiele ich gospodarczych pomysłów wartych jest przeszczepienia na amerykański grunt (i rzeczywiście część została wprowadzona w łamach „Nowego Ładu”)... Obwieszczał, że nigdy nie zrobi nic, co doprowadziłoby do wysłania na wojnę amerykańskich chłopców.”Oczywiście, nie chodzi mi o to, że Roosevelt łgał jak z nut, bo potem stawał na głowie, żeby wbrew woli większości Amerykanów wciągnąć swój kraj do wojny światowej, i żeby zagwarantować jak największe z niej korzyści Stalinowi. Chodzi mi wyłącznie o owe pochwały faszyzmu – istotnie, przypomniałem sobie, że coś mi o wstydliwie dziś obłożonych milczeniem zachwytach twórcy "nowego łądu" nad społecznym programem Hitlera opowiadano. Jakoś mimo to facet nadal jest ikoną amerykańskiej lewicy.Czy on jeden się zachwycał Hitlerem? Nie. Churchill w tym czasie też, i większość europejskich mężów stanu. Rasizm narodowych socjalistów odwoływał się do tradycji dobrze znanej i akceptowanej po obu stronach oceanu. Antysemityzm stał się tam „passe” dopiero dobre dwadzieścia lat po holocauście. Trudno wśród wielkich mężów stanu przełomu wieków znaleźć takiego, który wedle dzisiejszej poprawności politycznej nie byłby antysemitą.Mimo to, podobnie jak Roosevelt, mają oni swoje pomniki. Bo pomniki stawia się za to, co ludzie zrobili wielkiego, a nie za to, co przy okazji spieprzyli. Piłsudskiemu nie stawiamy pomników za to, że ma na sumieniu polityczny mord – zbrodnię na generale Zagórskim, a być może również na Rozwadowskim – ale za jego zasługi dla niepodległości. Z Dmowskim jest tak samo. Trzeba naprawdę wyjątkowego zacietrzewienia i historycznej ignorancji, żeby wypisywać takie kawałki, jak Grynberg we „Wprost”, Passent na swoim blogu, czy Leszczyński w naszym tu salonie - antysemita, chwalił Hitlera, no, jednym słowem, polski fuhrer.Chyba, że wszyscy oni chcą być konsekwentni – wywalić z polskiej literatury Reymonta, spalić historię literatury Chrzanowskiego i „Konfederację barską” Konopczyńskiego, zburzyć Gdynię i zamiast złotego wrócić do marki polskiej, bo przecież wszystko to, podobnie jak ONR wzięło się z kręgu oddziaływania „antysemity”.„O tym, kto jest Żydem, ja decyduję”, mawiał Goering. U nas właśnie odezwał się sąd kapturowy od decydowania, komu wolno w Polsce postawić pomnik.
    mz (19 listopada 2006)
  • zdaje się, że chodzi o zarzuty ze strony PC o nacjonalizm,głównie gospodarzczy, ZCHN-u. dzisiaj ludzie wywodzący się z obu tych partii tworzą sobie PIS, a jeden były ZCHN-owiec był nawet premierem. Michał po prostu chciał mi unaocznić, żebym nie wrzucał wszystkich do jednego wora, w czym ma rację, ale partia to partia. mi chodzi o politykę obecnej ekipy rządzącej.
    ryba (14 listopada 2006)
  • jak powiedział kiedyś kaczyński: zchn jest najkrótszą drogą do dechrystianizacji polski
    nowhere man (14 listopada 2006)
  • mz a na jakim tle kaczyńscy byli w konflikcie z zchn na początku lat 90-tych? zaciekawiłeś mnie, nic o tym nie wiedzialem a nie wiem gdzie tego szukać (nie mam czasu, nie chce mi sie)
    taki koles (14 listopada 2006)
  • mógłby ktos w końcu wywalić ten post mój z 16:16 skoro wywalono ten, na który ów był odpowiedzią
    ryba (14 listopada 2006)
  • jak ja, to i ty
    ryba (14 listopada 2006)
  • ryba, jesteś symbolem
    kakaok. (14 listopada 2006)
  • polska, glupcze :)
    pan zajac (14 listopada 2006)
  • i tak gospodarka jest najwazniejsza.
    bgsh (14 listopada 2006)
  • no i git, debata o wychowaniu dzieci, i 20 ludzi na sali. jak zamordowali tą dziewczyne, to sie wszyscy pchali przed kamery. ręce opadają
    ryba (14 listopada 2006)
  • ale ja nie powiedziałem, żeby zamiast pomnika Dmowskiego stawiać Kuronia. ja tylko mówię pomnikowi Dmowskiego nie. ale mniejsza o to. trudno powiedzieć, czy jestem zwolennikiem lustracji czy nie. jeśli ktoś zaprezentuje jakiś normalny pomysł na tę kwestię, to jestem skłonny się do tego przychylić. ale to raczej nie nastąpi. można tylko wybierać między mniejszym złem, a w takiej sytuacji należy się zastanowić czy końcowy koszt ofiar nie przerośnie zysków. zrobił nam sie offtop, więc chyba zakończmy
    ryba (14 listopada 2006)
  • o gw nie ma sensu, michtrix to uzasadniony termin, ale nie ma co wątku zaśmiecać.kuroń tez był postacią kontrowersyjną. oprócz tego, że był bohaterem walki z komuną, był trockistą a później socjalistą z masą kretyńskich wypowiedzi i niebezpiecznych poglądów. jeśli ktos ma ochotę postawić pomnik dmowskiemu to jest to uprawnione, pomimo ksenofobicznych wątkówwidzę, że jesteś przeciwnikiem lustracji, tu się różnimy
    mz (14 listopada 2006)
  • wyborcza jest tylko jednym z wielu mediów, której nie podoba się kaczyzm. ale wiadomo, michnik dobry do wycierania w każdej sprawieDmowski był postacią kontrowersyjną, oprócz tego że był narodowcem,był także antysemitą i ksenofobem. stawianie pomników za taka kase powinno być wynikiem jakiejś dyskusji. i uważam, że w rezultacie takiej dyskusji postawiono by pomnik Kuroniowi, a nie Dmowskiemu.taaak, w obecnym amoku lustracyjnym, wszystkie argumenty brzmią jak zdarta płyta.
    ryba (14 listopada 2006)
  • (aha żeby nie było - obce są mi poglądy narodowe, uczucia patriotyczne i endeckie ideały; razi tylko brak obiektywizmu)
    mz (14 listopada 2006)
  • mówią na to raczej michtrix. Dmowskiemu nie stawiac pomnika bo miał narodowe poglądy? Ale Kuroniowi już bys postawił zapewne?"lustracja bez poszanowania ludzkiej godności" - wow myślałem, że to już zdarta płyta, ale widzę, że jeszcze nie
    mz (14 listopada 2006)
BIEŻĄCE
Ekstrakt #9 (Ekstrakt vs RA 00-25)
Ekstrakt #8 (2025)