INNE - FORUM

spowiedź (guilty pleasures)

22 marca 2006

jestem pewien, że każdy z was słuchających muzyki niezależnej ma coś na sumieniu.Myślę, że to dobre miejsce do przyznania się do swoich muzycznych grzechów(np.prztupywanie nogą do"Takie tango", nucenie w głowie refrenu "nanananananana" Kylie,pójście na koncert Beaty Kozidrak czy chodzby kupienie ukradkiem płyty Ich Troje[że niby dla sąsiada]).Śmiało!

jeloł
  • Pozdrów ja ode mnie! Ale kawałek słaby.
    Twój Stary (8 maja 2010)
  • http://www.youtube.com/watch?v=R0F-L80h0Ec moja znajoma jest skarbnica gp
    w trakcie wymyślania nicku (8 maja 2010)
  • http://www.youtube.com/watch?v=Fi-nEY8kL_0&feature=related
    li (4 maja 2010)
  • http://www.youtube.com/watch?v=dWvw6ZpK1j4 <3 <3 <3
    w trakcie wymyślania nicku (2 maja 2010)
  • http://pl.myspace.com/nataliakukulska
    FTR (27 kwietnia 2010)
  • OMG są święta; cytując Pamelę Anderson: „Nie lubię za wiele myśleć, bo mnie to jakby… przeraża”. Tak, też czytałam ciekawe teksty zestawiające np. Reicha "Clapping Music" z Beyonce "Single Ladies" lub Laurie Anderson "O Superman" z "A Milli" Lil' Wayne'a; ogólnie wpływ minimalizmu i repetycji na muzykę rozrywkową. To są bardzo niesamowite rzeczy, i nie miałabym nic przeciwko temu - jak już pisałam - gdyby ktoś wyjątkowo obeznany uszeregował muzykę popularną (najbardziej bym się zajarała zestawieniem ograniczającym się do mainstreamowego popu i r&b; bo to w szczególności jest obszar, który "tęgie głowy" omijają szerokim łukiem) wedle jego wartości kompozycyjnej. Nie chodzi o to, że lekce sobie ważę songwriting, bo wyjątkowo cenię świetnie skomponowane rzeczy (nie zawsze się w nich zakochuję, rzecz jasna, ale to już jest kwestia prywatnej wrażliwości i wielu innych czynników) i dobrze napisana muzyka stanowi lwią część wydawnictw, których słucham. Chodzi o to, że chciałabym również dowartościować rzeczy, których nadrzędną cechą nie jest kompozycyjne wyszukanie. Co z punk rockiem i hardcore’em, w których liczy się raczej ekspresja i szybkie naparzanie w perkusję? Co z np. drum’n’bassem, który w ogóle nie bazuje na czymś takim jak songwriting? Etc. etc. Gdy jedynym kryterium miałaby być wartość kompozycyjna, te rzeczy musiałyby być w ogóle skreślone. A co, gdy – dajmy na to – numer jest totalnie olśniewający kompozytorsko (powiedzmy poziom szczytowych momentów "Skylarking"), poprawnie zaśpiewany (zero fałszu, ciekawe frazowanie), ale masakryczną, asłuchalną barwą – jak wtedy ocenić taki singiel? Och, nic nie jest takie proste. Burial znów jest przykładem muzyki, w której nie chodzi o songwriting przede wszystkim, tak jak w ravie. No ale to są oczywistości. W ogóle a propos Buriala polecam ten tekst: http://rougesfoam.blogspot.com/2009/12/premature-burial-burial-pallbearer-vs.html. Nie bardzo wiem, dlaczego mamy odrzucać rzeczy "około", skoro mamy do nich dostęp, i możemy z nich czerpać satysfakcję intelektualną. Dlaczego mamy je ignorować, skoro są nam dane w pakiecie. Rzeczywiście, może mam tu zbyt hermeneutyczne podejście, w sensie nie zrozumiemy danego dzieła bez wiedzy o kulturze, w której on funkcjonuje i nie zrozumiemy kultury bez wiedzy o jej dziełach, ale nie jest też tak, że to jest decydująca element w ocenianiu przeze mnie muzyki! Piszę o tych kontekstach, bo one mi się wydają po prostu interesujące i wciągające; pozwalają interpretować muzykę na nieco innej kondygnacji i zestawić jej istotę, sens na poziomie humanistycznym z realizacją dźwiękową. To może dodać/odjąć jakiś punkcik, ale przede wszystkim singiel/płyta musi mi się w jakiś sposób spodobać muzycznie. I podobanie się muzyczne nie zawsze oznacza, że coś jest ambitne kompozytorsko. Heh, mam wrażenie, że się trochę zaplątałam i nie do końca napisałam, to co mam na myśli. No nieważne. Buziaki dla wszystkich fajnych chłopców i dziewczyn :*
    marta słomka (3 kwietnia 2010)
  • Szczur, nawet nie próbuj, z nią nie wygrasz. Ja już się poddałem i zakochałem <3
    Twój Stary (3 kwietnia 2010)
  • Może nie wyraziłem się jasno, ale pisałem nie tyle o da art of reckowritin', a raczej o tym, co moim zdaniem powinno warunkować ocenę danego utworu, czyli doznania będące produktem wrażliwości czysto muzycznej. Stąd właśnie ten zapis nutowy- figura przedstawiająca esencję muzyki, melodie w stanie czystym, harmonie, hooki (totalnie z niego wynikające btw), progresje akordów, dysonanse itd. Jeśli traktować pop w ten sposób, zostawiając ją wyłącznie wrażliwości muzycznej, nic nie stoi na drodze, by analizować, porównywać a w końcu stawiać go na równi z poważką, Pet Sounds koło Tchaikovskiego, jako formy z tej samej planety, operujące tymi samymi metodami, by zawładnąć naszym światem (wpadł mi kiedyś w ręce numer wspomnianego przez Ciebie, nudziarskiego magazynu i w jakimś artykule traktującym o repetycji w muzyce nowoczesnej, zestawieni byli Steve Reich i Ice Cube. Heh. Ok, kupuję to, w zapisie nutowym It Was a Good Day to praktycznie Basinski; odbieranie hip-hopu jako mocno repetytywnej muzyki bez przytaczania historii bitów, działalności Cool Herca, innymi słowy, potraktowanie go jako tego, czym jest, wydaje się być całkiem racjonalne.). Konteksty są, czy mogą być nam narzucone, ale co z tego? Czemu nie sprowadzić do roli ledwie ciekawostek? Nie widzę, w jaki sposób mitologia Buriala, jego recepcja w londyńskich klubach, czy sugestywne pomysły brzmieniowe miałyby wynagrodzić mi całkowitą miałkość songwriterską i totalną nie-chwytliwość jego kawałków. Tak samo nie rozumiem, co stoi nam na przeszkodzie w odrzuceniu ich jako wskazówek do interpretacji, nie sprecyzowałaś. Plus, czy Dejnarowicz to sawant? Ok, to miałoby sens, cofam (wcale nie cofam, nie naprawdę). I tutaj ostro- czym wizja przedstawiona przez Ciebie różni się od rockizmu? Co dokładnie dzieli odczuwanie przyjemności z muzyki przez jej znaczenie socjologiczne od odczuwania przyjemności z muzyki przez jej "szczerość" "gitarowy sznyt" i "anty-systemowość"? I to i to nie ma nic wspólnego z muzyką per se, czyli konkretną grą melodii, wzbudzającą mocne uczucia, doznaniogenną, ewokującą itd (powtarzam się jak loopy w kawałkach Ice Cube'a, yo). I tak na koniec, , Marta, Twoje listy roczne i ogólna aktywność sugeruje, że masz jakby uberfajny gust muzyczny, jedynie nadpsuwany lekko przez to całe uwielbienie dla kontekstów popkulturowych. Co chcę przez to powiedzieć- demonizacji z mojej strony nie ma, elo, jesteś w naszej drużynie, wszyscy stoimy po tej samej stronie, naprzeciw masonerii i michnikowszczyźnie. Lots of Love! P.S. Temat reckowritingu jest straszliwie obszerny i jak na razie wystarczająco off-topowy, żebym się za niego zabierał. Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za złe.
    szczur (3 kwietnia 2010)
  • septymolki zmniejszone? coś takiego nie istnieje, zmniejszone to mogą być interwały (czyli np. septyma zmniejszona), a nie grupy nutowe (no bo gdyby sobie "zmniejszyć" septymolę o jakąś nutę to nie byłaby to już septymola a sekstola). Dejnarowicz chciał chyba po prostu pieszczotliwie określić septymy, ale rozminął się ze znaczeniem.
    li (3 kwietnia 2010)
  • (przy czym Twoja definicja septymoli jest znacznie szersza niz ta, którą znałem dotychczas)
    bleble (3 kwietnia 2010)
  • No wiem właśnie, ale Dejnarowicz mówi na przykład "septymolki zmniejszone", z czym się nigdy nie spotkałem w kontekście rytmiki. Może się mylę.
    bleble (3 kwietnia 2010)
  • >Swoją drogą - czy mówienie "septymole" na septymy, jak robi to Dejnarowicz, jest uprawnione? –bleble, 2/4/2010 20:03 nie, septymola a septyma to zupełnie inna para kaloszy. septymola- 7 nut tej samej długości, septyma- odległość między dźwiękami (septyma mała ma 10 półtonów, a wielka 11)
    li (3 kwietnia 2010)
  • >np. ten bas chodzi niczym w Gang of Four właściwie to takiej wyliczanki tez nie lubię i nie wiem, skąd mi się to wzięło. mam nadzieję, że nie stosuję tego zbyt często. hmm.
    marta słomka (2 kwietnia 2010)
  • > Czy faktycznie pisanie o tych "septymolach" jest konieczne? Swoją drogą - czy mówienie "septymole" na septymy, jak robi to Dejnarowicz, jest uprawnione?
    bleble (2 kwietnia 2010)
  • Hej, Szczur, wybacz, że dopiero teraz odpisuję, ale wcześniej zupełnie nie miałam czasu. Dyskusja o zapisie nutowym to jest jakaś bardzo hermetyczna sytuacja, spotykana u nas być może wyłącznie na łamach "Glissando". Mogę się mylić (nie jestem w stanie śledzić wszystkiego!), ale Porcys, który na sztandary bierze właśnie to pisanie przede wszystkim o muzyce, znacznie więcej miejsca zdaje się poświęcać właśnie tym rzeczom, o których Ty mówisz, że już wykraczają poza sferę czysto muzyczną: przecież to jest serwis, który prawdopodobnie zaszczepił w czytelnikach tę natrętną manierę mówienia o hookach; w podobnym stopniu ceni się tu i urodę melodii, i aranże, a teksty nie są oczywiście wolne od elementów niezwiązanych *songwritingiem* (już niemalże hasłem-wyzwaniem; "songwriting, głupcze"); w porcysowcych recenzjach tak samo pojawia się fokus na kontekst i wiele rzeczy wokół, nie wspominając już o nieodłącznym "braggingu" i anegdocie (z punktu widzenia definicji recenzji, ciałem obcym zupełnie), zajmującym czasem lwią część tekstu (oczywiście generalizuje i koloryzuje). Pisanie wyłącznie o muzyce wydaje mi się sytuacją tak sterylną, że aż niemożliwą; Nie uwolnimy się od kontekstu, choćbyśmy bardzo chcieli, kontekst jest nam narzucony i mimochodem definiuje nasze myślenie o danej płycie, singlu, czymkolwiek. Weźmy Buriala – skąd wątki o miejskości, apokaliptyce, melancholii, epitafium dla rave’u w mówieniu o twórczości tego gościa? Teoretycznie powinniśmy zatrzymać się na rozważaniu tonacji durowa czy molowa i na tej podstawie wysnuwać wnioski o emocjach. Nie ma opcji, są tytuły kawałków, jest kilkunastoletnia historia rave’u, jest Londyn, te rzeczy ludziom stykającym się na co dzień z muzyką, czytających o niej itd. dyktują pewną interpretację. Prawdopodobnie tylko sawant jest od tego wolny. Mam wrażenie, że trochę demonizowane jest to moje pisanie "nie-o-muzyce" – po prostu bardzo dużo miejsca zajmuje u mnie wątek popkulturowy czy kontekst i może to rodzić nieco błędne wrażenie, ale gdy pisałam recenzję, poświęcałam także miejsce muzyce (zaznaczam, tak naprawdę dawno nie pisałam już recenzji, bo przecież opisy do podsumowania to nie jest raczej miejsce na analizowanie albumów/singli nuta po nucie; z kolei fan page Kobiet za konsolety nie służy zdecydowanie do "podręcznikowych recenzji", lecz do tego, co lubię robić najbardziej; dopiero teraz te single w urbanizerze podchodzą pod recenzję i tam obok wprowadzenia w temat staram się pisać o muzyce, choć w sposób lajtowy, który preferuję). Nie przesadzajmy. Zwracam uwagę, że wypowiedź o "Rude Boyu" zaczęłam właśnie od zahaczenia o muzykę, po czym Twój Stary uciął temat, mówiąc, że nie ma pojęcia o dancehallu. :) To jest w ogóle spory temat do rozważenia – jak pisać. Czy faktycznie pisanie o tych "septymolach" jest konieczne? Bo tak: ktoś, kto rozumie dokładnie, co kryje się pod każdym pojęciem muzykologicznym, de facto nie potrzebuje wyłuszczenia ich w tekście, bo wszystkie te niuanse sam wychwyci. Ktoś, kto ich nie słyszy, i tak nie zrozumie, czym one są. Wiedza muzykologiczna nie jest wiedzą powszechną tak jak wiedza humanistyczna (na której bazuje moje pisanie), innymi słowy, nawet gdy stawiam karkołomną tezę, wiem, że gdy ktoś chwilę pomyśli, ma szansę załapać, o co mi chodzi. Gdy nie posiada odpowiedniego zasobu informacji, może go i tak w sposób niedoskonały nabyć sam (stosunkowo szybko). Muzykologia lokuje się bliżej "tajemnych" dziedzin jak matematyka, chemia, biologia, fizyka itd. Dlatego też mnie bliżej do uniwersalizmu w pisaniu o muzyce, bardziej obrazowego, np. ten bas chodzi niczym w Gang of Four i tak dalej. Jak powiesz, synkopa – ile osób będzie wiedziało, o co chodzi? A na hasło "rytm jak w uk funky" – już wielu się ożywi. A jeszcze co do tego Maxa Tundry – dokładnie wiem, o co mu chodziło, tylko jego wypowiedź nie wydała mi się odkrywcza w jakikolwiek sposób – jak już pisałam, kaman, tak właśnie wyglądało przecież minione dziesięciolecie. Co nie oznacza, że wizja muzyki Gagi jest trafna. I absolutnie nie chcę, żeby ktokolwiek kopiował ją muzycznie. Każdy, kto próbuje imitować ten sound, brzmi po prostu żałośnie. Coś jak, z nieco innego świata, The Cure – nie istnieje żaden dobry i ciekawy zespół, który wprost inspirował się nimi na poziomie grania.
    marta słomka (2 kwietnia 2010)
  • Tzn. wydaje mi się, że to konkretny przypadek warunkuje, co jest esencjonalne, zaś próby ustawiania "songwritingu" w roli jedynego możliwego kryterium oceny dzieła muzycznego jawią się jako pachnące konformizmem i dość naiwne. Uwielbiam pop i nie jestem purytańskim zwolennikiem twórczości "trudnej" i "ambitnej", ale przyjmując takie podejście odrzucilibyśmy wszystkich wartościowych artystów, których programem było trochę co innego, niż produkowanie fajnych hooków - przy czym z tego, co zdążyłem wywnioskować, sama redakcja Porcys to akurat bystre chłopaki i raczej zdają sobie z tego sprawę. (jednocześnie nobilitacja piosenkopisarstwa współgra z moim osobistym odbiorem muzyki i cieszę się, że ktoś inny rozpatruje ją od tej strony)
    bleble (1 kwietnia 2010)
  • Ok, żeby ogarnąć trochę o czym tu rozmawiamy. Zasadniczo muzyka ma swój język i jest nim zapis nutowy- wszystko wychodzące poza to, co można z niego wyczytać (melodia, harmonie, hooki itd.) podchodzi pod kategorie pozamuzyczne i doznawanie tego warunkowane jest wrażliwością inną od muzycznej. Nie chcę wypowiadać się w imieniu Pana Porcysa, ale odnoszę wrażenie, że porusza się On właśnie po płaszczyźnie wartości muzycznych, gdzie elementy takie jak produkcja, teksty, aranżacja, czy wizerunek wykonawcy nie wpływają na ocenę danego utworu (czy oby na pewno? Panie Porcysie, prosiłbym o weryfikację). No i to ma sens, jakby, w sensie, "piszemy o muzyce", nie? Określasz swoją recenzencką metodę jako "wyciąganie esencji", ale w praktyce wygląda to tak, że poruszasz się po szerokim polu wrażliwości- moda, wizerunek popkulturowy (?), pudelek, kontekst socjologiczny, w końcu wartości muzyczne. No fajne to, ciekawe i mocno oryginalne, bo całkiem świadome (co, wydaje mi się, poza świetnym warsztatem, różni Cię od zwykle kiepskich writerów) i można to nazwać pisaniem o popkulturze, ale jeśli poruszamy się w sferze dziennikarstwa muzycznego (LOL), to jest to właśnie totalnie nieesencjonalne. Tak czy inaczej, efektem starcia między porcysowym (lol) podejściem do muzyki, a Twoim na nie pomysłem, będą takie dziwne twory jak powyższa wymiana opinii z Twoim Starym, czy forumowiczem Benem Jacobsem. Mijamy się zwykle. Z serii: przemyślenia Papy Szczura. Peace, Love, Modest Mouse!
    szczur (1 kwietnia 2010)
  • i znowu się "ja tu o muzyce piszę" wkrada
    szczur (1 kwietnia 2010)
  • wolałabym raczej, żeby wykonywała totalnie popieprzoną muzyką w totalnie popieprzonych ciuchach.
    marta słomka (1 kwietnia 2010)
  • hmm, to zdanie jest oczywiście efektowne, ale czy takich ludzi nie było już mnóstwo? Na Animal Collective w ubiegłym dziesięcioleciu skończywszy? Natomiast takiego nagromadzenia popkultury w jednej postaci, jakie prezentuje Gaga, nie przypominam sobie od dawna.
    marta słomka (1 kwietnia 2010)
  • za blogiem dejnarowicza za twitterem jacobsa: "lady gaga should perform a concert of wildly unpredictable, dazzling, psychedelic music whilst wearing drab, conventional clothing" esencjonalność tego!
    szczur (1 kwietnia 2010)
  • tak na marginesie
    szczur (1 kwietnia 2010)
  • chciałoby się rzucić zblazowanym "ja tu o muzyce piszę" i wrócić do masturbacji nad epkami mbv, ale Twój sposób pisania o muzyce, Marto, jest jakby fajowy w swojej unikalności.
    szczur (1 kwietnia 2010)
  • Fajnie, że komuś się podoba Rated R. Generalnie RiRi z płyty na płytę coraz lepsza, a zmianę wizerunku oceniam jak najbardziej na plus (pewne skojarzenia z Loose Furtado). Mogła nagrać kopię Good girl gone bad i ludzie by byli zadowoleni, a jednak wolała zaprezentować płytę mniej przyswajalną, mroczną, zawierającą na pewno mniej potencjalnych singli niż na poprzedniej - drugiego Don`t stop the music, Umbrelli czy Shut up and drive na nowej płycie nie znajdziemy. Także dla mnie duży progres i póki co no.1 w światowym popie. I ten Cold case love pod koniec, brawo.
    camel (31 marca 2010)
  • >nie moge powiedziec o niej doslownie nic, oprocz tego ze ma zgrabne nogi Jak dla mnie syndrom Beyoncé.
    Twój Stary (31 marca 2010)
  • >> Nie widzę również nic głębszego w postaci Lady Gaga. ha! wasza wiedze i zainteresowaniem pop aspktem popkultury moge podziwiac przez szybke i z daleka, bo najczesciej calosc jest tak bardzo nie w moja strone, ze nawet punktu odniesienia nie mam, ale kolezanka ostatnio puscila mi pare klipow gagi z rzedu ipoczulem sympatie do tej owej lady, bo cala jej publiczna persona jest wzieta w tyle nawiasow ze glupio w ogole mowic cos o niej. podczas gdy taka rihanna nie jest chyba (tworczosc znam z tego samego zrodla, wiec same single) w cudzyslow, ale nie moge powiedziec o niej doslownie nic, oprocz tego ze ma zgrabne nogi. nie pamietam tez zeby ktoras z gwiazd celowo przebierala sie za aliena, a alieny sa bardzo fajne. oprocz tego uwazam, ze taylor swift to kupa kupy w najgorszym gatunku.
    em c (31 marca 2010)
  • pożyczyłem od kolegi, "to dla was, kochani" jak mawiał lech roch http://www.jonco48.com/blog/love_2Dcards.thumbnail.jpg
    jajko (31 marca 2010)
  • >–marta słomka, 31/3/2010 18:52 :-O
    Twój Stary (31 marca 2010)
  • >Ale co ma Pudelek do albumu? > Do albumu niewiele, do postaci Rihanny już więcej, bo to część wizerunku, niezależnie od wymysłów ludzi z wytwórni. Wytwórnia raczej - delikatnie mówiąc - nie jest zachwycona fanaberiami Rihanny (dostała nakaz jak najszybszego nagrania *ciepłego* krążka z *przebojami*). Na podstawie tych kilku singli: promo "Wait Your Turn", "Russian Roulette", "Hard" (zwłaszcza!), "Rude Boya" czy w bonusie "Run This Town" i udział w wideoklipie Kanye’ego do "Paranoid" można już wysnuć wnioski, które mniej więcej nasuwają się po spotkaniu z "Rated R"; no i ta nieszczęsna "Disturbia" (numer jak numer, prosty bit oscylujący wokół 120 BPM-ów, na imprezę jak znalazł; ale w tej chwili, w tym kontekście jego jakość muzyczna nie do końca nas interesuje) ze znakomitym mrocznym klipem – sceny z manekinem, kaman, zawodowe; przecież to się ociera o jakąś fetyszyzację – jeśli to ma cokolwiek wspólnego z Rihanną-nastolatką szykującą do klubu w "Dont Stop The Music", to już nic nie wiem. A pudelkowa wersja wizerunku bardzo interesująco uwypukla wręcz motyw tej żądzy imaginacji, jaki Riri podejmuje artystycznie: nieszczególnie dojrzała emocjonalnie dziewczynka w starciu z nieciekawym aspektem rzeczywistości nie potrafi sobie z tym poradzić prywatnie, ale dysponuje niesamowitym przywilejem – muzyką i w niej przekuwa te niemiłe doświadczenia w wirtualną wendetę. Ty nie widzisz w tym ciekawego ani nic nowego, ja widzę intrygujące posunięcie ze strony wokalistki, która dotychczas była pionkiem w męskiej grze, a teraz odwraca rolę i to ona rozdaje karty (choćby tylko w swojej wyobraźni). > Nie widzę również nic głębszego w postaci Lady Gaga. Sorry, ale generalnie większość ludzi ma gdzieś przekaz jej, albo Rihanny i wcale im się nie dziwię. No, w Polsce na pewno, dlatego przejrzenie aktualizacji w polskim necie zajmuje mi 10 minut, a na wszystkie zagraniczne nie starcza mi czasu. No ale u nas dziennikarstwo o muzyce pop - czy szerzej: o popkulturze - etc. właściwie nie istnieje (zresztą np. o hip-hopie też ciężko poczytać, co jest w gruncie rzeczy zaskakujące, bo przecież w latach 90. to było najprężniejsze środowisko) co doskonale unaoczniła większość tekstów po śmierci Jacko, w których nikt nie miał nawet odwagi pomyśleć, że "Off The Wall" może być lepsze od "Thrillera", a co dopiero otrzeć się o takie rozkminy jak np. w książce pod redakcją Marka Fishera.
    marta słomka (31 marca 2010)
  • >Ja nie widzę w nowym wizerunku nic nowego W sensie nie widzę żadnej nowej jakości.
    Twój Stary (31 marca 2010)
BIEŻĄCE
Ekstrakt #9 (Ekstrakt vs RA 00-25)
Ekstrakt #8 (2025)