INNE - FORUM
LED ZEPPELIN i Borys D.
9 stycznia 2006witam
Borys Dejnarowicz pisał że Stonsi to jeden z jego ulubionych zespołów.Interesuje mnie co ma do powiedzenia na temat Zeppelin .
Wy też zresztą piszcie
-
tak jak i Borys mówiący o ciotach i tak dalej co sobie mozemy wymysleć....
flegma (11 stycznia 2006) -
ziutek jesteś prymitywny
lukki (11 stycznia 2006) -
Yeahhh! To my. Zespol gitar elektrycznych Led Zeppelin. Ja nazywam sie Robert Palant i mam nowa suszarke do wlosow. Moi kumple z zespolu maja biale dżipsony. Mamy tez nagie torsy i cholernie dlugie fallusy...
ziutek (11 stycznia 2006) -
shit negro... that's all you had to say
lukki (11 stycznia 2006) -
http://www.porcys.com/Forum.aspx?id=144ale co ja niby mam mówić, skoro każdy dobrze wie. same banały mogę, słyszane tysiąc razy, no ale proszę bardzo:każdy rockowy styl zawierający w nazwie "hard", "heavy" albo "metal" ma swoje źródło w nich albo w black sabbath. byli przejawem najbardziej kreatywnej adaptacji bluesa przez estetykę rockową jaka powstała. w sensie formatu wydawnictw, są odpowiedzialni za rewolucję orientacji - z singlowej (fragmentarycznej) na albumową (całościową). wnieśli aspekt "epicki" do muzyki popularnej, w funkcji - w przeciwieństwie do swoich rówieśników blues-rockowców i prog-rockowców - nie onanistyczno-formalistycznej, ale dramaturgiczno-treściowej. ich podniosłe ballady de facto ustawiły poprzeczkę dla tego typu utworów, i nikt jej do dziś nie przeskoczył (ewentualnie udawało się dorównywać, i też rzadko) - prawie każdy kto próbował po nich grać 7-minutowe, baśniowe opowieści wypadał kiczowato śmiesznie i nudziarsko.jako kwartet stanowili bodaj najcelniejszą definicję "mieszanki szczeniactwa z rutyną" i dopełniali się idealnie, bo mieli:- wybitnego gitarzystę, jednego z niewielu w dziejach, który poświęcił całą pasję, wirtuozerskie umiejętności techniczne i nadprzyrodzony talent na nieustanne wdrażanie innowacji, a nie na łechtanie swojego ego instrumentalisty, z którego nie wynika nic dla sztuki (tak jest w 90% przypadków); przede wszystkim zaś - przerażająco płodnego kompozytora-introwertyka o niezwykłej w skali historii wrażliwości oraz błyskotliwego aranżera/producenta o skłonnościach efektywnie eksperymentatorskich (nie muszę wspominać chyba patentów z rejestrowaniem bębnów nakładkami gitarowymi czy thereminem, etc). - jednego z najoryginalniejszych i najbogatszych - w kategorii środków wyrazu, daru przekonywania ekspresji i zmysłu melodycznego - wokalistów jacy śpiewali rocka w ogóle, który fałszował bluesowe ozdobniki (na płytach!!) w tak cudowny i rasowy sposób, że te fałsze same w sobie stały się częścią kanonu.- przypuszczalnie najdzikszego i najbardziej nieludzkiego genialnego perkusistę ever, który trzymał pałki w połowie długości i napierdalał nimi tak mocno, że byłby chyba w stanie takimi uderzeniami zabijać ludzi. po nim rockowa perkusja już nigdy nie będzie taka sama.- cynicznego, trzymającego się z boku bassmana/klawiszowca o plastycznej czułości na dźwięki, którego chłód i dystans pozwoliły grupie przetrwać względnie długi czas, mimo wykańczającego trybu życia i, zwłaszcza, wariacko niebezpiecznego iskrzenia między pozostałymi członkami.poznałem ich dorobek w wieku 7 lat (wujek, fanatyk led zep, miał większość nagrań na kasetach), dziś posiadam (znaczy mój ojciec posiada, a ja z tego korzystam) wszystkie wydane płyty na kompaktach i ta muzyka jest tak bardzo częścią mnie, że sytuacja przedstawia się identycznie jak ze stonesami: nie potrafię krytykować niczego co zrobili przed rozpadem. (reunionom pod nazwą Page/Plant brakowało zdecydowanie tej magii - choć wypadały interesująco, a koncert duetu w spodku plasuje się u mnie, mało koncertowego słuchacza, na szczycie prywatnych doznań "live".) śmieszy i żenuje mnie zarazem "ocenianie" dyskografii LZ jak każdego normalnego zespołu - na zasadzie "kilka pierwszych klasyczne, potem już znacznie słabiej", etc. osobiście mój ulubiony etap ich działalności to ten od III do Physical Graffiti i czepianie się przykładowo Houses że to "płyta z wieloma słabymi punktami" - hehe, sorry KURWA, ale to jakiś absurd. wrócić, posłuchać i załapać ich boskość proszę.każdy hipster który uważa LZ za "dinozaury", "coś dla siwiejących wujków/tatusiów" albo "długowłose, przeterminowane granie z innej epoki" sam się oszukuje i dlatego jest ciotą/cipą/co tam chcecie, bo w rzeczywistości nigdy nie będzie tak "hip/cool" jak "wanton song", "heartbreaker", "babe I'm gonna leave you", "going to california", "the rain song", "immigrant song", "that's the way"...także: zespół miał fundamentalny wkład w zbudowanie funkcjonującego obecnie, tradycyjnego wizerunku "rockowego bandu w trasie", puszczając w obieg na niespotykaną wcześniej skalę - alkohol, używki, orgiastyczny seks, burdy w hotelach i tak dalej. to może być fakt spoza sfery muzycznej, ale rozważając ich istotność, warto go wspomnieć.oraz: K A Ż D A charakterystyczna/paradoksalna cecha formacji świadczy na korzyść jej boskości: - u nikogo innego równie grafomańskie teksty (dziwny zlepek wulgarnego erotyzmu, prostackich rymów i tolkienowskich bzdur) nie przeszłyby, a tu brzmiały ponadczasowo jak jakieś hymny - wtf?- żadna inna brytyjska kapela nie stała się tak "amerykańska" - w US ludzie często w ogóle rozpoznają LZ jako wykonawcę ze stanów i traktują podobnie jak typowych reprezentantów "narodowej" spuścizny (Doors, Beach Boys etc).- zadna inna kapela posiadająca w składzie dwójkę tak prymitywnych wieśniaków nie zaszłaby dalej, niż przegląd międzyokręgowy dla debiutantów, hahaha.- wszelkie próby imitacji czy bezpośredniej inspiracji LZ kończą się farsą albo smutnym niepowodzeniem (włączając beznadziejne covery w rodzaju wspomnianego wyżej toola, ughhh) - NIKT nie odkrył recepty na te rolnicze riffy, chrypiące zawodzenie górą, naturalnie piękny patos i mocarną sekcję - po prostu NIE DA się tego powielić.biorąc pod uwagę powyższy wywód, zakładam, że w skali wszechczasów rywalizować z nimi może tylko garstka konkurentów. i kiedy narzekamy tu czasem na wyjałowienie/niski poziom bieżących artystów, to między innymi dlatego właśnie, że - ujmując metaforycznie - nie umieją "być jak led zeppelin".
borys d (11 stycznia 2006) -
te! złoty! turlej sie od mojego nicka
ja (11 stycznia 2006) -
ja
złoty (11 stycznia 2006) -
http://www.porcys.com/Forum.aspx?id=1003
dys (10 stycznia 2006) -
taa...ale o tym sie tu nie mowi.ps. - kto czeka na new Toola?
kacpr (10 stycznia 2006) -
A wersję Toola "No quarter" słyszeli?
Qba (10 stycznia 2006) -
mnie też wkurwia plant, ale ma momenty.
Low (9 stycznia 2006) -
mam dokładnie to samo co Qba. I najlepsza, katowałem ją kiedyś na okrągło. II poza whole lotta love nie lubię, III IV i houses of the holy są ok. dalszych nie słuchałem od bardzo dawna, nudne mi się wydawały, ale może wrócę kiedyś. jeszcze bbc sessions jest niezłe. to chyba jedyna grupa której mam więcej niż 1 płytę i jednocześnie wszystkie to oryginały :|a w ogóle to zawsze wkurwiał mnie plant
zwobot (9 stycznia 2006) -
I dla mnie niesamowita. Potem III i IV. Nigdy nie lubiłem dwójki. I jeszcze "Houses of the holy".
Qba (9 stycznia 2006) -
WitamNo wlasnie dla mnie najbardziej zajebiste sa II i III. Do IV jakos tak nigdy nie moglem podejsc. A I tez bardzo lubie.Pozdrawiam
greebo (9 stycznia 2006) -
zdaje mi sie (dawno nie sluchałem już), że III od wcześniejszych też nie odstawała, no i zaryzukuję stwierdzienie, że dla bardzo wielu osób było to jedno z pierwszych 'prawdziwych' zainteresowań muzycznych, również mam sentyment do tej grupy.a Borys sie chyba wypowiadał na ten temat w wątku 'najlepsze grupy w historii muzyki' czy jakoś tak.
px (9 stycznia 2006) -
No wiadomo 2 pierwsze zajebiste a potem tylko IV i częściowo Physical graffiti
mailman (9 stycznia 2006) -
mam ogromny sentyment ale ostanio jakoś w ogóle nie mam czasu sięgnąć
Paweł (9 stycznia 2006) -
pierwsze dwie płyty były świetne. potem już gorzej, raptem IV jakaś taka lepsza.
Low (9 stycznia 2006) -
no, że od Stonesów lepsi to pewne.
Pieun (9 stycznia 2006)