INNE - FORUM
Najbardziej palaca kwestia na porcys.com...empeczy! (mp3)
5 grudnia 2004Ok,wszyscy wiemy o co chodzi...ciekawi mnie wasze zdanie na temat (znienawidzoncyh przez tworcow forum:)) mp3...zapraszam do dyskusji(jezeli cenzura nie zadziala:).
-
Jak to jest z tymi prawami autorskimi co do utworów nagranych przed 50cioma latami ? Ściągnąłem sobie skłądankę "Blues Collection vol. 80 - Thirties Blues", gdzie są utwory zgrywane z przedwojennych winyli, a cała seria to takie chyba quasi-czasopismowe wydawnictwo co się kupuje w kioskach za grosze. Czy w takim razie słucham ich legalnie czy nie? Składanka została niby zebrana, zgrana i wydana przez kogoś tam "od nowa", więc teoretycznie ściągnąłem płytę z 1996 roku (tak jest napisane na skanie okładki), jednak zawarte na płycie piosenki zgrywane są ze starych płyt z 1935-1941 r. Na okładce (jest skan wnętrza też) jest tylko informacja, że płyty nie należy sprzedawać bez czasopisma, nie ma natomiast słowa o prawach autorskich do nagrań czy zakazie kopiowania. Tzn. że sama zawartość krążka jest freeware ;)?
olo (23 sierpnia 2007) -
piractwo jest be, mp3, mpc, ogg etc. ROX zobaczycie, za pare lat bedziemy placic tylko tworcom za ich robote, pomijajac posrednikow, a i duzo mniej przy okazji, dzieki magicznej cyfrowej dystrybucji.
taven (10 sierpnia 2007) -
kurwa!!! slsk nie działa;(
zassysacz (25 lipca 2007) -
mz - OTM
lukki (25 lipca 2007) -
Może cię zmartwię, ale prawie żaden dziennikarz nie zna całych dyskografii zappy, residents, beefhearta etc. Znają je tylko krytycy muzyczni, którzy pisali leksykony muzyki rockowej i po prostu musieli tego wszystkiego po jednym razie przynajmniej posłuchać. Więc twierdzenie o tym, że jest to jakiś kanon dla dziennikarza muzycznego jest raczej bzdurą. A skoro jest to bzdura, nie masz też racji przekonując, że trzeba zasysać by dziennikarzem zostać.
mz (24 lipca 2007) -
rozpedzilem sie: zgadzam sie calkowicie z taka kwestia przedmowcy: "uważam, że mam większe predyspozycje do pisania recenzji, relacji czy też opinii w temacie muzyki niż tysiące dupków po dziennikarstwie, którzy zaciagnęli z sieci całą dyskografię zappy, "przesłuchali" ją w dwa dni i szczycą się tym, że znają zappę jak nikt inny." - trudno sie z tym nie zgodzic. niezaleznie od tego, podtrzymuje wszystko co napisalem odnosnie kanonow, banalnego pseudodziennikarzenia i grafomanii, ktora przeslania luki w wiedzy - gdyz nadal uwazam, ze bez znania podstaw jest sie slabym dziennikarzem. a kto jak sobie te podstawy definiuje, to widac czytajac wymazy polskich maloletnich dziennikarzy, ktorzy sa moze i dobrzy w klejeniu zwiazkow frazeologicznych i napierdalaniu polsko-angielskimi przymiotnikami, ale poglebionych materialow nie umieja napisac. dlaczego? dlatego, ze nie maja elementarnej wiedzy o muzyce, co widac w recenzjach rowniez na porcysie... dlatego takie pisanie mnie zupelnie nie interesuje, wrecz nie uznaje tego za dziennikarstwo.
1234 (24 lipca 2007) -
lol, kupilem sobie track na Beatport. czego ja sie tu dowiaduje. oszukali mnie. nie powiedzieli mi, ze to nie to samo ;/
lukaszu (23 lipca 2007) -
poprawka: Powyższy wywód stoi w sprzeczności z tym co napisałeś wcześniej, czyli tezą, że "prawdziwy" dziennikarz powinien znać całą dyskografię Zappy (a więc i każdego artysty pokroju Zappy), do czego niezbędne jest p2p. Kilka postów dalej "zgadzasz się całkowicie" z postem lukkiego, który dokładnie z tym polemizował, mówiąc, że znajomość dyskografii Zappy nie jest konieczna, a "kanon" można uzbierać cywilizowanymi metodami bez pomocy netu. A więc "zgadzasz się całkowicie" ze stwierdzeniem będącym dokładnym zaprzeczeniem tego co pisałeś dzień wcześniej. Widać, że masz w tej kwestii ugruntowane poglądy.
mz (23 lipca 2007) -
powyższy wywód nie ma związku z tym co pisałeś: "co jednak ma zrobic ten dziennikarz muzyczny, jak sie ma wyksztalcic i zdobyc know how, skoro ma byc superetyczny i legalistyczny? jak tu sie wyedukowac by przejsc plynnie z pink floyd w captaina beefhearta a potem w huj wie co? w ten sposob dwa lata zajeloby zapoznanie sie z dyskografia samego tylko franka zappy. dla 25-letniego dziennikarza, jakich pewno porcys ma wielu, to zdaje sie malo realne. zakladam wiec dwa wyjscia: jesli dziennikarz porcysa nie zna dyskografii franka zappy (a przynajmniej te kilkadziesiat wazniejszych plyt) to z niego dupa a nie dziennikarz (wiekszosc jak sie domyslam, zna po lebkach te kilka plyt i tyle)." rozumiem, że wycofujesz się z absurdalnego stwierdzenia, że należy znać całą dyskografię każdego ważnego artysty by mienić się dziennikarzem muzycznym (na marginesie w przypadku porcys za takowych uważają się pewnie najwyżej 2-3 osoby)
mz (23 lipca 2007) -
@ lukki - każdy sobie ten kanon ustala sam, pewno, ze nie nauczysz się tego w szkole, a tym bardziej na dziennikarstwie. nie czepiaj się zappy. możesz se wstawić w jego miejsce the residents, kombi, henry cow, giorgio morodera, johna oswalda, mc5, fausta, dawida bowie, psychic tv, wariacje goldbergowskie jana sebastiana bacha czy sonaty i interludia cage'a. w literaturze dla jednych to będzie goethe, dla innych huysmans, dla trzecich john ashbery. nie ma jednego kanonu, to proste, ale niestety to warunkuje potem jak wyglada wlasnie "dziennikarstwo". zgadzam sie calkowicie z tym co piszesz powyżej. ilustruje tylko obecną sytuację, w której dziennikarzem jest dzisiaj każdy kto przesłuchał tysiąc płyt i miał piątkę z polskiego/angielskiego/czeskiego i czuje, ze moze sie tym zajmowac, bo ma stale lacze i wie wiecej niz inni. ludzie ze screenagers też uważają się za dziennikarzy, dziennikarzem jest robert leszczyński, czy piotr iwicki, ten pan od ksiązki o hip hopie mocno krytykowany na porcysie, możesz zapoznać się z masa dziennikarzy w gaz-ecie, relaz.pl, o2.pl, itp. dziennikarzy jest od huja i ciut ciut. ale jakos wcale tych dobrych, od ktorych mozna sie czegos nauczyc warsztatowo, ktorzy digguja nie tylko plyty, ale maja dostep do wiedzy innej, niz znaleziona na necie, ktorzy maja do napisania cos wiecej niz tylko swoja opinie o jakiejs plycie (ktore gowno mnie obchodza, szczerze mowiac, wolalbym zamiast czyjegos zdania do wiedziec sie o czyms nowego o czyms starym, albo swiezym), no tych niestety nie przybywa w postepie geometrycznym. albo mamy w bukmarkach rozne URL'e.
1234 (23 lipca 2007) -
śmieszy mnie tekst o tym, że aby pisać o muzyce trzeba znać dla przykładu wszystkie albumy zappy. pasja i zainteresowanie od lat najmłodszych pozwoliy mi poznać setki albumów zaliczanych do tak zwanych kanonów. przez lata kształotował się mój gust muzyczny dzięki poznawaniu muzyki. uważam, że mam większe predyspozycje do pisania recenzji, relacji czy też opinii w temacie muzyki niż tysiące dupków po dziennikarstwie, którzy zaciagnęli z sieci całą dyskografię zappy, "przesłuchali" ją w dwa dni i szczycą się tym, że znają zappę jak nikt inny.
lukki (23 lipca 2007) -
"Nieporównywalne ze ssaniem jakiegokolwiek mp3, zero emocji w tym wypadku." A predkosc z jaka sie sciaga? To sa dopiero emocje!
informatyk (23 lipca 2007) -
>predzej czy pozniej wyprom CD o co chodzi w tym zdaniu? wyprom(ują) CD? może to nowa, spolszczona nazwa dla promo CD? wyprom CD! "Witam dyrektora wytwórni. Jestem dziennikarzem muzycznym. Proszę o przesłanie najnowszych wyprom CD do recenzji"
Imię (23 lipca 2007) -
no tak, zupełnie analogiczna sytuacja. winyl-cd / cd-mp3
mz (23 lipca 2007) -
pewnie taki sam placz byl jak wchodzily CD. ze to jest takie pastikowe bezduszne i ze nie ma aury sztuki i w ogole... ze cos peklo- nie winyl- to przeciez nie to ;/ a teraz mamy to samo. takie formaty predzej czy pozniej wyprom CD. ktos lubi kompakcik to niech kupuje. nawet za 50 lat. ale niech nie miesza w to innych ;)
lukaszu (23 lipca 2007) -
kupiłem se wczoraj taką jedną płytę w sklepie zupełnie w ciemno i to celebrowanie pierwszego odsłuchu czegoś o czym nie masz pojęcia czy przypadkiem nie jakiś flop i w końcu się okazuje - gooood. Nieporównywalne ze ssaniem jakiegokolwiek mp3, zero emocji w tym wypadku.
kekusz (23 lipca 2007) -
przecież jest masa netlabeli, które udostępniają bez problemu muzyke czy to w mp3 czy we flac i jakoś nie ma krzyku. akurat slucham sporo ambitniejszej elektroniki i naprawde wiele artystow nie widzi roznicy i sami wrecz preferuja mp3 w lepszej jakości niz kompakt. dodam, ze mam na mysli konkretne labele. zeby ktos nie zarzucil, ze to domena domoroslych producentow ;) otóż nie. btw. jest tez wiele przypadkow gdzie producenci wrecz nie uznaja praw autorskich. w pewnych srodowiskach oczywiscie nie ma co płakać o aurze sztuki bo to jest jakaś "dorabiana" dolegliwośc, ze ktos mniej doznaje przy mp3 i musi mniej ksiazeczke, pudełeczko i reszte. imho indywidualna kwestia- tylko i wylacznie indywidualna :) póki co porcys bedzie siał ten sentymntalny ferment na swojej stronce. ok, apeluje tylko o niezależność umysłową ;)
lukaszu (22 lipca 2007) -
Po pierwsze dziennikarzy muzycznych, nawet w najszerszym tego słowa rozumieniu, czyli również słabych amatorów, jest w kraju może parę tysięcy, a dyskusja dotyczy całego "społeczeństwa". Po drugie jeśli ktoś pragnie zostać dziennikarzem muzycznym, ale nic nie zna i musi na gwałt wszystko zasysać to lepiej niech se daruje. Po trzecie gromadzenie klasycznych płyt musi zostać rozłożone na co najmniej kilka lat, ale pożyczając płyty i kupując na przecenach można z powodzeniem to zrealizować. Poznawanie 30 płyt Zappy, a więc, jak zakładam, analogicznie całej dyskografii wszystkich ważnych artystów, jest nierealne nie tylko ze względów finansowych ale też czasowych. Sądzę, że na palcach czterech rąk można policzyć krytyków muzycznych na świecie, spełniających takie standardy "dziennikarza muzycznego".
mz (22 lipca 2007) -
Co wyście się tego Zappy tak uczepili?:-) Chłop nagrał kilkadziesiąt płyt, z tego niewiele słabych, twórczość w sumie nie do ogarnięcia w całości dla normalnego konesera czegoś podobnego do rocka.
olo (21 lipca 2007) -
płyty "z kanonu" można poznawać poprzez regularne wymiany i spotkania z przyjaciółmi którzy też się interesują historią muzyki. osobiście wcale nie uważam aby do pisania dobrych recenzji o bieżącej muzyce potrzebna była znajomość "kilkudziesięciu" pozycji z dyskografii Zappy. przyzwoitość nakazuje wiedzieć o Freak Out, We're Only In It, może Hot Rats... ja akurat słyszałem trochę więcej, ale to mnie nie stawia wyżej od kogoś, kto ma tylko Freak Out na półce... jeśli coś byłoby takim kryterium, to pewnie świadomość (potwierdzona doznaniem estetycznym), że ważni byli i Bartok, i Robert Johnson, i Mingus, i Zappa, i Moroder, i Paula Abdul, i Mobb Deep, i Jelinek, i M.I.A. czyli generalnie rozeznanie w czymś więcej niż jednym gatunku i zrozumienie procesów stylotwórczych, które determinują rozwój muzyki. aha Piotrek, mądrzenie się gości ze Stylusa jest zazwyczaj drażniące, ale w tej rubryce którą przytaczasz to już wyjątkowo ociera się o żenadę. dobra, ludzie, bo tu się dyskusja w dyskusji otwiera - na czym polega autorytet w pisaniu o popie etc. o tym można w nieskończoność, a to jest wątek na temat mp3.
borys d (21 lipca 2007) -
z punktu widzenia czytelnika ignorancja warta jest choćby tyle http://stylusmagazine.com/archive.php?type=20&year=2005 stawianie się w pozycji jakiegokolwiek autorytetu jest zawsze ukrywaniem do pewnego stopnia swojej niewiedzy. fetyszyzujesz kanon - bije mnie po oczach arbitralność "KILKUDZIESIĘCIU WAŻNIEJSZYCH płyt Zappy" (hehe dlaczego nie Sun Ra? dlaczego nie nieznajomość Modern Lovers? Goldiego? Basic Channel? ABC?). jakoś w tych syntezach muzyki pop, z którymi miałem do czynienia, Zappa jest przywoływany w sposób bardzo umiarkowany. poza tym wolę jednak czytać Southalla o Prince'ie (patrz link powyżej) i Franka Kogana o r'n'b' niż wariata Scaruffiego wole czasem tez poczytac - uwaga herezja - artykuł PDW o brytyjskich zespołach mimo iż ten autor ma z pewnością mega-luki. sorry, ale twoja recepta na dobre pisanie o muzyce pop jest naiwna, bo zakłada że istnieje Kanon i od razu wyjezdzasz z osmieszaniem sie. gdy tymczasem dużo większą rolę grają środowiskowe mody
PK (21 lipca 2007) -
no coz, mozna nadrobic zaleglosci czytajac recki w necie i rock encyklopedie. to tyle z mojej strony na ten temat.
1234 (21 lipca 2007) -
nie do końca tylko teoretyzujemy, bo dopóki działała moja unitra, winyle kupowałem w miarę regularnie. odkąd się rozwaliła zacząłem się ich pozbywać, ale te najlepsze mam nadal na pamiątkę. a co do pierwszej części zdania, to sorry, ale chcesz dyskutować o muzyce, czy porównywać długość penisów? bo w takie strony dryfują odzywki w takim stylu.
Low (21 lipca 2007) -
no to czekamy na fote twojej kolekcji winyli, Low. naturalnie to prosba retoryczna, przeciez tak sobie tylko teoretyzujemy, nieprawdaz? nasuwa mi sie jeszcze inny wniosek: co warta jest pisanina osoby, ktora ma megaluki w wiedzy muzycznej i chcac niechcac nadrabia je grafomanią? w necie jest zbyt wiele solidnej prasy muzycznej, w dodatku nieco bardziej aktualnej.
1234 (21 lipca 2007) -
klasyke zawsze można z używanych winyli. oryginalnych. zazwyczaj 10-30 pln za sztukę na takim allegro czy w komisie.
Low (21 lipca 2007) -
no, tak jakby. borysowi sie łatwo mówi, bo on the beatles słuchał już w kołysce.
ryba (21 lipca 2007) -
no i wszystko gra. przeslucha sie te pare preview tracks w niskiej rozdzielczosci i kupi sie te pare/parenascie pewniakow rocznie (bo niewielu stac na wydanie 500pln na muzyke miesiecznie). a te jakies 2500 recenzowanych zajebistych plyt, o ktorych sie tylko czytalo, sciaga sie normalnie z netu, bo i tak by sie tego nie kupilo i tak. co jednak ma zrobic ten dziennikarz muzyczny, jak sie ma wyksztalcic i zdobyc know how, skoro ma byc superetyczny i legalistyczny? jak tu sie wyedukowac by przejsc plynnie z pink floyd w captaina beefhearta a potem w huj wie co? w ten sposob dwa lata zajeloby zapoznanie sie z dyskografia samego tylko franka zappy. dla 25-letniego dziennikarza, jakich pewno porcys ma wielu, to zdaje sie malo realne. zakladam wiec dwa wyjscia: jesli dziennikarz porcysa nie zna dyskografii franka zappy (a przynajmniej te kilkadziesiat wazniejszych plyt) to z niego dupa a nie dziennikarz (wiekszosc jak sie domyslam, zna po lebkach te kilka plyt i tyle). no ale aby poznac ta dyskografie, musialby kupic te wszystkie plyty, w mysl zasady, ze prawdziwy dziennikarz nie kradnie, tylko dostaje promosy i kupuje. nie widze zatem realnego kompromisu pomiedzy zdobywaniem wiedzy z nieustannego wymieniania sie plytami przez p2p albo przez znajomych a byciem "fair" wobec artystow. wniosek jest jeden: albo maniakalnie napierdalasz plyty z netu, kradniesz je, pozyczasz od ziomow i starasz sie byc w miare na bieżąco, albo masz takie megaluki w edukacji muzycznej, że lepiej sie nie podejmuj pisania, bo sie tylko osmieszysz. chcąc sluchac muzyki jedynie w sposob legalny NIE MASZ SZANS na zdobycie nawet elementarnej wiedzy o muzyce. dlaczego? po prostu na to nikogo nie stac. kropka. poza tym dyskusja dalsza nie ma sensu. miliard kilobajtow w netowych dyskusju jest na ten temat i nikomu sie nie udalo dojsc do zadnego wniosku. argumentow jest tyle samo co kontrargumentow. period.
1234 (21 lipca 2007) -
o kurwa, powyższa wypowiedź jest logiczna, poukładana, pełna przekonywających argumentów i do tego w dużej mierze pokrywa się z moją opinią na temat. kto się podszywa pod borysa d?
kokokoko (21 lipca 2007) -
no fajnie że dwie ostatnie odpowiedzi to odbicie piłeczki, ale nie na temat... bo na MySpace są często 4 kawałki z nowej płyty, a dodając podcasty można nawet rzucić uchem na jeszcze więcej. pamiętam że spacerując po blogach w momencie premiery Silent Shout mógłbym na upartego "pozbierać" cały album z odsłuchów pojedynczych tracków zamieszczanych tu i ówdzie. tylko po co. jeśli ktoś nie umie na podstawie trzech utworów stwierdzić czy go wydawnictwo interesuje, to znaczy że w dupach się poprzewracało i coś, co jest przeznaczone do kupna, a następnego ocenienia przez słuchacza, staje się rodzajem nagrody dla artysty, już po zassaniu krążka, jeśli się spodobał. żarty. aspekt finansowy mnie nie przekonuje, bo Internet uczynił cały obieg płyt na maksa wygodnym. przecież można na podstawie fragmentów oszacować, czy się chce kupować całość; następnie kupić na aukcji used w świetnym stanie za 30 zł; a następnie być rozczarowanym i sprzedać na tejże aukcji za podobną cenę. w ten sposób można funkcjonować bez mp3 i bez przepalania CDRów audio. jeśli minimalne koszta poniesione w takim procesie są dla rozpieszczonych bachorów pokolenia Web 2.0 wciąż za duże, to sorry ale doznaję absurdu... nikt nie mówił, że słuchanie muzyki to tania zabawa. trzeba sobie ustawić priorytety. ja mogę wypisać z miejsca listę 200 płyt które bym kupił w tym momencie, ale po prostu mnie na to nie stać i ten moment się wydłuży w czasie. ale to nie zmienia, że poczekam cierpliwie, bo "ściągając" zepsuję sobie tylko radość odkrywania danej płyty. powtórzę: to nie jest dyskusja na temat wyższości audio nad mp3, to jest dyskusja o braku logiki w argumentacji skądinąd sympatycznego użytkownika Chris.
borys d (21 lipca 2007) -
>>no tak, wiem, że niekórzy oceniają( ba, nawet piszą recki) całą płytę po kilku smaplach czy jednym tracku :/ osobiście wolę poznać całość zanim wydam tą kasę. dokładnie, dawniej też bywało, (w czasach promo- składanek przyklejanych do gazet)że do zachęcenia mnie do kupna płyty, z całego dobrego (lub bdb)albumu wybrano na promo samplera akurat jeden,jedyny znajdujący się tam chujowy utwór
someone (21 lipca 2007)