INNE - FORUM

kanon

29 listopada 2004

zdaje się ,ze Borys napisał gdzieś a'propos The Beatles , że kto nie odróznia piosenek Paula od Johna nie powinien dyskutować o muzyce - czy nawet o kulturze współczesnej. Czy rzeczywiście?
nawet jeśli trochę przekręciłem wypowiedź BD - to problem pozostaje.
czy potrzebny taki konsensus? czy przynosi więcej pożytku czy szkody?
czy "Smile" Wilsona zachwycałoby tak bez całego mitu, bez dziejowego ciężaru? - czy zachwycałoby podpisane jako High Lllamas :) ?
najciekawsze dla mnie historie w muzie były antykanoniczne: postpunk, hip hop, współczesna elektronika... ( przynajmniej pierwsze albo najistotniejsze impulsy ),
i być może dlatego tak irytuje mnie nabożne celebrowanie indie-kanonu ( to nie przytyk do porcysa)
czy to nie ograniczanie pola widzenia, wspólnotowość sądów stawiana ponad indywidualne opinie, wreszcie - CZASEM- utopia regresywna,?
(co znaczy indie to temat na osobny thread - wiadomo...)
ja The Beatles i Beach Boys uwielbiam - mój kumpel uważa, ze to szajs, choć pewnie w radiu by nie poznał - za to pozamiata wszystkich na ornette colemanie i zornie. wspólnie lubimy np. dizziego, abbę, mouse on mars, busta rhymes , jawbox, gwen stefani :))) ....
uff -
co myslicie?

luke
  • muuuuuuuuu
    vvv (4 sierpnia 2006)
  • Derride już czułem tu podskórnie... Tak, dobrze... :)
    jacek (29 listopada 2004)
  • pytanie o kanon wydało mi się dlatego istotne, że krytyka muzyczna - w moim pojęciu - jest (powinna być) właśnie dialogiem superintymnych i supersubiektywnych - równorzędnych - historii- rzutowanych w jakiś tam kulturowy, społeczny, historyczny kontekst. Wartościowanie dzieła jest pochodną napięcia pomiędzy zarejestrowanym dźwiękiem a jego - szczególnym, pojedynczym, niepowtarzalnym odbiorcą (wyrażoną w nieprecyzyjnym języku).Krytyk może więc stać się autorytetem ( na razie przez małe "a") gdy jego historie - pierwsza, druga, n-ta... są jakoś tam przyległe wobec odczuć czytelnika, lub dwóch.... Wtedy nawiazuje sie nić porozumienia. Albo chociaż ciekawość...Kanon mógłby być wtedy sumą sądów kilku autorytetów - ale i tak nie zyskuje wartości "obiektywnej" - a nie wiem czy nie zatraca się tego, co w całym procesie komunikacji najistotniejsze - dialogu.Oczywiście wszelka krytyka muzyczna jest zajęciem egocentrycznym, bo wymaga założenia, że kogoś interesuje zdanie krytyka. Dlatego lepiej chyba by nie uzurpował on sobie prawa do "obiektywizmu" - to nie systematyka czy statystyka,nie wiedza ( choć - jeśli ma być komunikatywna, dobrze gdy jakoś jest faktograficznie / kontekstowo osadzona), ale stawianie pytań, zapis własnej percepcji, poddawanie jej w watpliwość, szukanie, ględzenie, wczuwanie się, nie możność wczucia etc...czasem zamiast recki z wyraźną tezą ciekawsza jest taka, gdy - z uczciwości, albo z checi gry z czytelnikiem a nie z myślowego niechlujstwa - autor sam sobie zaprzecza.uff - mam siebie dosyć...i tak dobrze, że nie uderzyłem w Wittgensteina czy Derridę :)))
    luke (29 listopada 2004)
  • akurat to, czy dany artysta był "ważny", jest jedyna rzeczą jaką można w miarę obiektywnie określić.Zostawmy kanon i weźmy, dajmy na to, takie CKOD. Jedyne co można z całą pewnością o tym zespole powiedzieć, to to, że jest ważny "kulturowo", tzn. wnosi znaczny wkład w dynamikę oraz kierunek rozwoju współczesnej popkultury polskiej.A że beatlesi byli "ważni" - sprawa niby jasna, ale też można by pewnie gdyby ktos bardzo chcial policzyć artystów, którzy ispirowali sie ich dokonaniami (sam jako dzieciak przezylem kilka cudnych momentów, odkrywając ze np. queen czy police którymi zaczynałem sie interesowac za największych gości uważają własnie od dawna ukochanych przeze mnie betlesów). co do deifikacji - to bzdura oczywista, z pewnymi wyjątkami jednak. Wyjątki stanowią te sytuacje, gdzie muzyka ociera się o "niewypowiadalne", i w tym kontekście staje się "ważna" dla odbiorcy. Tymon np. mówi, że dla niego bogów jest dwóch. Lennon i Coltrane.Tyle tylko że to już są kwestie superintymne i supersubiektywne, w które wkraczać się nie powinno: taki to a taki artysta zostaje "bogiem" ze względu na umiejętność wytworzenia zupełnie wyjątkowej, niemal nieuchwytnej relacji z takim to a takim odbiorcą, relacji o charakterze "duchowym" w zasadzie. Co sprawia ze jeden wymięka słysząc lennona, a inny wiesza się przy "kiedy powiem sobie dość"...? tego sie nie oceni, bo nie da rady wniknąc w duszę kazdego jednego człowieczka, a jak wiadomo ludzie są różni (nie lepsi czy gorsi, różni) i standard tu, na całe szczęście z resztą, nie obowiązuje. Mędzy innymi dlatego cała krytyka muzyczna jest w pewnym sensie jedną z największych niedorzeczności na świecie, choć bardzo możliwe ze komuś tam jest do czegoś potrzebna (człowiek musi systmatyzowac by ogarniac rzeczywistość, o to chyba chodzi tak naprawde).
    jacek (29 listopada 2004)
  • kryterium znaczenia - doniosłości ( w kulturze - jak rozumiem, a ściślej w młodzieżowej kulturze anglosaskiej przełomu 20 / 21 wieku ) niekoniecznie musi być kryterium wartościowania. czekałem na słowo "sofistyka" - to zawsze dobry argument, by uciec od dyskusji.uważam, że beatlesi są lepsi niż kasia kowalska - tu mamy wspólne zdanie, możemy wspólnie przekonywać do niego innych ( którzy mogą mieć przeciwne) , możemy na tej wspólnocie poglądów zbudować nawet jakąś - jak to mówią - "community", możemy się zjednoczyć przeciw tym "innym", argumentować, tłumaczyć :)))ale na pewno nie będą to sądy obiektywneobiektywne jest to, że the Eagles w Stanach sprzedali więcej płyt, ha, ha :)))i to nie jest tylko czepianie się słówek - pochodną jest nastawienie odbiorcze, recenzenckie, sposób dyskusji o muzyce etc...
    luke (29 listopada 2004)
  • ee, chodzi o to że uprawiając sofistykę można wszystko zanegować. paradoksy, te sprawy. wiesz o co chodzi. nie da się ani precyzyjnie zmierzyć ani ustalić dokładnej granicy, co niekoniecznie musi doprowadzić nas do konkluzji, że znaczenie beatlesów porównywalne jest znaczeniu kasi kowalskiej. wystarczy zachować trochę zdroworozsądkowego podejścia.[nie ma legii]
    Michał Zagroba (29 listopada 2004)
  • "a jak się ocenia, że ktoś jest łysy albo wysoki? wyczucie."???!!!na wyczucie to gwiżdżą sędziowie na Legii :)
    luke (29 listopada 2004)
  • "jaki jest sposób pomiaru, jednostka, skala, narzędzie?"a jak się ocenia, że ktoś jest łysy albo wysoki? wyczucie.naturalna - normalna. w potocznym znaczeniu.
    Michał Zagroba (29 listopada 2004)
  • "są dzieła <<obiektywnie>> ważniejsze"jaki jest sposób pomiaru, jednostka, skala, narzędzie? stoper? suwmiarka? moze jeden porcys?"obecność <<kanonów>> wydaje mi się naturalna"to odwołanie do Rouseau i jego "umowy społecznej" ?czy do pism Ojców Założycieli?czy "naturalna" znaczy - "nie podlegająca dyskusji"?czy w związku z tym próba takiej dyskusji, podważenia kanonujest czymś "nienaturalnym" - znaczy występnym, karygodnym ?etc...
    luke (29 listopada 2004)
  • Dylemat odwieczny, postęp vs konserwatyzm albo klasycyzm vs neopragmatyzm. Sam nie traktuję tego fragmentu dosłownie, raczej jak zjebkę dziennikarskiej niekompetencji. Natomiast obecnośc "kanonów" wydaje mi się naturalna. Są dzieła obiektywnie ważniejsze i mieniąc się krytykiem w danej dziedzinie (w tym wypadku w dziedzinie muzyki popularnej) wypadałoby je znać. Inaczej Oasis mogłoby się wydać komuś frapujące. Też mam momentami skłonności do sakralizacji, ale trudno byłoby mnie przekonać, że przykładając Beach Boys do masy przeciętniaków pojawiających się zewsząd nie powinienem deifikować Wilsona.
    Michał Zagroba (29 listopada 2004)
  • nie Piotr - to nie jest przypadek apriorycznej niechęci.gdy ktoś puszcza Beatlesów - mówiąc czy nie, że to oni - po prostu się krzywi.czyli - nie ma aksjomatu :)utopia regresywna - w uproszczeniu budowanie estetyki czy ideologii czy wzorców zachowań na nostalgii , albo na przekonaniu "wszystko już było" (lepsze), na deifikowaniu The Beatles, czy Kraftwerk czy Gang Of Four czy The Smiths. Po prostu czasem lusterko wsteczne zastępuje przednią szybę. - i wtedy rzeczywiście lepiej ruszyć do tyłu :) Britpop jest przypadkiem najbardziej wyrazistym, ale tzw "new-rock revolution" tylko niewiele mniej....
    luke (29 listopada 2004)
  • Osobiście mam w tzw. kanonie spore zaległości i jakoś nie czuję się przez to gorszy. Raczej żałuję że nie mam na to czasu, bo z nowościami ledwo nadążam. W ogóle daleki jestem od kategorycznych stwierdzeń że coś "trzeba znać". Im więcej znasz, tym lepiej, tylko pamiętajmy że robi się to chyba przede wszystkim dla siebie, a nie po to żeby popisywać się przed kimś znajomością kanonu.
    elliot crane (29 listopada 2004)
  • Moja uwaga: kolega nienawidzi Beatlesów bo ich nie zna. Ja tez przez dlugi czas ignorowalem, bo poniekad zostalo mi wpojone, ze to "takie glupie, banalne, naiwne, czterech chlopakow z grzywkami". Brrr... Co do "Smile" - mysle, ze w rownym stopniu zachwycalbym sie gdyby bylo podpisane High Llamas. Tylko nie przyjalbym tej plyty jako genialnej aksjomatycznie. Ale mowie tu tylko za siebie. Niewatpliwie zachwyty nad "Smile" ulatwila swiadomosc, ze jest to jednak plyta kolesia, ktory stworzyl "Pet Sounds". Wielkim poeta byl ;) >czy to nie ograniczanie pola widzenia, wspólnotowość sądów stawiana ponad >indywidualne opinie, wreszcie - CZASEM- utopia regresywna,?co rozumiesz przez utopie regresywna? ze wszystko, co obecnie sie ukazuje jest z zalozenia gorsze?
    Piotr (29 listopada 2004)
BIEŻĄCE
Ekstrakt #9 (Ekstrakt vs RA 00-25)
Ekstrakt #8 (2025)