INNE - FORUM
Fenomen (zachowanie publiczności na koncertach)
30 listopada 2005Czy ktos mi wyjasni fenomen czemu w Londynie ludzie sie nie bawia na koncertach? Wczoraj bylem na Broken Social Scene i znow zawod. Klub malutki - Barfly (na 100 osob powiedzmy),wiec wymarzona okazja do wspolnych emocji z zespolem.Oni na wyciagniecie reki, w swietnych nastrojach.A tu znowu 98% ludzi stoi i sie nawet nie rusza.Muza brzmiala jeszcze lepiej niz na albumach,a ludzie stoja i sie gapia jak na obrazek.To samo bylo na Modest Mouse,White Stripes czy Deus.Troche sie ludzie pobawili na D. Banhart, ale tez tyle co nic,no jedynym jasnym punktem bylo Pixies,ale set mieli zabojczy,trudno bylo sie nie bawic.Najlepszym podsumowaniem jest to,ze najlepszym koncertem na jakim bylem byl Kult, cala sala spiewa z nami-tak to wygladalo.Zastanawiam sie powaznie czy jest sens na koncerty chodzic.Slyszalem,ze w Niemczech jest podobnie,ze ludzie raczej statycznie przezywaja emocje.O co chodzi?
-
absolut równający do tematu-les savy fav 30 11 2005 a ja ryje mordą po powiezchni niezaleznie od nawiezchni
jaś z białegostoku (2 grudnia 2005) -
a propos tych dansingów co to się takie modne ostatno stały (chodzi mi raczej o wydania warszawskie) to warto się tam pojawić? to znaczy wygląda to na zasadzie hej-patrzcie-mamy-mtv2-na-kablówce czy też zdażają się tam różnego rodzaju wycieczki stylistyczne albo historyczne
paweł (2 grudnia 2005) -
kiedys lubilem pogo, teraz juz troche mi sie nie chce. lubie mimo wszystko potanczyc w jakims symbolicznym wymiarze, poruszac kolanami, biodrami. bardzo lubie tez te wszystkie imprezy z muzyka niezalezna do tanca, ktorych sie ostatnio namnozylo. ogolnie tanczyc lubie
www.rasiak.pl (2 grudnia 2005) -
"Nie wierze, ze niektorzy z was stoja i sie zwyczajnie gapia"to uwierz.
tomek wasko (2 grudnia 2005) -
Rzeczywiście był już taki temat rok temu. I nie bardzo chce mi się tłumaczyć dlaczego na koncertach "stoję i zwyczajnie się gapię". Natomiast argument z dvd jest, jak by to powiedzieć, delikatnie chybiony.
elliot crane (2 grudnia 2005) -
Nie mialem na mysli pogo ani tym bardziej zamiatania wlosami, ale jakakolwiek forme ekspresji chocby ruszanie glowa. Nie wierze, ze niektorzy z was stoja i sie zwyczajnie gapia. Jak ide na film i mnie rusza to sie smieje, albo placze, albo cokolwiek. Tym bardziej na koncercie przy zywiolowej muzyce. Jasne, ze mozna stanac z boku i myslec o recenzji koncertu, ale czy sluchajac sie mysli czy czuje? Bo jesli mysli to mozna smialo obejrzec dvd.
madian (2 grudnia 2005) -
ale chodzi ci o tego Arka>? http://perso.wanadoo.fr/djouls/ark_video/ark_marseille_320x240.wmv
kakaok. (1 grudnia 2005) -
ja sie lepiej czuje gdy moge moje emocje jakoś uzewnętrznić i poruszać się. Chyba większość ludzi uważa to za dziwne, gdy któś się bardziej wczuwa. A najsmmutniejsza sytuacja spotkała mnie w Holandi. Ludzie patrzyli się na mnie jak na debila, a jedymie lekko się kiwałem, tudzież poruszałem głową :)
qpaki (30 listopada 2005) -
chopie idz na so solid crew tam sie pono szczelają !!!anyway circlepity, bandany, koszule w krate i suicidal tendencies rządzą
hardcore kid (30 listopada 2005) -
oho, no bo pogo na modest mouse idealnie pasowałoby do obrazka.osobiście wolę jak ludzie na koncertach zachowują się spokojnie, z natury jestem aspołeczna, i już sama konieczność wepchania się w tłum przywodzący na myśl metro w godzinach szczytu sprawia że czuję się nieswojo. a jak się ode mnie jeszcze odbije dwa razy cięższy nastolatek w przepoconym podkoszulku kultu to chce mi się po prostu heftać i tyle.
bh (30 listopada 2005) -
ja tam lubie sobie "poskakać".. ale jak widze pogo.. to mnie po prostu odrzuca...
Low (30 listopada 2005) -
potwierdzam twoje obserwacji z tym, że pozwole sobie wzbogacić je o jedną taką dykteryjkę. swego czasu będąc w Wiedniu trafilem na koncert zespołu grajacego covery Nirvany (z okazji rocznicy samobójstwa Cobain'a czy coś tam). ogólnie impreza dla fanów, zespolik bez większych zgrzytów leciał po klasykach, a widownia... heh no cóż powiedzmy że szczytem ekspresji był przytup w rytm muzyki. do czasu, po jakiś 20 minutach wparowała grupka 5 podręcznikowych grungowców (czarne trampki, podarte jeansy, flanelowe koszule, rozpuszczone włosy a'la wódz Rączy Rumak, te sprawy)od razu przebili się pod scene po czym zorganizowali mosh pit'a. ludzie w okól odsuneli się na "przepisową odległość" co tylko spotęgowało i tak już lekko surrealistyczne wrażenie. chchłopaki zdobyli moje dozgonne uznanie kiedy zaczeli robić sobie na zmiane stage diving (przypominam było ich 5).ja osobiście lubie sobie troche poskakać ale raczej w wymiarze symbolicznym
paweł (30 listopada 2005) -
takie "zdrowe" szaleństwo jest świetne na koncertach.
szafi (30 listopada 2005) -
one more thing - w podobnym tonie jak Ty juz sie ktos kiedys wypowiadal, bodajze po poznanskim koncercie enona. ktos byl zdegustowany tym, ze w poznaniu sie ludzie nie bawia na koncertach hehe.
tw (30 listopada 2005) -
ja na przyklad wole, jak "cala sala nie spiewa z nami". nie lubie tez pogo ani skakania ze sceny, bo mi skaczacy pajace zaslaniaja zespol. idac Twoim tokiem rozumowania chyba jestem jakis nienormalny.
tomek wasko (30 listopada 2005)