SPECJALNE - Rubryka
Rekomendacje płytowe 2015

Rekomendacje płytowe 2015

13 stycznia 2016

Analogicznie do rekomendacji singlowych, rzucamy dziesięć propozycji płytowych z 2015, godnych szerszego zauważenia.

 

Genevieve Artadi:  Genevieve Lalala

Genevieve Artadi
genevieve lalala
[self-released]

Znacie się? Znacie, w końcu ŻENEWIW to koleżanka Louisa Cole'a z KNOWER. I o ile dobrze wiemy, że songwriterskie skillsy tego ostatniego stoją na wykurwistym i nieosiągalnym dla wielu poziomie, tak pannę Artadi kojarzyliśmy głównie z "głosu" i śmigania na niebieskich wilkolotach w internetowo-minecraftowych krainach. Ale okazuje się, że dziewczyna też wie, jak układa się piosenki i to takie niezbyt "normalne", ale co w knowerowym kręgu właściwie jest normalne? Ok, I'll be more specific: okładka, celowo niedbała obróbka tracków i szkicowość kompozycji wskazują, że jej pierwsze solowe dokonanie to sporządzona gdzieś w wolnym czasie, pewnie z nudów, kolekcja niezobowiązujących bedroom-dance-prog-popowych dziwadeł niesilących się zupełnie na nic. I właściwie Genevieve Lalala można by potraktować jako granie dla przyjemności i własnej satysfakcji, a przy okazji pełen eksperymentów poligon doświadczalny i (dla odbiorców) sprawdzenie, co Artadi dodaje od siebie w procesie wykluwania się kolejnych kawałków KNOWER, czyli po prostu jako ciekawostkę. Można, ale proponuję bardziej sprawiedliwe podejście, a to dlatego, że choć jej numery celują w coś innego, dla mnie i tak będą należały do popowej dzielni. To jest pop niemal akademicki, odwrócony, trochę formalnie zakamuflowany, ale to jednak pop i jednak piosenki. "Whatever Whatever" kryje się jak tylko może w kosmicznych tunelach, ale ostatecznie obezwładniający chorus nie pozostawia złudzeń. To samo w "Bridges" czy "Now What". A te wszystkie interludia, w które udało się nawet zaplątać jakieś wtręty z minimal music? Pozornie inny świat, ale znowu melodyka mówi co innego. Chciałbym, aby Genevieve miała kiedyś możliwość nagrania płyty jednoznacznie popowej − żeby produkcją zajęli się kolesie trzaskający mainstreamowe hity, a promocją zajął się majors. Wtedy dopiero by było. No ale przecież jest KNOWER. I Pollyn. "No i bardzo dobrze, sukces jest kompletny". −Tomasz Skowyra

posłuchaj


BadBadNotGood & Ghostface Killah: Sour Soul

BadBadNotGood & Ghostface Killah
Sour Soul
[Lex]

Biję się w pierś, że trochę przeoczyliśmy to kolabo utalentowanych Kanadyjczyków z BadBadNotGood ze "starym wygą" Ghostface'em, ale od tego właśnie jest to podsumowanie, że można o paru przegapionych rzeczach przypomnieć, w tym oczywiście o znakomitymSour Soul. Słuchałem tej płyty czekając na tramwaj, w autobusie, podczas palenia tytoniu i celebracji innych banalnych sytuacji życiowych. Cieszyłem się, że Ghost wrócił do formy, może nie takiej, jak tej na Supreme Clientele, ale blamaż związany z Ghostdini: Wizard Of Poetry In Emerald City zdążyłem na dobre wymazać z pamięci. Zresztą umówmy się co do jednego: jego partycypacja na Sour Soul to najlepsza rzecz członka Wu-Tang Clan od lat. Udział spoglądającego z okładki Sour Soul, skąpanego w amerykańskiej fladze Ghosta to dla mnie rzecz ważna, ale jednak nie najważniejsza. Główkowałem, co dokładnie grają BadBadNotGood na Sour Soul i do tej pory nie potrafię tego wykminić, ale z pewnością jest to rzecz zjawiskowa. To nie instrumentalny hip-hop, ani żadne tam jazzowe impro, ale bardziej próba połączenia neurozy debiutu Portishead z elegancją i wyrafinowaniem Historie De Melody Nelson. Pod zabójcze flow Ghosta tak " pięknie wyścielony", oldschoolowy podkład pasuje idealnie i powinniście się o tym przekonać, niezależnie od tego, czy weźmiecie rozpoczynające album "Mono" (relacja wibrafon + bas + gitara), "Six Degrees" z gościnnym udziałem Danny’ego Browna (oprócz autora Old na albumie pojawili się też MF Doom, Elzhi oraz MC Tree G), trzy przepiękne instrumentalne kawałki czy też wściekle zażerające, moje ulubione w tym zestawie "Food". Trochę żal, że to wszystko trwa tylko niecałe 33 minuty, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Kapelusze z głów! –Jacek Marczuk

posłuchaj


Domenique Dumont: Comme ca

Domenique Dumont
Comme Ça
[Antinote]

Enigmatyczność tego 25-minutowego krążka sięga dalej nawet, niż upozorowane znalezisko Science Of The Sea Jürgena Müllera sprzed kilku lat. Zamiast ściśle nakreślonej historii i backgroundu mamy szeroko rozłożone ręce przedstawicieli francuskiego labela – w geście rzekomej niewiedzy. Plotki krążą, że Dumont pochodzi z Litwy, ale najciekawszym aspektem tej maskarady wydaje się "ambigualność płciowa" omawiane(go)(j) artyst(y)(ki). W czasach gdy wielu wykonawców świadomie igra z identyfikacją seksualną, życzeniowo dekonstruując w ten sposób domniemany ciasny gorset heteronormatywności i wręcz budując na tym cały image/komunikat, czymś o wiele bardziej wysublimowanym wydaje mi się pominięcie w press release informacji, czy Domenique Dumont to kobieta czy mężczyzna. Kobiecy głos może być ficzeringiem, producent może być kimkolwiek. Pomyślcie o tym: to wyzwanie rzucone pierwotnemu ukontekstowieniu percepcji, reminiscencja szwedzkich eksperymentów z wychowaniem przedszkolaków, gdzie żadnemu dziecku nie narzuca się "roli" dziewczynki czy chłopca – albo innych podobnych "lewackich" (lol) idei. A sama muzyka to rodzaj zjaranego, sennego proto-balearic. Tytułowy i "L'esprit De L'escalier" to w sumie rzecz najbliższa Camino Del Sol jaką słyszałem w życiu. I wiecie jak mam na nazwisko, wiecie co sądzę o Antenie. Infantylny psych-dub "La Bataille De Neige" brzmi jak soundtrack do wieczorynki z pluszakami, względnie jakimś przećpanym Colargolem. Rozleniwiona, rozpływająca się galaretka dźwiękowa "Un Jour Avec Yusef" udanie naśladuje Mouse on Mars circa Iaora czy Glam. No więc jak: dziewczyna czy chłopak? Czyli pewnie heca na 14 fajerek. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Gaussian Curve: Clouds

Gaussian Curve
Clouds
[Music From Memory]

Dwa lata temu podczas podsumowania rocznego w ramach cyklu "Nuty Dźwięki" miałem przyjemność pisać o albumie Anima Latina włoskiego twórcy Lucio Battistiego, natomiast w ubiegłym roku w ramach tej samej serii mierzyłem się z opus magnum Portugalczyka Nuno Canavarro zatytułowanym Plus Quba. W tym roku w kontekście rekomendacji płytowych w pewnym sensie znów wracam do Italii, tym razem by oddać zasłużoną cześć i chwałę albumowi Clouds formacji Gaussian Curve, czyli kolaboracji Marco Sterka (znanego również jako Young Marco) oraz Jonny’ego Nasha z Włochem Gigim Massinem, którego solowe albumy Wind oraz Lontano musicie sprawdzić bez dwóch zdań. Tak naprawdę ta płyta ukazała się 22 grudnia 2014 roku, ale co moglibyśmy zrobić, kiedy na głowie mieliśmy (jak wszyscy) przygotowania do Świat. Siłą rzeczy zajawka (wraz z pierwszymi entuzjastycznymi recenzjami) musiała ujawnić się w 2015 roku. Zadajmy sobie pytanie, co grają wspomniani muzycy na Clouds? Balearyczny ambient, minimalistyczny New Age, czy może eteryczne downtempo? Klasyfikujcie to jak chcecie. Wiem jednak, że wielu tak, za przeproszeniem, ślicznych i rozkosznych produkcji w ubiegłym roku nie słyszałem. Posłuchajcie chociażby prawie ośmiominutowej mini-suity "Impossible Island" i zwróćcie uwagę na moment, kiedy rozmarzone rhodesowe plamy nakładają się na delikatne muśnięcia elektryka. Mógłbym zapętlić sobie ten utwór na cały dzień i zakładam, że zachwytów nad ładem, impresyjnością oraz szeroko rozumianą estetyką tego dziełka byłoby więcej niż po niejednej wizycie w muzeum. Wielu recenzentów zestawiało Clouds z albumami Harolda Budda, Jona Hassella czy World Of Echo Arthura Russella. Rozumiem tę optykę, choć kompozycje w rodzaju "Dewdrops" czy "Ride" brzmią, jakby bracia Aged postanowili przerzucić się z sypialnianego r&b na ambient, natomiast "The Longest Road" realizuje pomysły Bing&Ruth w bardziej, nazwijmy to, "smooth" odsłonie. Każdy pewnie zinterpretuje ten album na swój sposób, możliwe, że "Clouds" to soundtrack do zasypiania jak znalazł, ale w głębi duszy myślę, że jego wartość jest jednak znacznie, znacznie wyższa. –Jacek Marczuk

posłuchaj


GoldLink: And After That, We Didn’t Talk

GoldLink
And After That, We Didn’t Talk
[Soulection]

Znamienne, że płytę przekraczającą mityczne 7.0 muszę zacząć od pesymistycznego tonu, ale szalenie niedocenione i klasyczne już dla mnie The God Complex nie pozostawia innego wyboru. Okoliczności premiery ubiegłorocznego mixtape'u są zupełnym przeciwieństwiem tego, co działo się wokół debiutu - tamten materiał wyszedł totalnie z przyczajki i uderzył z ogromnym rozmachem, oferując najlepszy mariaż wszystkiego co fajne we współczesnej muzyce klubowej z hip-hopem, jaki dane było mi słyszeć. Nic więc dziwnego, że miałem nadzieję nie tylko na bis, ale przede wszystkim doszlifowanie i ulepszenie tej futurystycznej, wielofunkcyjnej formuły. Stało się jednak inaczej - Goldlink wprawdzie nadal jest tym samym Goldlinkiem z niemożliwym czuciem bitu, ale większość płyty to zdecydowanie bardziej kameralne snucie relacji z codzienności, opisywanie wpływu szybkiego fejmu na jego życie czy rapowanie ballad dla swoich byłych partnerek aniżeli melanż z przyszłości, na który tak bardzo wiele osób liczyło. Przy tym podkreślmy to jasno: nie rozczarowałem się samą płytą, ale kierunkiem w jaki uderzył (a także: w jaki nie uderzył) Carlos, bo muzyka ciągle świetnie się tutaj broni. Najbardziej chartsowe "Unique" z największym wygranym ubiegłego roku, Andersonem .Paakiem (Malibu już za dwa dni!), rozczulające "Late Night", minimalistyczne "New Black" i desygnowane samplem z Missy Elliot "Spectrum" to czołówka, ale reszta też potrafi zrobić swoje. Równa płyta, może bez fajerwerków, ale jeżeli zapomnimy na chwilę z jak utalentowanym gościem mamy do czynienia... dla mnie super. –Rafał Marek

posłuchaj


Grant: The Acrobat

Grant
The Acrobat
[The Lauren Bacall]

Jak miło, że kolejni outsiderzy biorą na sztyk hałsiasto-technicze prostokąty bitów, po czym kierują się z nimi do ciemni, aby tam wywołać wyblakłe do szpiku szkieletu, dźwiękowe ilustracje. W tym sezonie też napotkaliśmy kilku takich odszczepieńców, między innymi AL-90, Perfume Advert, Project Pablo, Policy czy właśnie Grant − zupełnie skryty jegomość goszczący się w skromnych progach labelu sławiącego czwartą małżonkę słynnego Bogiego. No więc Grant prawie przez godzinę przędzie skroplone odrobiną 2stepu warkocze, a potem wietrzy je w ambientowym bunkrze aż zmienią odcień na szarawo-brunatny. I to tyle. Więcej sztuczek nie ma, wszystko leży na wierzchu − narracja rozwija się na naszych uszach, bez drugiego dna i czarów w miksie. I choć korci, aby doszukiwać się mistycznych rozważań skrytych w toku gęstego, głębokiego bitu albo odwołać się do obecnych instancji "duchowego" house'u w postaci DJ Sprinklesa czy Leona Vynehalla, ale to zupełnie niepotrzebne i nietrafione. Chodzi o to, aby dobrze wykorzystać ciągnące się powoli minuty, aby przepędzić nudny moment życia z uśmiechem na twarzy i przyjemnością w sercu. Niby niewiele, ale czasem dobrze jest mieć coś takiego na słuchawkach. Więc nie musisz słuchać techno, kochanie − wystarczy, że zanurzysz się w dźwiękowym pawilonie The Acrobat. Sarva mangalam. −Tomasz Skowyra

posłuchaj


Pole: Wald

Pole
Wald
[Pole]

To ciekawe, ale chyba żaden inny album nie dostarczył mi w tamtym roku tyle repetycyjnej frajdy, co powrót tego zasłużonego, choć nieco zapomnianego dub-innowatora raczkującej sceny najntisowego techno. Ciekawe o tyle, że działalność płytowa Stefana Betke w ostatnich kilkunastu latach należy raczej do rozczarowujących – przy całym moim szacunku w stosunku do berlińskiego producenta, nie potrafię zachwycić się ani hajpowanym swego czasu przez PItchforka Steingarten, ani hip-hopowo zainfekowanym Pole z 2003 roku. Z Wald jest zupełnie inaczej. Wciągające, niezwykle klimatyczne konstrukcje tych dziewięciu, podzielonych na trzy akty utworów, zostały podobno zainspirowane pieszymi wędrówkami po alpejskich lasach, co ma sens, gdy weźmie się pod uwagę ich naturalną soundscape’owość. Betke zręcznie łączy tu swoje popisowe zagrywki – dubowe tąpnięcia , glitchowe, ambientowo przydymione ślizgi syntezatorów – z elementami subtelnie zdekonstruowanego funku, krautu czy autechre’owskiego IDM-u, przy czym robi to na znacznie bardziej złożonych rytmicznie strukturach, z bogatszym soundem i zwyczajnie przyjemniej niż zazwyczaj. Wald zadowoli zarówno elektronicznych ortodoksów, jak i niedzielnych słuchaczy poszukujących w tego typu muzyce potygodniowego azylu, a może nawet pocieszy niezadowolonych brakiem nowego materiału Jagwar Ma – sprawdźcie, przemyślcie, gorąco polecam. –Wojciech Chełmecki

 

posłuchaj


Bill Seaman: (f) noir

Bill Seaman
(f) noir
[Eilean Rec.]

Jest w tym coś ujmująco przekornego i zastanawiającego, że jeden z najbardziej sugestywnych i inspirujących albumów ambientowych ostatnich lat nagrany został przez artystę, którego dossier obfituje przede wszystkim w dzieła z zakresu sztuk wizualnych, profesora Billa Seamana z Duke University. Plastyczność f (noir) narzuca się już na poziomie tytułu, którego jednoznaczna konotacja nie do końca trafnie wyobraża zawartość muzyczną płyty. Rozpisaną na szmery i trzaski czerń z narracyjną rolą fortepianu rozjaśniają ciepłe barwy światła pod postacią eterycznych wokaliz, partii skrzypiec i saksofonu. Niekiedy czerń przybiera charakter kosmiczny, bliski klasycznym albumom Briana Eno z serii Ambient, czasem rolę przewodnią odgrywa jazzująca poetyka snu, przynosząca skojarzenia z bardziej odrealnionymi fragmentami Twin Peaks (i muzyką Badalamentiego). Całość brzmi zresztą jak ścieżka dźwiękowa do ponurego kryminału sci-fi, którego tajemnica musi pozostać nieodkryta. Co nie oznacza przecież, że nie ma w nim miejsca dla autentycznych wzruszeń, oswajających z miękką czernią nocy i nieuchronnością śmierci. −Piotr Gołąb

posłuchaj


Shizune: Le Voyageur Imprudent

Shizune
Le Voyageur Imprudent
[Sony]

Shizune to strasznie dziwna ekipa. Nadają z podnóża Alp Weneckich, krzyczą w rodzimym języku włoskim, eksterytorialnym angielskim oraz chcąc ubogacić nas kulturowo sięgają po frazy żywcem wyrwane z japońskich komiksów. Niby deklarują przywiązanie do amerykańskich hardcore punkowych korzeni kojarzonych z kapelami pokroju Hüsker Dü, a mimo to robią wszystko by brzmieć tak modern i tak gładko, jak tylko zasłużony Brad Wood pozwolił dźwięczeć Touché Amoré na Is Survived By. Ich pierwszy długogrający materiał będący wypadkową dwóch EP-ek z 2012 roku, Mono No Aware: Between Eternity And The Burial oraz S/T, to granie złapane w trójkącie: agresja Orchid, nieortodoksyjność blastów perkusisty składu Loma Prieta, a także melodyjność nagrań Modern Life is War. Włosi odbijają się bezwiednie od poszczególnych ścian tej geometrycznej figury-pułapki i wydaje się, że nad swoim własnym, oryginalnym stylem będą musieli jeszcze trochę popracować. Niemniej jednak cieszy fakt, że na martwej, zdominowanej przez produkty wytwórni Deathwish Inc. core’owej scenie budzi się projekt temperamentny – istny wulkan energii. W 2013 mieliśmy drących się ponad indie rockowymi podkładami Comadre, dwanaście miesięcy wcześniej z pomysłem na siebie napierdalali francuscy Birds in Row, a dziś o kontrakt walczą wrażliwe chłopaki z Koloseum. I teraz rodzi się ważne pytanie co nastąpi wcześniej: ktoś położy na stole papier czy każdy z muzyków rozejdzie się w swoją stronę, jak to już zwykło bywać na tej scenie? –Witold Tyczka

posłuchaj


 Suzanne Kraft: Talk From Home

Suzanne Kraft
Talk From Home
[Melody As Truth]

Wiecie jak mam na nazwisko, wiecie co sądzę o Antenie. A zatem cóż to za rocznik ten 2015, że dostarczył aż dwóch wydawnictw z nagraniami ewokującymi niepodrabialny (wydawałoby się) nastrój refleksyjnego chillu Camino Del Sol. Tam ^ wyżej aprobuję Dominika vel Dominikę Dumont, a skrywający się pod nickiem Suzanne Kraft niejaki Diego Herrera (niezłe nazwisko dla piłkarskich kibiców) zaczyna swój minialbum Talk From Home od zbliżonych pejzaży. "Niska melancholia" (as in "low fantasy") openera "Two Chord Wake" to hołd tyleż precyzyjny dla kultowego belgijskiego projektu, co wręcz zakrawający na plagiat "Seaside Weekend" (identyczne ciążenie harmoniczne, szkoda że bez tego czteroakordowego interludium w środku obiegu). Podobnież "Never Heated", swoista kontynuacja poetyki farbek wodnych, która mogłaby się znaleźć wśród nieopublikowanych odrzutów bądź wprawek z sesji Camino. Co dalej? Odrobina gitarowej medytacji post-Durutti Column, przerywnik co brzmi jak instrumental lo-fi-sophisti-speca Ryana Powera i wreszcie na finał porcja rasowego ambientu dobry przed-kryzysowej a la Chihei Hatakeyama. Przyjemnie się tego słuchało w ubiegłym roku, nie powiem. Nadal przyjemnie się słucha. (aka "Wstyd nie mieć tej płyty. Wstyd nie nosić jej przy sobie".) A wspólnych mianowników z Dumont(em?) znajdziemy tu więcej: chociażby żeński pseudonim przybrany przez faceta. Jakiś nowy subgenre? Gendearic? –Borys Dejnarowicz

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"