SPECJALNE - Rubryka

Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)

6 kwietnia 2022

Guess who's back? Pierwszy kwartał tego ponurego roku dobiegł końca, więc postanowiliśmy jakoś go podsumować na odcinku muzycznym. Mamy oczywiście świadomość, że z każdym rokiem pojawia się coraz więcej muzyki do sprawdzenia i zwyczajnie nie da się przesłuchać wszystkiego. Dlatego przychodzimy Wam z pomocą. Zebraliśmy w jednym miejscu nasze zajawki, obserwacje i uwagi dotyczące wydawnictw opublikowanych w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Swoisty ekstrakt z naszych własnych poszukiwań w świecie muzycznych wydawnictw. Po każdym kwartale spodziewajcie się naszego subiektywnego przeglądu. Oto przed Wami pierwszy odcinek Ekstraktu. Piszą dla Was Łukasz Łachecki, Borys Dejnarowicz i Tomasz Skowyra. Zapraszamy do lektury.


Łukasz Łachecki:

Hiszpański trap byłby świetny i bez reggaetonowej nadbudowy, bo brzmi często jak odświeżone w porywającym stylu wzorce w stylu Lor Choc, Lil Uziego Verta czy Rae Sremmurd. Jednak śpiewne właściwości samego języka i taneczna pulsacja, analogiczna chyba do afrobeatsowych naleciałości w brytyjskim rapie, dodają trapowemu szkieletowi na xxx Albany unikatowego kształtu. Warto pamiętać, że Albany to tylko jedna z liderek tego ibejryjskiego boomu, który od kilku miesięcy, jak twierdzi Tomek, odpowiada za najświeższe okołorapowe albumy w ogóle, co potwierdzają mixtape'y Sticky'ego MA czy Lary91k.

Kismet Benoit B to hiperrealizm środkowego Lopatina czy Visible Cloaks i dżinglowość Far Side Virtual, połączone z estetyką zerkającą w kierunku ubiegłorocznych włoskich fourthworldowych eksperymentów, z postpunkowo pobrzmiewającym automatem perkusyjnym i wizjonerskim stilo ojców założycieli z lat 80., od Hassella przez Eno i Byrne'a, przetykane nostalgicznymi, ale nigdy nie rzewnymi ambientami. Taki Benoit objawił się już na adekwatnie zatytułowanym albumie Japonaiserie, dobrze że w tym wymagającym stylu wciąż można nagrywać zwiewnie, lekko i przejrzyście.

A skoro już jesteśmy przy "80s synth guyu" Lopatinie, znanym z czerpania garściami z twórczości Tangerine Dream… 55 lat od zawiązania i ponad 150 płyt później wpływ Niemców i szkoły berlińskiej na współczesną muzykę pop jest odczuwalny. Raum, kolejny już album po śmierci Edgara Froese i koronawirusowym odejściu Ulricha Schnaussa pokazuje jednak, że zespół nie potrzebuje pośredników do udowadniania własnej wpływowości i nie spieszy się do muzealnej gabloty, serwując zaskakująco aktualny album, już to brzmiący jak nawróceni na metaverse Lindstromiarze, już to jak Lone sięgający po melancholijne, chillwave-owo-schnaussowskie zresztą synthgaze'y.

Poniżej klimatyczne wideo Władysława Komendarka ze zlotu tangerinedreamowców w Transylwanii – jeszcze jeden dowód na niezwykłą żywotność projektu (i Komendarka).

Bladee i Ecco2K, koledzy z Drain Gangu, mimo powinowactw widocznych we wspólnych nagraniach, indywidualnie szli dosyć osobnymi drogami – postferrarowskiego bubblegum trapu Bladee'ego z dwóch ostatnich albumów i rozpadających się, awangardowych szkiców Ecco ("PXE"). Na Crest znaleźli jednak wspólny mianownik w postaci rave-synth-hyperpopu wyprodukowanego przez Whitearmora, który uświetnili swoimi bezwstydnymi falsetami – i już po openerze z grubsza wiadomo, że nagrali jedną z najlepszych płyt w swoich już imponujących karierach, a zarazem prawdziwą wizytówkę dla nowej fali soundcloudowych microgatunków.

Swoją drogą, gdyby ktoś mi 20 lat temu powiedział że istotnym zjawiskiem w świecie tychże mikrogatunków będzie rapid, koktajl rave'u i rapu, zahaczający po drodze o chillwave, vapor i Electronic Dream AraabMuzika – raczej bym nie uwierzył. Tymczasem Lil Soda Boi, kolejny Seba Bladee'er udowadnia na Event Horizon Eclipse że dwudziestolatkowie mają hauntologię z "Boten Anna" w roli głównej i może to jest revival mid00s, na który zasłużyliśmy?

W nawiedzanym przez raperów-widma w stylu Kanyego, ale i bez tego już naznaczonym mrokiem i śmiercią świecie mainstreamowego rapu coraz rzadziej zdarza się tak pozytywny ziom jak Gunna, wydający kolejny ociekający producenckim bogactwem maraton uśmiechu. Bity Wheezy'ego, Turbo, Metro Boomina czy Mike'a Willa, od dekady już należących do czołówki producentów świata i opierających się modom, ale i skostnieniu, to oczywiście połowa sukcesu, ale po raz kolejny przychodzi mi apelować o nieignorowanie dziwactwa samego Gunny – to w końcu wieloletni współpracownik Playboia Cartiego, a zdaje się, że tylko Tom Breihan przypomniał o tych podobieństwach, porównując DS4EVER do wersji Whole Lotta Red – co prawda wygładzonej, ale wciąż działającej jak peyotl.

Na nowe terytoria Gunnę (i Thuggera) gościnnie zaciągnął Yeat, inny oryginalny kontynuator myśli "WLR"-owej, który wypracował sobie (2 Alivë to czwarta równa płyta w ciągu roku) styl charakteryzujący się podskórną chwytliwością, uchem do spójnych, ale nie monotonnych "rage'owych" (co w praktyce oznacza nieustanny dialog z Pi'errem Bourne) bitów i poświęcaniem przynajmniej połowy energii na wokalistykę w drugim planie. Jeśli tak ma brzmieć rap robiony pod TikToka to chyba nikt nie ma z tym problemu?

Blisko współpracujący, co nie znaczy że rozpieszczający nowymi albumami ICYTWAT i Eli TheRula to styliści lawirujący między demówkami Cartiego (no way) z podkręcanym przez forumowiczów basem, wczesnymi mixtape'ami Chief Keefa, późnymi mixtape'ami WiFiGawda i taśmowo produkowanymi freestyle'ami lo-fi kodeiniarzy w stylu Duwapa Kaine'a. Nieprzecenianie nadprodukcji (ICYTWAT częściej udziela się jako producent) i selekcja materiału w trybie znanym bardziej z okolic Earla Sweatshirta niż soundcloudowców to przy tak dopracowanym pomyśle, kto by pomyślał, idealny sposób na zaskarbienie sympatii rozproszonego słuchacza. Taka też jest Siddhi, niepozorna, ale jak najlepsze mixtape'y Luckiego pokazujacy oryginalność narkotycznego chicagowskiego podziemia.

6 lat pracował Huerco S. nad udowodnieniem Pawłowi Gzylowi i Alexisowi Petridisowi, że nie robi ambientu do kawiarni dla białasów, dlatego też zapewne Plonk do nikogo się nie łasi, zaczyna się powoli, niemal autechrowsko, by rozkręcać się jak silniki samochodów, z miłości do których powstała i kulminować w środku, a na planie całości błyszczeć różnorodnymi stylistykami abstrakcyjnego house'u, dronów i techno, które Leeds pokazywał w międzyczasie jako Pendant, w projekcie PDP III czy jako współpracownik wydawanych przez siebie w West Mineral Ltd. artystów. Finałowy ambient nie odbiega z kolei aż tak radykalnie od For Those Of You Who Have Never…, więc album jest na tyle bogaty, że i flatłajciarze znajdą tu coś dla siebie.

Na Caprisongs FKA Twigs nie po raz pierwszy okazuje się mistrzynią wyczucia formatu (zwłaszcza innego niż albumowy) i w pełnej krasie pokazuje autoterapeutyczny potencjał mixtape'u, wyrzucając z siebie full luzackich pomysłów i melodii. Obok złamanych zeitgestowych ballad pozbawionych jednak antonoffowskiej patyny (choć takie "Careless" mogłoby być gdzieś tam na szczytach listy na czasie, tak przypuszczam, ale weryfikować się nie odważę) usłyszymy dużo afrobeatsowych i hip-hopowych beatów, nienachalnych gościnek i za jedynie śladowe ilości monumentalizmu. Każdej gwieździe głównego nurtu przydałby się taki materiał, świadczący o osłuchaniu w tym, co obecnie w (nie tylko) brytyjskiej muzyce najświeższe i pozwalający na narracyjne eksperymenty.

Po serii chaotycznie dropionych archiwaliów Ariel Pink zapowiedział pierwszy materiał od pięciu lat. Bobby Jameson z perspektywy czasu wydaje się kolejnym złotym strzałem w dyskografii, istniały jednak liczne obawy co do kierunku, w jakim podąży wyobraźnia naszego sympatycznego bohatera. Te, mimo przekładanej daty premiery pierwszego albumu pod szyldem Ariel Pink's Dark Side, rozwiał singiel "Horse Head-Mother", jedna z tych cieszących za każdym razem piosenek, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć na Pom Pom czy Mature Themes.

Ralfy The Plug z cienia wybitnego brata wychodził zazwyczaj przy okazji katastrof – pobytu Drakeo The Rulera w więzieniu, czy dziś, po jego śmierci. To oczywiście nie jest wina Ralfy'ego że miał w rodzinie jednego z najbardziej wpływowych raperów XXI wieku w Los Angeles, ale dziś, niczym Nicholas Cage w Adaptacji, jest zmuszony dalej nieść nowinę adekwatnego do czasów w jakich przyszło nam żyć nervous rapu, który dla odmiany – i dowodem "Fight The Force" – potrafi przybierać naprawdę kojące ambientowe formy.

Przy takich umiejętnościach Rusina już dawno mógł popaść w zgubny samozachwyt, wystarczy wspomnieć sięgającą co najmniej 2020 roku owocną współpracę z Vkiem, jednym z najlepszych raperów w Polsce. Ale to właśnie "Go!" wydaje się jednym z tych trafionych singli będących zarazem ukoronowaniem rozbiegówki i prezentacją wciąż drzemiącego w młodym człowieku potencjału, który może zaraz zostanie przykrojony pod masowy gust polskiego słuchacza i będziemy mogli tylko wspominać, że byliśmy tu w odpowiednim momencie.

"Are U Connected" to najładniejszy, najdelikatniejszy moment na zróżnicowanym i wyprodukowanym przez bardzo oryginalną bandę (m.in autorzy ubiegłorocznej płyty roku Space Afrika czy Slikback, który w tym roku opublikował świetne "Condense") mixtape'ie Iceboya Violeta; brzmi jak coś, co mogłoby się znaleźć na "Experiencing The Deposit of Faith" Yvesa Tumora albo Raised For A Better View Cities Aviva, z dodatkiem tej nieuchwytnej manchesterskości, którą mimo wszystko nie bez powodu zwykliśmy kojarzyć z dokonaniami labelu Sferic czy opisami z Maxa Ferbera W.G Sebalda.


Strona #1    Strona #2    Strona #3

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią