SPECJALNE - Relacja

Myslovitz

2 maja 2002

Myslovitz
16 Kwietnia 2002, Proxima, Warszawa


Korova Milky Bar – to tytuł świeżo nagranego albumu Myslovitz, który ma się ukazać w okolicach maja. Jak to zwykło się tuż przed wydaniem nowej płyty robić, grupa ogłosiła trasę koncertową i ruszyła w Polskę. 16 kwietnia dotarła wreszcie do Warszawy, by zaprezentować nowy materiał przed tutejszymi fanami.

Rozpoczęcie koncertu zaplanowane było na dwudziestą; przed Proximą, jednym z lepszych (i jednym z niewielu...) klubów gdzie czasem ktoś gra rocka, pojawiłem się przed dziewiętnastą. Ludu za wiele nie było; szczerze mówiąc trochę mnie to zdziwiło. Miłość W Czasach Popkultury sprzedano ponoć w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy, więc chętnych do ujrzenia kapeli na żywo powinno być na pęczki.

Koło 19.30 byłem już w środku, jak zwykle z przodu przy samych barierkach (wrażenia nigdzie nie są tak mocne, jak tam, choćby ze względu na bliskość głośników). Załoga kapeli ustawiała sprzęt, w tle sączyła się muzyczka (nie Kid A, jak to już przed koncertami Myslovitz bywało, a coś w stylu Franka Sinatry). No i byłoby OK, gdyby grupa pojawiła się na scenie mniej więcej koło godizny 20. Niestety tak nie było, z niewyjaśnionych przyczyn przyszło nam czekać dodatkowe 30-40 minut.

Wreszcie, po krótkiej (i tragicznie beznadziejnej zresztą), wykonanej przez nieznanego mi DJa Radia Eski zapowiedzi, na scenę pojawili się ci, dla których sala Proximy wypełniła się po brzegi (wbrew moim wcześniejszym obawom). Zaczęło się od nieznanego kawałka, który nie znajdzie się na płycie (tak by wynikało z tego, co mówił Artur Rojek). Szkoda! Utwór jest szybki, energetyczny, momentami bardzo transowy. Naprawdę świetna piosenka na otwarcie występu.*

Po słusznie rzęsistych brawach, Rojek podziękował i powiedział, że usłyszymy dziś sporo kawałków z nowego albumu, wśród których żaden nie ma jeszcze tytułu. No i rzeczywiście, następne kilka utworów to były nowe kompozycje, przedstawiane jako "pierwsza nowa piosenka", "druga nowa piosenka" i tak dalej. No więc dobra, ale jaki ten nowy materiał jest? Zajebisty.

Tak. Nie waham się użyć tego nieco rozreklamowanego przez A. Chylińską określenia. Myslovitz zaprezentowało koło 10-11 fragmentów swojej nowej płyty, i większość spośród nich zrobiło na mnie wrażenie bardzo duże, część nawet wręcz ogromne. Zgodnie z zapowiedziami, Myslovitz zaczęło się więcej bawić elektroniką (co, jeśli jeszcze ktoś nie zwrócił uwagi, stało się ostatnio wśród kapel rockowych bardzo modne). Na szczęście panowie z Mysłowic umieli swoje dawne brzmienie z nowym połączyć bardzo umiejętnie. Do gitar dodali miejscami ociupinkę (ale naprawdę niewiele, ledwie ździebko) bitu, miejscami trochę pisków, gdzieś tam i klawisze. Melodie są przy tym nadzwyczaj interesujące, przynajmniej tak brzmią na żywo (choć piosenki Myslovitz zawsze na żywo sprawiają wrażenie lepszych).

No, ale miało być o koncercie. Oprócz nowości grupa zagrała także piosenki ze swojej ostatniej płyty, między innymi "Chłopców", "Nienawiść", "Gdzieś", "Peggy Sue Nie Wyszła Za Mąż" (nie przepadałem za tym utworem, ale na żywo brzmi niesamowicie!), "Długość Dźwięku Samotności". Na koniec grupa uraczyła nas osławionym, granym na koncertach już od jakiegoś czasu "Mikim" (nie jestem pewien, czy to prawdziwy tytuł). Kawałek ten trwa ponad 20 minut! Oto cały, powtarzany przez Rojka kilka razy jego tekst: "I am who I am, I am who I am!". Fantastyczny, wciągający rytm, mile grzmocące po uszach gitary (przez pewien czas dźwięki wydobywano z nich szaleńczym pocieraniem o wzmacniacz), rozdrapujący wokal. Jeśli grupa postanowi zagrać to dzieło przed vipami z Sony podczas zbliżającego się koncertu w Londynie, to kto wie, czy szczęka nie opadnie tam komuś na tyle mocno, że Myslovitz rozwiną skrzydła i poza Polską...

Publiczność spisała się na tyle dobrze, że członkowie grupy wychodzili na bisy dwa razy. Pojawiły się "Dla Ciebie", "My", "Peggy Brown" oraz kolejna nowa kompozycja, którą tak oto zapowiedział Przemek Myszor: "Jak sami słyszeliście, nasza nowa płyta jest dosyć depresyjna. Żeby was choć trochę rozśmieszyć, zaśpiewam teraz ja". No i zaśpiewał, choć rozśmieszenie publiczności raczej mu nie wyszło, bo utwór raczej nie należał do najweselszych.

Po wybrzmieniu ostatnich taktów "Peggy Brown" wyraźnie zadowolony zespół rozdał publice kilkadziesiąt krówek (w sumie to nie były takie rewelacyjne) i przy głośnych owacjach zszedł ze sceny.

Myslovitz zagrali w sumie około dwuipółgodzinny, pełen ciekawych i efektownych brzmień koncert. Nie obyło się bez momentów słabszych (nie spodobały mi się na przykład dwie nowe ballady), ale za dużo było tych porywających, bym musiał o tych gorszych pisać. Bardzo nie mogę się teraz tej nowej płyty doczekać. No i kolejnej okazji, by wyszaleć się przy granej na żywo muzie chłopaków z Mysłowic. No bo co jak co, ale koncerty dają świetne!

–Jędrzej Michalak, Maj 2002

BIEŻĄCE
Wywiad z Young Leosią
Ala|ZastaryJutro?