SPECJALNE - Relacja

Haldern Open Air Festival

17 września 2002

Haldern Open Air Festival
9-10 Sierpnia 2002


Tę imprezę reklamowaliśmy już dawno temu. Pisaliśmy o niej jako o wyjątkowo atrakcyjnej pod względem zarówno obsady, jak i ceny karnetu. Teraz, gdy tegoroczna edycja festiwalu Haldern Open Air przeszła do historii, mogę z ręką na sercu stwierdzić, że warto było poświęcić wszystkie wyjazdy wakacyjne, by się do Niemiec móc wybrać (nawet biorąc pod uwagę odwołanie koncertu Sigur Rós). A to dlatego, że do naszych zachodnich (jak by ktoś nie wiedział) sąsiadów zawitało kilka zespołów z najwyższej światowej półki, które wsparte zostały kapelami, o jakich większość fanów dobrej muzyki dopiero usłyszy. W tym wypadku akurat świetnie jest należeć do mniejszości.

Prawie bez błądzenia (nie ma to jak internetowe poradniki drogowe) dotarliśmy na miejsce około godziny 22 na dzień przed pierwszym koncertem. Jak się okazało, pole namiotowe miało kilka kilometrów kwadratowych powierzchni! Mniej więcej w połowie miejsca były już pozajmowane, głównie (wręcz w 99%) przez Niemców. Trochę było Szwajcarów i Holendrów, później pojawił się samochód z angielską rejestracją. Zdecydowana większość festiwalowiczów wystrojona była zgodnie z modą ("British People"). Oczywiście nie zabrakło punków i Iron Maidenowców, ale oni stanowili margines, w końcu żadnego zespołu reprezentującego ich kulturę w Haldern nie było.

Do Polaków (których razem z nami było na całym siedmiotysięcznym festiwalu dziewięciu) odnoszono się z rezerwą; czasem ktoś uśmiechał się ironicznie, obrzucając wzrokiem naszego mega odrzutowca (który miał w dodatku niespotykaną chyba gdzie indziej w Europie czarną tablicę) – czerwonego Cinquecento. Gdy zaś pewna starsza tubylczyni uzyskała odpowiedź na pytanie, skąd jesteśmy, rozwarła szeroko szczękę i w zdumieniu wypaliła "Coooo? Z takiego daleka żeście przyjechali?". Jak widać, rozpuszczone Szwaby przyzwyczajone są, że wszystko mają w zasięgu ręki. Kiedy i my będziemy rozczarowani, że w promieniu 500 kilometrów nie ma żadnego odpowiedniego dla nas festiwalu?

Haldern to pięciotysięczna wieś, która każdego sierpnia od dziewiętnastu lat wyłania się z letargu, by na kilka dni zapomnieć o wszystkim i oddać się tylko i wyłącznie muzyce. Pierwszy festiwal organizowało ledwie kilkunastu ludzi, z których wszyscy byli mieszkańcami malusieńkiej wtedy wsi. Do pomocy przy drugiej edycji wciągnięci zostali ich krewni. Rok później podobnie... I tak, po latach z imprezą związany jest praktycznie każdy, młodszy czy starszy, mieszkaniec Haldern. Historia jak z jakiegoś taniego filmu.

Rzeczywiście było to lokalne zaangażowanie widać. Nawet wśród publiczności byli ludzie starsi (nawet gdzieś tak do 60 lat!), którzy co roku kupują bilet by zobaczyć, jaka ta muzyka teraz jest i kogo udało się sąsiadowi na scenę sprowadzić. Starsi Niemcy zainteresowani są nie tylko dźwiękami płynącymi z głośników, ale i widownią. Wypytują nas, opowiadają o wnukach (!). Fakt, że rozmawiasz z nimi pijąc piwo zupełnie im nie przeszkadza. Wyobrażacie sobie coś podobnego w Polsce?

Czas wreszcie powiedzieć coś o muzyce.


DZIEŃ PIERWSZY

Millionaire

Zespół ten miał otwierać festiwal, jednak przez jakieś kłopoty z dojazdem jego półgodzinny występ przełożony został na sam koniec, po gwieździe wieczoru, czyli Savoy Grand. Ponieważ nie dotrwałem do końca koncertu Savoya, nie zobaczyłem już Millionaire. Ponoć niewiele straciłem, jak mi doniosła osoba, która została do końca; ich hałaśliwa muzyka nie wykracza poza dobrze znane schematy. Ale na własne uszy ich nie słyszałem, więc miejcie do tych słów odpowiednią rezerwę.


Shining

W The Shining gra część składów The Verve i Stone Roses. Bardzo się na ich muzie jednak zawiodłem, czego główną przyczyną jest to, że nic mi po piętnastu minutach (wyszedłem wcześniej) ich grania nie zostało. No, może poza szumem w uszach. Bardzo brytyjskie granie, niestety kompletnie bez wyrazu. Mniej więcej coś a la Oasis.


Saybia

O duńskim zespole Saybia pierwszy raz usłyszałem w radiu: Paweł Kostrzewa z "Trójkowego Ekspressu" widział ich na tegorocznym Roskilde i był pod wrażeniem. Jeśli zagrali tam tak, jak w Haldern, nie dziwię się. Koncert tej pięcioosobowej kapeli był czwartym najlepszym występem całego festiwalu. Fantastyczny wokal (nie dość, że piękny, to jeszcze nad wyraz mocny!), doskonałe melodie (fragment "I ain't as beautiful as you" z "In Spite Of" krzątał mi się po głowie nawet nazajutrz, na koncercie Doves!), klimatyczne klawisze (które niestety miejscami były trochę za ciche). Znałem wcześniej tylko jeden kawałek Saybii, ale pozostałych słuchało się z rozkoszą niewiele mniejszą. Zwłaszcza, że od członków zespołu buchało gorącym i nie udawanym (a widzieliście kiedyś koncert Muse?) entuzjazmem. Przykładowo taki klawiszowiec tupaniem i niemalże skakaniem na siedząco do rytmu rozkołysał do tego stopnia kilkumetrową platformę, na której się znajdował (na takich platformach były też perkusje wszystkich kapel, a wszystko po to, by po koncercie wjechać z już gotowym zestawem następnego zespołu), że w oczach miałeś obraz, jak te kilkadziesiąt kilogramów sprzętu wędruje na kółkach wprost na twój biedny łeb. Na szczęście nic takiego się nie stało. Choć gdyby występ Duńczyków odbywał się po ciemku, co automatycznie dodało by mu jeszcze więcej klimatu, to kto wie...


Electric Soft Parade

Zapewne znany jest wam hit ESP pof tytułem "There's A Silence". A czy kojarzycie inne kawałki z debiutu Anglików? Ja nie, po prostu uznałem, że nie warto wgłębiać się w Holes In The Wall. Koncert jak najbardziej mi udowodnił, że postąpiłem słusznie. Chłopaki zagrali głośno, ale bez polotu i rutyniarsko. Chyba największą atrakcją ich występu była szybka zamiana miejsc, jaka nastąpiła pomiędzy wokalistą a bębniarzem. Publiczność miała na moment zajęcie w ocenianiu, jak zespół sobie radzi. Ale ponieważ muzyka nie brzmiała ani lepiej, ani gorzej (co wcale nie jest komplementem), w oczach widowni początkowy zapał do twórczości ESP rozpłynął się gdzieś w pianie piwska i serze pizzy. Czasem zapanowywało krótkotrwałe ożywienie, a to za sprawą klawiszowca, który chyba szczyci się umiejętnością obsługiwania keyboardu za pomocą pośladków.


Ian Brown

Byłem na ostatnich trzech utworach serwowanych przez zespół Iana Browna. Spóźnienia nie żałowałem, bo byłemu frontmanowi The Stone Roses fałsze zdarzały się nadzwyczaj regularnie. Poza tym, jego występ wyglądał raczej na show jamajskiego reggae, niż koncert szanowanego brytyjskiego rockmana. Zbyt jaskrawe oświetlenie (dominowały światła różowe, jasnozielone i jasnoniebieskie) zupełnie nie składało się w jedną całość z muzyką, co nie pozostawiło pozytywnego wrażenia.


Supergrass

Muzyka "Świadka Koronnego" (ale sobie nazwę wymyślili, hehehe) za wiele się od Electric Soft Parade nie różni, jest może jedynie trochę lżejsza i bardziej melodyjna. Koncert Anglików – w przeciwieństwie do występu ESP – był prawdziwą okazją do poskakania. Już od otwierającego "Pumping On Your Stereo" stopy poszły w górę. Żywa i niewymagająca muza w połączeniu z browarami i ogólnym nastrojem rozluźnienia dały oczekiwany efekt. Był to jedyny moment całego festiwalu, podczas którego mój kręgosłup był zagrożony (patrz relacja z Chemical Brothers). Po 40 minutach szaleństwa całkowicie zjechany usunąłem się trochę do tyłu, by poczynania widzów z przednich rzędów obserwować już bez udzielania się. Na stojąco koncert już nie był taki fajny (właściwie jedyną muzycznie mocną jego stroną był silny wokal Gaza Coombesa), ale w sumie nie spodziewałem się tego.


Savoy Grand

Gwiazda pierwszego dnia festiwalu niemalże okazała się być jego największym nieporozumieniem. Po pierwsze dlatego, że po żywym i dosyć głośnym Supergrass przejście do cichego i wręcz usypiającego Savoy Grand bez bólu obejść się nie mogło. Zwłaszcza, że było już po pierwszej w nocy, w końcu komu o tej godzinie, po kilku koncertach stania i skakania nie chce się spać? Po drugie, by móc wczuć się w tę, skądinąd naprawdę świetnie graną, muzykę, trzeba się z nią osłuchać. A wątpię, by na widowni było więcej, niż kilkadziesiąt osób posiadających Burn The Furniture (debiut zespołu). Po pięciu siedmiominutowych kawałkach (które zresztą naprawdę mi się podobały) wymiękłem do cna i opuściłem i tak już w połowie opróżnioną z widzów arenę festiwalu.


DZIEŃ DRUGI

Leaves

Nie poszedłem na Leaves, ale z relacji dowiedziałem się, że po ich muzyce słychać nawet większe od The Shining zapatrzenie w Oasis. No to nara.


Mull Historical Society

Nie byłem również i na tym koncercie.


Gemma Hayes

Koncert odwołano na godzinę przed planowanym rozpoczęciem.


Joseph Arthur

Materiał zaprezentowany przez Arthura wydał się dobry (takie połączenie mocnego, niezszarpanego głosu z akustykiem i elektroniką w stylu końcówki "In Our Gun" Gomeza), jednakże artysta popełnił błąd, decydując się na niezatrudnienie zespołu, przez co 90% muzyki grane było z płyty. Jedynym instrumentem, na którym grano na żywo, była gitara akustyczna (której dźwięki często modyfikowane były pedałami). Wielka szkoda, bo Arthur bawi się trochę elektroniką, z którą na koncercie naprawdę ciekawie można poigrać. Takie igraszki łatwo podnoszą atrakcyjność i autentyczność występu. A tak, artysta pomachał i razem z wielkim plecakiem zszedł ze sceny (co wyglądało jakby mówił: "Sorry, ale zaraz mam pociąg") przy prawie zupełnej ciszy.


Cooper Temple Clause

Wow! Takiej dawki prawdziwie dobrej rockowej muzyki zupełnie się od tych Angoli nie spodziewałem. Na płycie brzmią inaczej, gorzej. To, co zaprezentowali w Haldern, zmusza jednak do chylenia czoła. Drapieżne gitary podciągnięte dużą dawką elektroniki i niesamowitym klimatem (wprowadzonym choćby przez sam wygląd członków zespołu) wcisnęły zaskoczoną publikę w trawę. Perkusista w napawającej strachem białej masce; wokalista, którego fryzura i mina chyba umyślnie przypominała postać z Planety Małp... Ben Gautrey, charyzmatyczny wokalista kapeli, zapewne wspomagał się jakimiś środkami, na szczęście nie przesadził i jego mocny głos całkiem mile dla ucha przedzierał się przez lawinę innych dźwięków. Podczas całego koncertu Gautrey miotał (najczęściej z zachowaniem rytmu) w scenę i publiczność tamburynami, kilka razy przyklękiwał lub też kładł się na scenę. Chłopaki wygłupiali się często, na przykład gdy przy narastającym hałasie zamykającego koncert kawałka Gautrey wlazł po światłach kilka metrów w górę, by wrzucić na reflektory wyłamaną połówkę tamburynu. Największą atrakcją występu była na szczęście umiejętnie zagrana, ostro transująca muzyka.


Zita Swoon

Zespół Zita Swoon stanowił odejście od nowoczesnej muzyki prezentowanej na festiwalu. Kilku podstarzałych kolesi (jeden upodobniony do Roda Stewarta, inny do Tuchajbeja) zaprezentowało folk z domieszką rocka. Akordeon, bałałajka i te sprawy. Nie miałbym zupełnie o czym pisać, gdyby goście nie zagrali pod koniec setu coveru PJ Harvey "This Is Love". Tym utworem wreszcie udało im się rozerwać jako tako publikę (choć nikt nie wątpił, że sama PJ zagrałaby swoją kompozycję sto razy efektowniej), która na końcu pożegnała kapelę zaskakująco długimi brawami.


Gomez

Pomny pragnienia, jakie męczyło mnie pierwszego dnia festiwalu (na terenie imprezy najtańszy napój o pojemności 0.3 l kosztował prawie 2 euro!), tuż przed Gomezem przemyciłem schowaną w kurtce (bo oczywiście legalnie żadnej cieczy wnosić nie można było) butelkę wody. Niemcy jednak są bezwzględnie biurokratyczni i gdy tylko nieostrożnie, sycząc bąbelkami, ją odkręciłem, podszedł do mnie ochroniarz i grubiańsko wyrwał mi napój z rąk. Występowi Anglików przysłuchiwałem się więc w nienajlepszym nastroju, czego zespół nie zdołał zmienić. Poza "In Our Gun" żadna z prezentowanych piosenek (wśród których zaskakująco więcej było tych z debiutu grupy) jakoś się nie kleiła. Wszystko się rozłaziło, często odnosiłem wrażenie, że każdy instrumentalista Gomeza gra inny kawałek albo ten sam, tylko inny jego fragment. Po kilkunastu minutach znużony zacząłem przystępować z nogi na nogę i rozmyślać o zbliżającym się roku szkolnym. A publiczność o dziwo bawiła się świetnie. Spora jej część tańczyła i głośno się darła. Naprawdę dziwni są czasem ci Niemcy... Z całego koncertu najlepiej zapamiętałem moment, gdy dziewczyna stojąca obok mnie wystrzeliła w powietrze kilkadziesiąt baniek mydlanych, które choć na chwilę zdołały przykuć moją uwagę na wydarzenia na scenie. Chyba nie muszę mówić, że liczyłem na więcej. Gomez zawiódł.


Belle And Sebastian

Dałem plamy, że przed wyjazdem do Niemiec nie zapoznałem się z twórczością B&S. Muzyka tego liczącego kilkanaście skromniutkich osób zespołu jest tak łagodna i tak prościutka, że nawet kompletnie nie znając repertuaru można było się na ich koncercie dobrze bawić. Od początku do końca występu cała publiczność dziecięco podrygiwała i kołysała się do rytmu. Ja znalazłem jeszcze lepszą metodę: wyłożyłem się na trawce i patrzyłem w przybierające w gwiazdy, odrobinę przyprószone chmurami niebo. Delikatna gitarka, nastrojowa trąbka i lekkie wokale idealnie składały się w jedno, tworząc cudnie żywe pioseneczki o miłości, słońcu, przyjaźni. W takich oto bardzo miłych okolicznościach przygotowywałem ducha i ciało do koncertów dwóch zespołów, bez których nie było by mnie na tym festiwalu: Doves i The Notwist.


Notwist

Na żywo Notwist wydatnie zaostrza swoja muzykę. W nowszych kompozycjach dodają ciętą i głośną gitarę gdzie tylko popadnie, otrzymując w ten sposób piorunujący efekt. Dzięki temu zabiegowi kompozycje takie jak "This Room" czy też "Pick Up The Phone" brzmią zupełnie, zupełnie inaczej. Jeszcze lepiej. Publiczność kompletnie zaskoczona działaniem granej przez czterech trzydziestolatków muzyki, przez długi czas nie mogła się otrząsnąć i wyła bez przerwy, nie tylko po piosenkach. Normalnie złorzeczyłbym palantom, którzy zagłuszają zespół, ale mnie samego ogarnął notwistowy szok i mimowolnie piszczałem z zachwytu na całego. Aż mi było potem wstyd... Zdawało się, że chwile oddechu będą przy starszych piosenkach, których po prostu nie znam (ktoś mi mówił, że nie są tego warte, heh). Gdzie tam! Niemcy udowodnili, że należą do światowej czołówki: grali z taką werwą, że wariowałeś przy utworach, których nigdy wcześniej nie słyszałeś. A to za sprawą ścinającego kilka tysięcy głów na raz szarpnięcia wiosłem, a to dzięki przypadkowym uderzeniom palców w klawiaturę laptopa sterującego elektroniką. Kiedy czwórka członków kapeli usiłowała po siedmiominutowej wersji "Pilot" (co to był za utwóóóóóóóór!!!) opuścić scenę i wpuścić na nią ekipę Doves, rozległ się dziki, piekielnie głośny skowyt, który nie pozostawił złudzeń: "wir wollen mehr!". Na bis zagrali aż pięć piosenek (co na festiwalach jest rzadkością, zwłaszcza u przedostatniego zespołu wieczoru), w większości ze starszych płyt. Pod koniec ciarki przepływały nam po plecach szerokimi strumieniami, bezlitośnie wyginając je do niezdrowych nachyleń. Koncert Notwist był zupełnie pozbawiony dłużyzn, nie brakowało za to na nim efektownej (a nie wymuszonej, jak choćby na koncertach Redhotów) improwizacji. I tylko dziwię, się, jak wokalista mógł przez cały występ zachowywać się tak spokojnie? Oddał nam na tej swojej waniliowej gitarce tyle mocy, a sam zachowywał minę niemalże poważną, od czasu do czasu posyłając tylko na lewo i prawo wesołe uśmieszki. Zero skakania, zero grymasów. No ja bym tak nie wytrzymał. Ale ja nie umiem tak grać. I nie widziałem na oczy dotąd kogoś, kto by umiał.


Doves

Na ostatni koncert festiwalu udało mi się zdobyć pierwszy rząd. Na samym, samym środku... Niestety zespół sprawił mały zawód. Możliwe, że za wiele sobie obiecywałem, że za wiele razy wsłuchiwałem się w ulubione "Sea Song", widząc w myślach, jak zagrają to na żywo. Okazało się, że wyobrażenia przerosły rzeczywistość. Nie powiem, Doves zagrali dobry, momentami piękny koncert. Ale czegoś zabrakło. A właściwie czegoś było za dużo, heh. Mówię o utworach z nowego albumu, które przyćmiły piosenki z Lost Souls. Zresztą sami popatrzcie na spis utworów (po koncercie zdobyłem setlistę oraz... pałkę perkusisty!):

Pounding
There Goes The Fear (na żywo traci klimat)
Sea Song
Words
Rise (niestety, zespół ominął ten utwór i przeszedł od razu do następnego)
Sulphar Man (poprzedzony zapowiedzią "tego jeszcze na żywo nie graliśmy, więc możecie się spodziewać, że spierdolimy na całej linii")
New York
Satellites
Catch The Sun
Caught By The River
Cedar Room
Here It Comes
Spaceface (utwór instrumentalny, nie wydany)

Spore, spore braki... No bo gdzie "The Man Who Told Everything", "Rise",
"A House" czy też "Darker"? Nie uśmiecha mi się w zastępstwie takie "Satellites"...

Różnica między utworami z pierwszej i drugiej płyty Doves rzucała się w uszy od razu. Starsze piosenki poruszały, niektórych nowszych słuchałeś niemalże ze znużeniem. Z Last Broadcast lepiej niż na płycie zabrzmiały jedynie "New York" i "Words". Kawałki z Lost Souls nabierały natomiast nowego kształtu – to, co traciły przykładowo na braku klawiszy (kolejny już raz na festiwalu nie było ich w ogóle słychać), zyskiwały na wyśmienitym wokalu, czy też improwizującej gitarce. Najmocniejszym momentem występu (jak i całego festiwalu) był dla mnie oczywiście "Sea Song", szkoda tylko, że na żywo nikt z zespołu nie gra na harmonijce. Na "Here It Comes" wokalista zamienił się miejscami z perkusistą (czy to się takie modne teraz zrobiło?), co obniżyło nieznacznie poziom zarówno śpiewania, jak i bębnów.

Warto dodać, że Doves mieli najlepsze oświetlenie ze wszystkich zespołów, jakie grały w Haldern. Pięknie dobrane kolory, dużo pędzącego dymu (który wwiewany był specjalnym ogromnym wiatrakiem). Wszystko było tak ustawione, że przez większość koncertu widziałeś tylko ciemne sylwetki członków kapeli, za którymi rozbłyskiwały nastrojowe świetlne łuny. Gdyby muza dostosowała się do poziomu efektów wizualnych, byłaby by masakra, mówię Wam. A tak?

Podczas całej, czterodniowej (48 godzin festiwalu plus po dniu na dojazd i powrót) eskapady przebyliśmy w małej blaszanej puszce (ktoś, kto nazywa Cinquecento samochodem, ma duże poczucie humoru) łącznie ponad 1480 kilometrów. By uzbierać potrzebną sumę zielonych musieliśmy sobie zacząć odmawiać różnych rzeczy na wiele dni przed wyjazdem. Część zespołów zawiodła, część w ogóle nie przyjechała. Organizacja momentami zawodziła, trudno mi będzie wybaczyć brak ciepłej wody i Toi Toie skonstruowane tak, że ciężko było je zabezpieczyć przed otwieraniem z zewnątrz. Ale czego się nie zrobi dla dobrej muzyki?

–Jędrzej Michalak, Wrzesień 2002

BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"