SPECJALNE - Ranking

50 najlepszych nagrań 2012

24 stycznia 2013



20Disclosure feat. Sam Smith
"Latch"
[PMR]

Komuś kto – jak ja – średnio siedzi w hausie, obserwowany z oddali rozwój muzyczny duetu Disclosure może przypominać takie śmieszne, przyspieszone fragmenty filmów przyrodniczych, poklatkowo obrazujące fakt, że "wiosną łąka budzi się do życia". Sympatyczni chłopcy, nagrywają sobie te swoje kawałki – wszystko fajnie, bawimy się, miejsca starczy dla wszystkich – ale już przy przewijaniu kasety widać w tym pozornie sielskim obrazku jakieś niewiarygodne skupienie, konsekwencję i bezlitosność świeżej krwi w zawłaszczaniu terytorium. O "Latch", singlu zapowiadającym debiutancki longplej braci, pisze się, że to kawałek "ambitniejszy" (="nie tak natychmiastowo chwytliwy") od swojego poprzednika, typowo parkietowego "Control". Tutaj tempo zwalnia, ale napięcie wzrasta. Co, jak wiemy, bo słyszeliśmy kiedyś Barry'ego White'a, jest jedynym właściwym trybem opisu dla tego, co "Latch" próbuje opisać: uczucia druzgocącej żądzy w początkach znajomości. I niepokoju, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy wrócimy razem do domu, ale wszystko na to wskazuje. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »



19Fiona Sit
"9:55pm"
[Warner]

Po ''Gangnam Style'' nic już nie będzie takie samo, a już na pewno nie azjatycki pop. Oszałamiający sukces Psy pewnie i przyczynił się do pewnego spopularyzowania gatunku, niestety doprowadził on też do tego, że na lata przylgnie do niego łatka mema. W czasach tej hegemonii prymitywnych, pozbawionych wszelkiej subtelności, stanowiących ledwie dodatek do mniej lub bardziej śmiesznych filmików bitów-instant, Fiona Sit ze swoim lśniącym, jazzowo umoszczonym synth-funkiem stanowi zbawienną przeciwwagę. Zwiewne, wydelikacone ''9:55pm'' ukazuje inne, nieznane nam do tej pory oblicze azjatyckiego popu, różne nie tylko od rzeczonego ''Gangnam Style'', ale również od robotycznych, napędzanych frenetycznymi syntezatorami produkcji Nakaty. Odsłania twarz, z którą w poprzednim roku nie rozstawałem się ani na krok. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »



18Kindness
World, You Need A Change Of Mind
[Female Energy / Polydor]

Płyta Kindness ma jedną szczególną właściwość, która każe mi ją lubić, mianowicie prawie nic z niej nie rozumiem. A przecież ostatecznie pytanie o wartość World, You Need A Change Of Mind sprowadza się pewnie do alternatywy: wydmuszka lub nie. Problem w tym, że, rozstrzygając ów dylemat, należałoby przywołać – na przecięciu dziwnego nieuporządkowania  tracklisty, deklarowanych przez Bainbridge'a inspiracji Talking Heads, elementów disco, skojarzeń z progiem, oraz odczytywanych w rozlicznych recenzjach inklinacji chillwave'owych wreszcie – jeszcze gorszy, dwubiegunowy schemat: świadomy zabieg artystyczny czy przypadek? Gościu nie umie napisać hitu czy chce być taki alternatywny? Wpływy Cerrone via How To Dress Well co najwyżej? Sprawa tyleż frapująca, co błaha, zważywszy, że koniec końców płyty słucha się przyjemnie, nie na tyle jednak, by uhonorować ją miejscem w pierwszej dziesiątce. Co za ulga. –Karolina Miszczak

recenzja płyty »



17Rycerzyki
"The Mating Season"
[white label]

Jeśli raczkujący zespół rozpoczyna swoją muzyczną drogę takim właśnie utworem, to trudno się dziwić, że z miejsca zaczynamy go zaliczać do wąskiego grona naszych ulubieńców. "Mating Season" jest moim ulubionym polskim singlem 2012 z kilku powodów, ale głównie dlatego, że powala obłędnie prostą, a przy tym niezwykle chwytliwą melodią, która może i leży nieopodal "Everywhere", ale rzeczywiście zostaje tu podana w duchu bardziej współczesnym; żeby nie powiedzieć, że przynależnym do tego, co zwykła prezentować nam niegdyś taka Nite Jewel. Tak właściwie to wszystkie punkty odniesienia nakreślone przez Michała w porcaście uważam za trafne i jestem w stanie z miejsca się pod nimi podpisać. Jednak tym, co urzeka mnie w trakcie tych czterech minut najbardziej, jest uroczo rozedrgany głos Gosi Zielińskiej, która z tym swoim nieco "niepewnym" angielskim zupełnie nie brzmi tu jak żadna inna współczesna polska wokalistka. I oby tak dalej. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »



16DIANA
"Born Again / Perpetual Surrender"
[Forest Family]

Przysłowiowa Sade była w ubiegłym roku zupełnie swobodnie używana w roli takiego międzypokoleniowego pomostu do tłumaczenia zjawisk, co uważam za zjawisko dosyć ciekawe. I abstrahując od ogólnej celności tego typu rozważań (kwestia dyskusyjna), trzeba przyznać, że sam pomysł w niektórych aspektach sprawdzał się znakomicie. W przypadku początkującego kanadyjskiego tercetu DIANA od tego typu rozważań oczywiście uciec nie sposób, ale o dziwo bardziej zahaczają one o zespół Sade niż o timbre Sade Adu jako takiej. Weźmy takie "Born Again", o którym lubię myśleć, że mogłoby ujść za "No Ordinary Love" czasów post-chilwave'u – słychać tu mnóstwo ciekawych songwriterskich motywików, którymi można by obdzielić z pięć innych utworów. To właśnie ta kondensacja dobroci jest znakiem szczególnym dotychczasowych nagrań DIANY, choć trzeba też wspomnieć o generalnie ponurej, melancholijnej aurze, jaką roztaczają te utwory. Tym niemniej tak frapujących piosenek, którym nie da rady przypiąć żadnych łatek, to ja nie pamiętam od dawna. Czekam z niecierpliwością na zbliżający się album, bardzo chciałbym tam znaleźć jakieś ich "Sweetest Taboo". –Kacper Bartosiak

posłuchaj "Born Again" »
posłuchaj "Perpetual Surrender" »



15Violens
True
[Slumberland]

Śledzimy poczynania Violens od czasu gdy goście tworzyli Lansing-Dreiden. Naopowiadaliśmy się na ich temat już tak wiele... wszyscy wiedzą jak krystalicznie czyste i wymuskane są ich produkcje, jak eleganckie i klasycznie eightiesowe są dziełka Elbrechta – że stroni ów Kostarykanin od efekciarstwa i tuczenia twórczości kaloriami zbędnych dźwięków, że cyzeluje, że swobodnie cytuje, że uwodzi. Nie inaczej dzieje się w mięciutkim miksie najnowszego wydawnictwa, w którym nawet numer punkowy jest dream-popowy.

True jest trzecim albumem nowojorczyków pod szyldem Violens. Poprzednia płyta, Nine Songs, była de facto kompilacją luźnych, pojedynczych piosenek nagrywanych osobno i wydanych jako single w różnych momentach. Dlatego w sumie o True można mówić jako o drugim regularnym longplayu Violens. Na którym - należałoby dodać - powtórzone zostały cztery numery z Nine Songs. Rzeczona kompilacja była na tyle mocna, że znalazła swoje miejsce w naszym ubiegłorocznym podsumowaniu. Jeśli na dwunastoutworowym True 1/3 materiału to znane dużo duuużo wcześniej piosenki (uhonorowane rok wcześniej), a mimo to wciąż album ten wymieniany jest wśród esencjonalnych dla naszego postrzegania muzyki w 2012 r. nagrań, to musi bardzo dobrze świadczyć o pozostałych siedmiu piosenkach ("Lavender Forces" pomijam, bo to nie piosenka). –Michał Hantke

recenzja płyty »



14Sorja Morja
''Nie Myśl O Niczym / Tajemniczy Ogród''
[white label]

Te wszystkie eteryczne lekkie dźwięki bardzo mocno definiują Ewę i Szymona z Sorja Morja. Kiedyś do nich zagadałem w jakiejś sprawie i dostałem odpowiedź, jakby wciąż trwało "Nie Myśl O Niczym": oderwaną, trochę jak z innej przestrzeni i prostą. Niewinne, wzywające do odpoczynku piosenki Sorji Morji są czymś nagranym z boku, zamkniętym w sobie i samowystarczalnym. Chcę usłyszeć całą płytę wypełnioną takimi piosenkami, by słuchać jej, kiedy będę bardzo musiał nie myśleć o niczym. –Ryszard Gawroński

posłuchaj "Nie Myśl O Niczym"»
posłuchaj "Tajemniczy Ogród" »



13Ariel Pink's Haunted Graffiti
Mature Themes
[4AD]

Odsłuchiwanie kolejnej płyty Ariela Pinka nie bardzo już wywołuje dreszczyk podniecenia, co? Wiadomo, że będzie to kolejny bardzo dobry materiał i tyle. Jest to jednak ciągle wypatrywany, oryginalny, wariacki, a od zapisania się do 4AD lekki jak pianka do golenia zawodnik. Są tacy, dla których Before Today to pierwszy album Ariela. Nawet wikipedia wyraża się w tym temacie nie do końca jasno i uczciwie. Stało się tak, jakby podpis pod kontraktem brytyjskiej wytwórni urodził Ariela na nowo. Porcys tymczasem od dawna relacjonował poczynania geniuszu tego człowieka i pewnie teraz co druga osoba czytająca ten tekst jest o ile nie za pan brat z Worn Copy, Doldrums i House Arest to przynajmniej z tymi dziełkami zapoznana. I teraz właśnie ciekawa sprawa, że w tym fałszywym drugim życiu to ten fałszywie drugi album okazuje się być lepiej przyjmowanym przez fanów tego fałszywego pierwszego życia. Wyraz temu dał również red. Pulkowski w recenzji Mature Themes.

Fakt faktem, zespół Rosenberga podporządkował się znów miksowaniu różnych niedających się konwencjonalnie połączyć skrawków i całość albumu nie uwodzi nośnymi refrenami oraz dream popową przestrzennością brzmienia, jak to było w przypadku Before Today. Aczkolwiek na płaszczyźnie songwritingu nie jest to znowu radykalny odwrót w stronę nieprzewidywalności przebiegu utworu z czasów dajmy na to Paw-Tracksowych. Mature Themes to ostatecznie kolejny wyraźny fonograficzny ruch, który da się sensownie umiejscowić na jakimś tam rozwojowym kontinuum. Pomimo rzeczywiście fascynujących dla rozkminiaczy chwytów, zapożyczeń, cytowań i trawestacji, zakodowanych w tych piosenkach, są to – no właśnie – piosenki; formy chwytliwe, spójne i przyjemnie harmonijne w swoich własnych kontekstach. Tym samym zespół odzyskuje swój naturalny balans. Przemyca nieposkromione intuicje Ariela Rosenberga w świat hi-fi, nie odcinając się od przyjemnego splendoru komercyjnego sukcesu Before Today. Dlatego jest to kolejna bardzo dobra płyta Ariela Pinka i tyle. –Michał Hantke

recenzja płyty »



12John Talabot
ƒIN
[Permanent Vacation]

Dość spora niespodzianka dla osoby, która do tej pory znała "Sunshine" ze dwa remiksy i dwie sylaby nazwiska. Fin okazuje się jedną z najlepszych elektronicznych płyt zeszłego roku (o posmaku analogu). I nie chodzi tylko o sposób, w jaki Talabot rozwija sample, czy tworzy dźwiękowe pejzaże, ale o coś, co unosi się nad płytą – ni to radości i miłości, ni to śmierci i mroku. Fin to taki wehikuł czasu, który przenosi kilka lat wstecz – do jakiegoś 2004 roku, kiedy to wszystkim chciało się trochę bardziej, a Boards Of Canada nie wydali jeszcze The Campfire Headphase. I to do lata 2004, kiedy słońce świeciło jak pojebane, więc noce były wciąż ciepłe. A mówiąc poważnie: atmosferyczne deep-house'y przemieszane z nastrojami z Pantha Du Prince'a i chillwave'u. Mocniejszy SBTRKT minionego roku. –Filip Kekusz

recenzja płyty »



11Lone
Galaxy Garden
[R&S]

Choć Travis Stewart maczał palce w dwóch utworach na Galaxy Garden ("As A Child", "Cthulhu"), łatwo nie zauważyć jego obecności na tej płycie. Z powodu obsesyjnej precyzji z jaką Matt Cutler atakuje nas kolejnymi fałdami padów, stabów i zagęszczonych serii perkusyjnych, porządkującej tę całą histerię nadekspresji w monolitycznym naczyniu galaktycznej mgławicy, łatwo dać się uwieść spójności materiału, wyjątkowo skutecznie broniącego się przez próbami analitycznej fragmentaryzacji. Od pierwszego przesłuchania wydawnictwo Lone przejawia jednak dziwne pokrewieństwo z twórczością Machine Drum, a szczególnie z wydanym ponad jedenaście lat temu arcydziełem glitch hopu, Now You Know. Ja wiem, że neo-rave, ewolucja przykurzonego IDM, ale przypominając sobie "na boku" tak swobodnie snujące się w swoim chorym, wewnętrznym świecie melodycznych odjazdów perełki jak "Hello My Future", zastanawiam się, czy do "ejtisowego Krzesimira Dębskiego w kosmosie" (Borys o GG) nie dodać jeszcze "tańczącego footwork". –Jakub Wencel

recenzja płyty »


50-41   40–31   30–21   20–11   10–1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"