PLAYLIST

Wu-Tang Clan
"Wu-Tang: 7th Chamber, Pt. 2"

9.0

Wyciągnąłem się na kozetce, zamknąłem oczy. Opadałem powoli, miękko w mroki nieświadomości, cienie wspomnień, melancholia, wyblakłe twarze, jesienne liście. Początek liceum, czyli praktycznie powrót do stanu embrionalnego, przedlibidalna faza rozwoju muzycznego. Czasy, w których "skejci" actually jeździli na deskorolkach, a luźne ciuchy nie były przebraniem dla zwykłych dresów. Niestety nie miałem możliwości, żeby być tak cool jak niektórzy moi koledzy, którzy szpanowali markowymi skatowymi ciuchami; musiałem ograniczać się do kupowania sobie zbyt dużych prywaciarskich dżinsów i opuszczania ich w kroku (summa summarum i tak każdemu podciągały gacie nadopiekuńcze mamy). Ale kasetę Wu-Tanga przegraną od kolegi się miało, a dodatkowo nawet Liquid Swords GZA w oryginale. Czy myśmy coś kumali z tego Wu-Tanga to ja już nie pamiętam, pamiętam tylko, że wcześniejsze zabawki w rodzaju Cypress Hill od razu wypieprzyliśmy do innej piaskownicy, gdy tylko pojawiła się nowojorska załoga. Natychmiast założyliśmy z kolegą squad graficiarzy i ćwiczyliśmy wrzuty na znaczku Wu, uciekało się przed emerytami, ćmiło papieroski po bramach. To były czasy!

A sytuacja wyglądała mniej więcej tak: w 1993 za oceanem skończyli nagrywać płytę Prince Rakeem "The RZA", The Method Man, U-God, Rebel Ins, Shallah Raekwon, Ghost Face Killer, Ol' Dirty Bastard i Genius "The GZA". Teksty z filmów kung-fu, przełomowa lo-fi'owa produkcja RZA, odmienny flow każdego z członków klanu były undergroundową nowością, która mocą samego talentu wypłynęła momentalnie, nie opuszczała eteru ani na sekundę i po około roku przedostała się nawet do tak zapyziałego miejsca jak Polska w początkowym okresie transformacji. To był gangsterski rap, który kopał w dupę wszystko, co przeciętny dzieciak mógł wtedy usłyszeć (może oprócz "Anty"); uzależniał momentalnie i kazał uczyć się na pamięć tekstów, mimo że nikt nawet nie znał angielskiego (teksty Wu pamiętam do dziś).

Cała Enter The Wu-Tang: 36 Chambers to majstersztyk i naprawdę ciężko wybrać z niej jakiś utwór, bo żal się robi, że nie jakiś inny. Najbardziej reprezentatywny będzie tu chyba jednak "Wu-Tang: 7th Chamber, Pt. 2", gdzie nawijają po kolei prawie wszyscy członkowie Klanu. Kawałek rozpoczyna się samplem z "Clan In Da Front", a capella w klimat wprowadza nas GZA, i nagle wchodzi tłusty beat oparty na syntezatorowym motywie. "Back to ninety" oznajmia RZA, odchrząka i rozpoczyna dźwiękową rzeźnię, w której uczestniczą wołanie duchów z otchłani oraz jazzujący saksofon. W tłustym biciku wozimy się jak w Lexusie przez Brooklyn albo Bronx, a do ucha nawijają nam kolejno: cięty jak osa Raekwon; wyłaniający się z kłębów dymu, matowy, zdarty głos Method Mana; mistrz metafor, obserwator Inspectah Deck; samuraj o cienkim jak ostrze katany flow – Ghostface Killah; wkurwiony i groźny RZA, precyzyjny jak kula; ochrypły i melodyjny świr Ol' Dirty z mózgiem z czystego cannabis i wreszcie pieprzony geniusz, Genius The GZA, który jedną frazą kładzie na łopatki każdego, kto jeszcze stał na nogach. I kiedy ODB śpiewa "A-a-a are you a warrior / Killah / Slicin' shit / Like a samuraaaai / The Ooool' Dirty Bastard from the bar", to jest to dla mnie jeden z sampli wszechczasów. "En garde. I'll let you try my Wu-Tang style".

Tomasz Gwara    
10 lutego 2004
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią