PLAYLIST

Wombats, "Let's Dance to Joy Division" / Killers
"Shadowplay"

1.5

Kiedyś, na samym początku, reprezentanci nurtu, nieopatrznie ochrzczonego Nową Rockową Rewolucją, miewali talent i bywali przystojni. Później już tylko bywali przystojni. Dzisiaj wystarczy wpuścić na scenę byle kmiota o aparycji cmentarnego dozorcy, dać mu gitarę, dobrać mu dwóch debili z reklamy Kit-Kata, powiedzieć żeby zagrali coś skocznego najlepiej z jakąś gumową melodyjką w zanadrzu i proszzz mamy hit. Chciałem porównać Wombats do jakiś innych zespołów NRR, ale odkąd odcięli mi MTV2, bo dostawca kablówki zorientował się, że może dostarczać rozrywki na tym samym poziomie płacąc o wiele niższe opłaty licencyjne, puszczając w zamian kanał, na którym Klaudiusz z Big Brothera zachwala suszarkę do grzybów, straciłem rozeznanie w odkryciach brytyjskiej sceny "niezależnej". Nieważne, bo widzicie ten play nie traktuje o tej biedzie. Tu chodzi o coś o wiele poważniejszego. O PROFANACJĘ.

Naprawdę nie mam żalu do tych gości, że postanowili sobie nagrać post-punkowe ciamciaramcia wyprofilowane tak, by bezboleśnie wtulić się między zakamarki kory mózgowej rozhisteryzowanych nastolatek. Rozumiem, trzeba coś zaliczyć, a sądząc po zdjęciach, to na urok osobisty nie weszliby nawet za darmo do kibla na Centralnym. Nie pochwalam, ale rozumiem. Ale czemu mieszać w to Joy Division? I to jeszcze tak idiotycznie! Zatańczmy do Joy Division? WTF. To może jeszcze napiszmy musical o Doktorze Mengele z uwerturą opartą na temacie z "Mydełka Fa"? KURWA MAĆ. Ludzie wyjaśnijmy sobie coś póki jeszcze krew dociera mi do mózgu. Są granice. Wiem, trudno w to uwierzyć po emisji "Gwiazdy Tańczą na Lodzie" w publicznej telewizji, ale spróbujmy! Tak, nie jest zbiegiem okoliczności, że basista JD ma na nazwisko Hook. Tak, gra Morrisa na perkusji ma bardziej wystrzałowe konotacje niż słowo "Bikini". Tak, w tekście "Transmission" znajduje się linijka "Dance, dance, dance, dance, dance, to the radio." ALE NA BOGA, NIE!!! Nie oznacza to, że jakikolwiek utwór Joy Division kiedykolwiek funkcjonował jako parkietowy wymiatacz. Nie obchodzi mnie, że w tekście piosenki Wombats nie chodzi tylko o bezduszne poruszanie dupcią w tę i we w tę, ale o "celebrowanie ironii". Chcesz "celebrować ironię"? To pojedź do buddyjskiego klasztoru, poświęć następne trzydzieści lat na zwiększenie elastyczności swoich stawów i kopnij się w jaja. Jeżeli jeszcze nie załapaliście, to wyobraźcie sobie plakat, na którym dziecko chińczyk, dziecko murzynek i dziecko białasek trzymają się za rączki i radośnie deklamują: "TAŃCZENIE DO JOY DIVISION TO WIEŚ!".



But wait, there's more!

Przypuszczałem, że Control – biograficzny film o Ianie Curtise, sprawi, że masa pretensjonalności niesprawiedliwie spowijająca legendę jego osoby i macierzystej formacji, wybije jak szambo po ulewie. Zwłaszcza, że obraz, mimo denerwującej laurkowości, sprawia przyjemne wrażenie, co niechybnie oznacza, że przez połączone siły blogowo-forumowo-medialnej tłuszczy zostanie okrzyknięty arcydziełem. Spoko, przeżyłem śmierć papieża, przeżyję i to. Przynajmniej tak mi się wydawało do momentu, kiedy natknąłem się na cover "Shadowplay" w wykonaniu Killersów. Czemu k u r w a ktoś uznał, że fajnie będzie dać do zinterpretowania najwierniejszą wiwisekcję ludzkiej depresji gościom, którzy dorobili się na graniu pioseneczek, przy których rozdziewicza się podpite studentki polonistyki? Czemu k u r w a perkusja Morrisa genialnie podkręcona przez efekty Hannetta została poddana kastracji do postaci bitu wskrzeszającego ducha tematu muzycznego otwierającego show Pana Tik Taka? Czemu k u r w a gitara Sumnera została zastąpiona klawiszem i efektem, przy którym tembr Myszki Miki brzmi bardziej wstrząsająco niż wiadomość obwieszczająca rychłą apokalipsę, nagrana na twojej poczcie głosowej przez samego Szatana? Czemu k u r w a wokal tego wąsatego szeryfa ma mniej dramaturgii niż sceny z Gargamelem goniącym Smerfy? Czemu k u r w a pojawiają się tu jakieś ozdobniki w rodzaju uuu-uu-uuu i aaa-aa-aaaa śpiewane przez pieprzoną Świteziankę? O CO KURWA CHODZI?!



Jako, że wydaje się bardzo prawdopodobnym, iż w wyniku pisania tej recenzji jej autor stanie się pierwszym udokumentowanym klinicznie przypadkiem tąpnięcia mózgu, aby uwiarygodnić jej wymowę postanowił on wesprzeć się opinią niezależnych ekspertów w osobach...

Agnieszki

"NOWOTARSKI weź się chłopcze ogarnij. Właśnie spłodziłeś histeryczną recenzję na niemal 1000 wyrazów o jakiś dwóch cienkich kawałkach. Nie szkoda czasu? Dzieciaki tańczą do Joy Division? I co z tego? Ani to takie straszne, ani szokujące. Powiedziałabym nawet, że delikatne kołysanie czy też tarzanie się po parkiecie w rytm "Love Will Tear Us Apart" też może być jakąś formą odbierania i przeżywania emocji zawartych w tym kawałku. Po alkoholu na imprezach robi się o wiele gorsze rzeczy, dobrze o tym wiesz. Chłopcy z Wombats świetnie to skumali. Napisali banalny, nudny kawałek, wrzucili do kiepskiego tekstu iście postmodernistyczne odniesienie do kultowego zespołu, którego w samotne wieczory słucha wielu mniej i bardziej wyrobionych miłośników muzyki. I ujęli tym jakąś ich część. Można tylko pogratulować smykałki do marketingu. Udało się. Pewnie brylują na liście NME. Nie wiem skąd te wstawki o tym, jak to im się od Joy Division robi wesoło, może to przez ten alkohol i miękkie dragi, a może kolesie z Wombats nie zdążyli jeszcze przesłuchać całej płyty Joy Division do końca i nie za bardzo wiedzą o czym piszą. Tak czy siak, ogólnie mnie to jebie. Co do Killersów, to też nie odkryłeś przysłowiowej Ameryki. Kurde, wybitnych coverów klasyków na przestrzeni historii muzyki powstało może kilka. A to, że kiepski zespól nagrał kolejny kiepski cover i w ten sposób w pewnym sensie sprofanował legendę nie jest kurwa jakąś wstrząsającą niespodzianką. Zebrałbyś się lepiej do kupy i napisałbyś lepiej jakąś porządną recenzję porządnej płyty, naprawdę, trochę szacunku dla grona czytelników tego portalu, też im się od życia coś należy."

Uli

"Coś mi się zdaje, że gdyby Ian Curtis cudownie zmartwychwstał i wysłuchał tych koszmarków szybko pożałowałby swej decyzji o powrocie na ziemski padół. Chuj, który strzela człowieka słuchając dokonań tych pajaców można tylko porównać ze świąteczną gorączką panująca w Centrum Handlowym Arkadia – syf – głuchota – tępota – bezczelność – SZATAN. Jeszcze dałoby się to przełknąć gdyby wyszło im coś choć w miarę ładnego. Ale gdzie tam. Jeśli ktoś słucha Joy Division to przy nich umiera w listopadowy wieczór na kanapie, a potem grzecznie odstawia płytę na półkę zamiast odwalać sia la la szopkę. Jeszcze o ile Killers stać było na jakiś w miarę znośny teledysk, to ci drudzy musieli do swojego gniota wcisnąć pluszowego świstaka. Litości. Gdzie chłód, a gdzie smród mili państwo."

P.S.
Tak naprawdę autor tej recenzji zorientował się, że jego tekst mogą zostać uznane za przejaw szowinizmu i daleko posuniętej mizoginii. Postanowił więc polepszyć swój wizerunek i zaprezentować się czytelnikom jako wrażliwy młody człowiek, który zawsze przepuszcza Panie przodem i nie wstydzi się mówić o swoich uczuciach, powołując się na znajomość z powyższymi przedstawicielkami płci pięknej. Redakcja nie ma pewności, czy powyższe osoby rzeczywiście istnieją i czy autor recenzji dotknął kiedyś innej kobiety niż własna matka. Właściwie redakcja nie jest pewna nawet tego. – przyp. red.

Paweł Nowotarski    
27 grudnia 2007
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią