PLAYLIST

Wiley
"Wearing My Rolex"

6.5

Dzięki utworowi "Heartbroken" T2 funkcjonujący sobie spokojnie od kilku lat bassline house stał się najczęściej komentowanym zjawiskiem na scenie tanecznej UK. Pomijam jego jakość, ale... Jest "ale", które każe się nad tą modą pochylić i uznać za ciekawe zjawisko. "To jest po prostu syndrom czasów, w których przyszło nam żyć". Idealną grupą docelową bassline wydają się być gimnazjaliści z wyrobionym ADHD, chłopaki fajny żel/fajne buty/fajna gadka w sportowych ubraniach, uprawiający tecktonik czy inny jumpstyle (choć to zwyczaje bardziej kontynentalne), ściągający masowo mp3 na swoje komórki i potem w tej upokarzającej jakości słuchający muzyki naruszając wspólną przestrzeń dźwiękową, niczym lat temu 25 ekipy z boomboxami. B-line nie należy do najbardziej wielowymiarowych brzmień w historii muzyki elektronicznej, więc idealnie pasuje do medium, w którym się pojawia. Oczywiście kontekst socjologiczny gra kluczową rolę - "Heartbroken" być może przeszłoby niezauważone "w wielkim świecie", gdyby nie ciągłe requesty na ten utwór, które składali imprezowicze z północy Anglii w letnich kurortach turystycznych, w Grecji czy na Cyprze. Zresztą chyba nawet David Beckham swego czasu pobłogosławił swawolne rytmy bassline, a tak głodny wszelkich nowości obieg blogowy zrobił dodatkowo swoje.

Oczywiście ogromne znaczenie ma też potencjał imprezowy. W przeciwieństwie do przeintelektualizowanego dubstepu czy pozbawionego nawet najbardziej oczywistych atrybutów muzyczności (i taneczności) grime'u – bassline oferuje powrót do czystego parkietowego hedonizmu. Jest to nurt nadający się do masowej konsumpcji. Grime i dubstep odwoływały się do zamkniętej, niszowej, zdominowanej przez 20-letnich facetów, wspólnoty muzycznej. Bassline odrzuca elitaryzm i maskulinizm. Bassline to słodkie soulowe, odpowiednio zmanipulowane wokale, standardowe teksty o miłości, kurewsko silne i falujące w sposób nieprzewidywany basowe podbicia, idiotycznie prosty bit, które zgodnie z niepisanym założeniem mają powodować wyłączenie myślenia. Ktoś powie, że to tylko lekko zapdejtowana wersja speed garage. Nie wiem, nie wnikam, nie jestem aż tak wielkim myślicielem. W każdym razie na imprezach w klubie Niche w Sheffield generalnie bywało gorąco – kończyły się często zadymami i strzelaninami, a to najlepiej świadczy o poziomie energii tych wieczorków tanecznych. Znamiennym jest więc to, że Wiley, autor grime'owego manifestu "Wot U Call It", próbuje wzbogacić swoje wściekłe nawijki owym ciężkim basowym podbiciem i kakofonicznymi electro-samplami (pożyczonymi chyba akurat z "Yeah Yeah" Bodyrox) i nawołuje tym razem po prostu do luksusowego hedonizmu, ze szczyptą rave'owego czy stadium-house'owego klimatu. Myślę, że "Rolex" jednak daje ostrego kopa parkietowego i że nawet u nas różne przytomne kolektywy didżejskie jak najbardziej z tego songu korzystają. A może przesadzam też w sugerowaniu Wileyowi koniunkturalizmu – w końcu to wciąż jakaś kontynuacja tanecznych ewolucji, które wstrząsają sceną UK już ponad 15 lat, gdzie kolejne odmiany stylistyczne są zarówno znakiem przełomu, jak i płynności, ciągłości, tradycji. Na przykład znani autorzy remixów 2-stepowych Wideboys (czyli trendu około-milenijnego) teraz wrócili z bassline'owym remixem "Sensual Seduction" i takich przykładów jest zapewne więcej.


Zobacz także:

http://www.myspace.com/eskiboywiley
Piotr Kowalczyk    
21 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią