PLAYLIST

Walter Sobcek
"Miami"

7.5

Już po samym pseudonimie wiadomo, że Walter to fajny gość. Po wspaniałym, niedocenianym i lekko zapomnianym "Traci's Party" sprzed dwóch lat i ubiegłorocznym "Je Me Souviens" , przypominającym utwory Sebastiena Telliera, przyszedł czas na nowy utwór, sławiący miejsce akcji filmu Scarface, gry Grand Theft Auto: Vice City, czy pewnego serialu o policjantach. Wydając w tym tempie nowe piosenki, Walter Sobcek albumu nigdy nie nagra, ale sama metoda przypominania o sobie co jakiś czas nowym utworem została już przez wielu artystów przetestowana. Działa tym lepiej, im lepszy utwór, a "Miami" wydaje się być świetne.

Sobcek jasno gra wspomnieniami. Można właściwie powiedzieć, że "Miami" jest dla nu-disco tym, czym dla chillwave'u jest "Feel It All Around", jego najbardziej wakacyjną i wyluzowana odmianą. Ale przede wszystkim z premedytacją korzysta z popkulturowych wyobrażeń pewnych miejsc, uczuć, czy relacji, bo przecież nie o mieście na Florydzie tu śpiewa. Gdyby film Drive dział się w Miami, a nie w Los Angeles, to nie przeszkadzałoby nikomu specjalnie, gdyby "Miami" zastąpiło utwór "A Real Hero". Jeżdżenie samochodem, palmy, miłości oderwane od świata i kolor fioletowy, you get the picture. Utwór, który kołysze podobnie do ostatniej ścieżki na jedynym długograju Mylo, zaczyna się jak kiczowata piosenka z filmu dla nastolatków pojawiająca się w jednej z takich chwytających za serce scen. Refren za to brzmi jak moje wyobrażenie albumu Beach Boys z '85 roku, którego nigdy nie słyszałem, najlepiej remiksowanego przez Air w okresie Moon Safari. Taka oto balladowa hybryda, brzmiąca jak jeden z setki podobnych utworów, a raczej utkana z ech i wspomnień po nich, bo w tym momencie nie przypominająca mi żadnego konkretnego utworu, to również kolejne zwycięstwo technik francuskiego dotyku.

Kamil Babacz    
3 listopada 2011
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią