PLAYLIST

Walkmen
"What's In It For Me"

0.0

Nieczęsto decydujemy się na wewnętrzną polemikę na łamach Porcys. A to dlatego, że mając gusta nad wyraz podobne i starając się podchodzić do tematu najrzetelniej jak tylko potrafimy, rzadko zdarza nam się stanowczo w jakiejś sprawie nie zgadzać. Ale proszę, Jędrzeja i mnie podzieliła opinia na temat drugiej płyty Nowojorczyków z Walkmen, a ponieważ w naszym skromnym gronie to właśnie ja, Jarząbek, mam na co dzień okazję stykać się z oryginalnym egzemplarzem tegoż wydawnictwa, spieszę wypełnić swój obywatelski obowiązek, dzieląc się uwagami na temat Bows And Arrows – krążka, któremu poświęciłem wiele uwagi i który za każdym zetknięciem nużył mnie niepomiernie.

Warto zaznaczyć, że problem rozbieżności sądów nie leży w postrzeganiu charakteru, czy też "roli" albumu. W tezach zasadniczych (z wyjątkiem tej tyczącej wokalu) zgadzam się z przedmówcą. Pragnąłbym więc bardzo pobieżnie uzupełnić kilka pól tematycznych i dojść do odmiennej konkluzji.

Pierwsze, co natychmiastowo rzuca się w ucho, to charakterystyczna produkcyjna mgła, która staje się już chyba powoli znakiem rozpoznawczym Walkmen. Pozostaje kwestia: co skrywa się za obłokiem. Na debiucie zza usypiających oparów dobywały się nieraz porywające piosenki; tu kompozycje powodują zazwyczaj dodatkowe omdlenie umysłu poparte ziewaniem. To utwory mało skupione, interpolowo rozchybotane lub całkiem rozmydlone, niekiedy narastające niczym na sennym noise'owym jamie, ale bez oczekiwanej kulminacji. Nowofalowy dream-pop byłby tu interesującym pomysłem na szufladkę. Nawet ekspresywne pieśni, przeplatające się z tymi jednoznacznie sedatywnymi, igrają ze słuchaczem, nie wbijając się w głowę na zasadzie angażujących melodii z debiutu, lecz smęcąc melancholijnie, zgoła po brytyjsku, nie zapadają w pamięć na dłużej niż sekundę.

Trudno odmówić kapeli wymyślenia własnego, fascynującego stylu. Co więcej, stworzenie na bazie tego soundu pięknego dzieła na wieczorne "sklejone oczy" – po kolejnym dniu kiedy czujesz, że dostałeś od życia w tyłek, gdy trudny jest człowieczy znój, gdy skróty z Ligi Mistrzów bardzo późno są, a komentator to głupi chuj – to dla Walkmen zadanie jak najbardziej wykonalne. Jednak nawet przy tylu wymarzonych do tego celu patentach brzmieniowo-aranżacyjnych i wręcz stworzonym do wyrażania śpiącej nostalgii umęczonym głosie Leithausera (zastraszająco monotonnym przy okazji) potrzeba bardziej znacznie zobowiązujących treści. Zapłaciłem słono za solidną porcję nudów, and what's in it for me?

Michał Zagroba    
22 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią