PLAYLIST

Robbie Williams
"Trippin'"

8.5

W kategorii "guilty pleasures", czyli skrytego sympatyzowania z artystami uznawanymi w środowisku naszych hipsteryzujących znajomych za totalny obciach, czy też faworyzowania sentymentalnych papek na pod-piątkowym poziomie ckliwego smętu, "Angel" Robbie Williamsa to bez wątpienia jeden z moich highlightów wszechczasów. Patos, patos, patos, egzaltacja i rozrzewnienie: miód po prostu. Niestety, późniejsze single byłego członka Take That, choć komercyjnie docenione, ani nie zaspokajały już podświadomych potrzeb miłośnika nostalgicznych kiczów, ani tym bardziej nie trafiały do estetycznego zmysłu so-called muzycznego krytyka – malkontenta. Aż do "Trippin'", rzecz jasna.

Tym razem jednak sympatii dla tracka nie należy się wstydzić; praktycznie każdy wam powie, że tegoroczny hit Williamsa to jeden z jego artystycznie najlepszych, jeśli właśnie nie ten jeden najporządniejszy kawałek. Cała jego znakomitość tkwi nie tylko w niespotykanym powerze linii melodycznej, rozłożeniu poszczególnych motywów czy aranżacyjnym dopracowaniu; mamy tu przecież do czynienia z prawdziwą metamorfozą brytyjskiego szaławiły. Nie wiem, czy ktoś zauważył, ale po raz pierwszy Robbie odcina się tak znacznie od brit-popowych wpływów, serwując poniekąd swoją odpowiedź na współczesną falę muzyki pop (w ścisłym znaczeniu genre), tę spod znaku Timberlake'a oraz Kylie: pełen małpiego groove densowy kolaż, z elementami retro-syntetyczności i wiodących klubowych estetyk epoki bieżącej. A co najważniejsze – wychodzi mu to naprawdę bardzo, bardzo dobrze.

Patryk Mrozek    
14 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią