PLAYLIST

Mike Doughty
"27 Jennefers"

2.5

Lament o zawiedzionych nadziejach: M. Doughty był podporą jednego z najoryginalniejszych i najbardziej niezależnych myślowo składów lat dziewięćdziesiątych i sąsiednich. Jeden z gości, których spokojnie mogłem określić jako idoli. Zresztą nie tylko on sam – skromny dorobek Soul Coughing – ledwie trzy albumy i rozpad po tym, jak zostali ogarnięci w szerszym paśmie przez stacje radiowe prowokuje do obleśnej kultowości. W jednej z audycji Porcys zastanawiałem się co tam słychać u członków składu oprócz tych kilku koncertowych bootlegów. Nie chciałem wiedzieć. A już na pewno nie w przypadku Doughty’ego, który przypomniał o sobie którymś tam solowym albumem.

Doughty zatoczył niejako koło i wrócił do roli folkowego beja od jakiej zaczynał. Tyle tylko, że w 1991 roku nikt go nie znał, a teraz jego obecność została niejako narzucona przez historię. Tak, tylko co może nam zaoferować koleś, który na profilu w rubryce influences wpisuje słodką miłość i gorącą kawę a do tego szczęśliwie wyszedł z nałogu narkotykowego? Tyle, co John Frusciante. Tyle, co proste naiwne historie o słodkiej miłości pod rozgwieżdżonym niebem. Tyle, co miliony gównianych amerykańskich kapel z gitarą akustyczną na czele. Tyle, co ostatni Mark Knopfler. Tyle, co narracja o rozmaitych koleżankach w liceum, wśród których była ta jedyna. Tyle, co przedostatni Mark Knopfler. I ja tu mówię tylko o jednym utworze. Tyle, co amatorskie studenckie klipy. Smutno się robi. A ja tu że niby o jednym utworze. Powiem wam na uszko – cała płyta trzyma ten poziom.

P.S.: Yoooooor! Yooooor! He’s a man! He’s a man!


Zobacz także:

http://www.myspace.com/mikedoughty
Filip Kekusz    
8 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"