PLAYLIST

Kanye West feat. Kendrick Lamar
"No More Parties In L.A."

7.0

Jeśli próbowaliście zastanawiać się kiedyś, czy Sierżant Pieprz przebija Pet Sounds, czy Radiohead zbliżyli się pod względem regularności wybitnych nagrywek do poziomu dwóch wyżej wspomnianych bandów i czy w końcu Kevin Shields ze swoją świtą zarejestrował już grubo ponad dwadzieścia lat temu najbardziej intensywne dźwiękowe doświadczenie naszej ery, Kanye West postanowił wyciągnąć pomocną dłoń i zakończyć Wasze rozważania. Album wszechczasów jeszcze nawet się nie ukazał jełopy! Jest na szczęście również dobra wiadomość – czekać nie będzie trzeba długo, premiera zapowiedziana jest na 11 lutego tego roku. No nie, chwileczkę, Kanye próbuje sabotować mój zabawny wstęp, typ zmienia zdanie częściej niż tytuł swojego najnowszego wydawnictwa – to jednak nie będzie TOP1, tylko po prostu ścisła czołówka, więc możecie jeszcze wstrzymać się z rytualnym spaleniem swoich starszych winyli. No dobra, można śmiać się z tego głupka, oj można, z tym, że kiedy już przychodziło co do czego, artystycznie gość prawie zawsze potrafił się wybronić. I tak jest również w przypadku najnowszej zapowiedzi jego siódmego longplaya.

Na papierze to nie miało prawa się nie udać. Kanye musiał gdzieś usłyszeć o hegemonii Lamara w większości zeszłorocznych podsumowań muzycznych, więc jako samozwańczy król imprezy postanowił sprawdzić młodszego kolegę po fachu. Takie kolabo przy gościnnej produkcji Madliba jawi się niczym spełnienie mokrych snów wszystkich w miarę ogarniających dzisiejszy rozkład sił w amerykańskiej rapgrze. Jak jednak wiadomo – "statystyki nie grają", Ye mógł zaplanować upokorzenie pretendenta do tronu i przykładowo zostawić mu dwie linijki w tym ponad sześciominutowym kawałku, więc lepiej sprawdźmy, co tak naprawdę się tu wydarzyło.

Kendrick jest w gazie. Łatwość z jaką rymuje i wersy, które tu składa, ani trochę nie odstają poziomem od ostatnich dokonań K.Dota. Może on na chwilę wyluzować, nie bawi się tutaj w głos pokolenia i nie wskrzesza 2Paca, a jednak dostarcza kilku zabawnych, zapamiętywalnych momentów "come Erykah Badu me"! Sam gospodarz goni go w drugiej zwrotce i wciąga nas chwilami w trochę bardziej osobiste historie. W pewnym momencie słyszymy "I know some fans who thought I wouldn’t rap like this again" i coś w tym jest – Kanye bez autotune’a na oszczędnym oldschoolowym bicie, opartym głównie na niepokojącym samplu z funkującego "Suzie Thundertussy" w pewnym stopniu zwraca się ku swoim wczesnym dokonaniom. Właściwie trudno się dziwić, ciężko nawet wyobrazić sobie jak mógłby wyglądać kolejny krok po Yeezus, więc West wycofuje się w znane sobie, bezpieczne rejony. I jeśli po wybrzmieniu ostatnich dźwięków utworu zastanawiamy się który z głównych bohaterów dał tutaj większy popis, to chyba o to chodzi – raper po raz kolejny triumfuje.

Jedno tylko pozostaje dla mnie niejasne. Kanye rzuca pod koniec kawałka "thank God for me", choć nie tak dawno nazwał przecież jeden z innych swoich utworów "I Am A God". W jakim kierunku w takim razie zwracać mamy swoje podziękowania?

Stanisław Kuczok    
8 lutego 2016
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią