PLAYLIST

Kanye West
"Diamonds From Sierra Leone / Gold Digger"

9.0

Szczerze mówiąc to nie miałem jeszcze do czynienia z Late Registration. Jednak muszę przyznać, że oba single promujące krążek niesamowicie mnie podjarały, robiąc spory apetyt na całość (właściwie to czemu ja jeszcze nie słyszałem tego albumu?). Zaczęło się gdzieś na początku wakacji. Przypadkowo wychwycony na którymś z kanałów muzycznych "Diamonds From Sierra Leone" rozwalił mnie doszczętnie, uzyskując automatycznie nominację do mojego osobistego top 3 tegorocznych singli. I o ile jeszcze rok temu nazywanie Kanye'ego zbawieniem dla mainstreamowego hip-hopu uznałbym za grubą przesadę, dzisiaj jestem skłonny zgodzić się z tego typu stwierdzeniami.

Rozmach i przepych, które wyraźnie cechują "Diamonds" zachwyca, a sam utwór urzeka swą precyzyjną konstrukcją. Sposób w jaki West łączy temat Shirley Bassey z kultowego filmu o Jamesie Bondzie, dźwięki orkiestry oraz brzmienie klawiszy to doprawdy produkcyjne mistrzostwo świata. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że pokład nie jest stricte hip-hopowy. Można skusić się wręcz o stwierdzenie, że czuć tu wyraźnie popem, co absolutnie nie jest zarzutem, a właściwie dowodzi że Kanye kombinuje i nie boi się eksperymentów z gatunkami. Dodatkowo na plus należy mu zaliczyć, że rapowanie wypada mu coraz lepiej. Flow jakby równiejszy, słowa bardziej pewne. W samej warstwie tekstowej po raz kolejny otrzymujemy wątek osobisty, tym razem tematem kawałka jest zeszłoroczny rozłam w Roc-A-Fella Records. Kanye ucina wszelkie spekulacje dotyczące jego odejścia z wytwórni, prezentując jednoznaczne stanowisko w tej sprawie. Aha, i oczywiście linijkę "Forever ever? Forever ever? Ever, ever? Ever, ever? Ever, ever? Ever, ever?" wszyscy kojarzą.

Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po wyżej opisanym singlu, a już pojawił się kolejny, równie znakomity "Gold Digger", czyli kontynuacja udanej współpracy Westa z Jamie Foxxem, zapoczątkowanej jeszcze na zeszłorocznym "Slow Jamz". A filmowych wątków i skojarzeń mamy ciąg dalszy. Foxx imituje niezapomniany wokal, nie tak dawno granego przez siebie Raya Charlesa, by w odpowiednim momencie ustąpić samplom z oryginalnym głosem króla soulu. Kanye zapodaje nam podkład nieco bardziej konwencjonalny, utrzymany w klimatach zabawowo-tanecznych. Jeśli zaś o słowa chodzi, to jest lekko i radośnie. Temat miłości opartej na pieniądzach wydaje się trochę wyświechtany, jednak wniknięcie w słowa wywołuje uśmiech i o to tutaj chodzi. Teraz pozostaje mi już tylko czekać na kolejne single i może w końcu ktoś mi kupi / przegra ten album?

Łukasz Halicki    
30 września 2005
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią