PLAYLIST

Jay-Z
"D.O.A. (Death Of Auto-Tune)"

4.5

Przy okazji nowego singla pana Cartera warto spojrzeć przez chwilę wstecz i skumać gigantyczny dorobek gościa kandydującego do miana najważniejszego artysty w muzyce rozrywkowej ostatniej piętnastolatki. Nawet nie wikłając się w longplaye i próbując zinterpretować postać tylko na podstawie highlightów singlowych, można przyklasnąć w zachwycie. Szukając odpowiedzi na pytanie o najlepszy przebój w karierze Jigga nurkuję w przeszłość, zatracam się w projekcji wspomnień, przywołuję konkretne momenty, zdarzenia, osoby. Hov nie pomaga w rozwikłaniu zagadki, bo kandydatów jest co najmniej dycha...

Poruszający do głębi "Can't Knock The Hustle" z bosko "obolałą" (jak nazwał to niedawno MZ) partią wokalną Blige. Dziecięcy "ghetto anthem" (lol) "Hard Knock Life" z uroczym refrenem dzieciaków. Egipsko orientalny karnawał "Big Pimpin'" z klipem, którego YouTube zabrania pokazywać nieletnim. Neptunesowski klasyk "I Just Wanna Love You" o potencjale klubowym równym weekendowym imprezom w The Fresh ("Got six model chicks / Six bottles of Crys"). Radosny "Izzo" samplujący Jackson 5. Zmysłowy, przepiękny "Girls, Girls, Girls"... Tekst... Podkład... Brak słów. Kolejny (tysięczny?) standard Neptunes "Excuse Me Miss" z luzackim nawiązaniem do mitycznego chorusu "Big Poppa" (z którego zresztą później czerpał w "Ignorant Shit").

Krytykowano przy premierze "Change Clothes", ale posłuchajcie tego gdy wasza dziewczyna po wyjściu spod prysznica ubiera się na imprezę... Bezprecedensowy "99 Problems", Rubinowy czołg miażdżący resztę konkurencji, istny ewenement i jeden z najmocniejszych hitów w dziejach rapu – nawet Hova nie wie co zrobić z tym bitem (pierdoli coś od rzeczy, chociaż bossowsko, aż w końcu się poddaje). Wreszcie romantyczny i drapieżnie erotyczny zarazem ("This is about lust / Cold sweats occur / When I'm not with her / My presence is a must, must, must"), cytujący od niechcenia między innymi Biggiego i Tribe'ów "I Know" na podejrzanie zniewieściałym, "britneyowskim" bicie Pharrella (jak głosi legenda ludowa zrobionym tego samego wieczora, co "Why Should I Be Sad" z Blackout). To wszystko na górze to była dla mnie ścieżka dźwiękowa mijającej dekady. Jeśli dla kogoś nie, to co mogę powiedzieć... "Tak między nami ominęło cię to, ha? Ha?". "Trzeba być z nami, robić to, żeby wiedzieć...".

Nie mam czasu pisać o drugiej dziesiątce... And don't even get me started on album tracks ("Regrets"! "All I Need"! "Allure"!), nie wspominając w ogóle o całym skokszonym arcydziele Reasonable Doubt, o bałnsującym mistrzowsko Vol. 3, którego co ciekawe nie słuchałem parę lat i o wyznaczającym kierunek rozwoju komercyjnego rapu The Blueprint gdzie wypłynął producencki talent dziś-wszędobylskiego-do-urzygu Kanye.

W tym monumentalnym towarzystwie "D.O.A." nie tyle nigdzie nie pasuje, co po prostu wydaje się przypadkowym wypierdkiem kompletnie zagubionego artysty, który nie do końca wie, po co wciąż nagrywa. Pokrętne tłumaczenie ideologii anty-autotune'owej w kontekście zeszłorocznego albumu Kanye sprawia, że ja nie potrafię Carterowi zaufać tak, jak Robert Leszczyński nie potrafi zaufać Jacko. Tak jak "jest mi bardzo trudno lubić artystę, który śpiewa piosenkę pod tytułem 'Black Or White', po czym wybiela sobie skórę" (loool), tak mi bardzo trudno lubić artystę, który wojuje z autotune'em na podkładzie Kanye'go do kurwy nędzy. Co to niby ma być, "Poemat Dla Dorosłych" Ważyka? I mean, come on, Shawn, w lato 2009 obudziłeś się, że auto-tune jest żałosny? Wytrzeźwiej.

Rozpatrując czysto muzycznie, imitujące żywy band sample wyselekcjonowane przez Westa i No I.D. nie mają nic wspólnego ani z prawdziwie "żywym" soundem r&b Soulquarians ani z tymi jazzopodobnymi projektami Guru – brzmią jak zapętlony fragment wymuszonej przez wytwórnię kolaboracji z drętwą rockową kapelą... Ogólnie idealna fuzja dwóch gatunków typu Beastie Boys to nie jest, raczej tania sztuczka Kanye'go polegająca na imitacji numeru "The Champ", który Just Blaze przygotował dla Ghostface'a trzy lata temu. A zaraz... Czy tym gniotem Hov nie celuje w target, z którym już raz się zetknął przy okazji współpracy z Linkin' Park? Och tak, i teraz polscy dziennikarze z rockowym backgroundem znowu pochwalą rap – bo znowu zbliżył się tam, gdzie im jest bezpiecznie: do ROCKA. Bo "do historii muzyki mimo wszystko nie przejdzie żaden artysta pop". A już hip-hop to ho ho ho... Gangsterzy jacyś... Ech, czekam aż ten kraj wydorośleje.

Borys Dejnarowicz    
28 lipca 2009
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią