PLAYLIST

Jay Reatard
"Always Wanting More"

6.5

Gdzieś na rogatkach amerykańskiej mainstreamowej sceny niezależnej (sic!... ale jak to inaczej nazwać?) prężnie działa i rozwija się nowe środowisko twórczego fermentu. Pociągając z wiecznie mlecznego cyca filozofii D.I.Y. małe labele na terenie Stanów wydają niskonakładowe serie 7" singli i 12" longplayów zespołów, o których próżno czytać na popularnych blogach i w większości serwisów internetowych, że o magazynach papierowych nie wspomnę. I nie byłoby w tym nic dziwnego, zawsze była i zawsze znajdzie się garść zapaleńców żyjąca hasłem "keep it oldschool" (abstrahując od wydawnictw stricte tanecznych, bo te wydaje się na winylu z zupełnie innych pobudek), gdyby nie fakt, że ten swoisty drugi obieg zaczyna coraz donioślej upominać się o swoje i walić w sufit budząc lekko przysypiający pierwszy. Łatwo zbagatelizować ten ruch, sprowadzając go do grupki niegroźnych ortodoksów broniących anachronicznych ideałów sierpnia '77. Sęk w tym, że coraz trudniej ignorować quasi-scenę, z której co chwila wyłaniają się zespoły doskonale radzące sobie w konkurencji z przedstawicielami "poważnych" indie stajni. Za sprawą Black Lips i King Khan & The Shrines pojawiają się głosy o revivalu garage'owego punka. Jeśli takowy rzeczywiście nastąpi to głównym źródłem zasilającym jego wody będą katalogi In The Red Records, Goner Records czy niezliczonej liczby pomniejszych uberniezależnych wydawców. Tu i ówdzie kiełkuje nowy termin weird punk, za którego przedstawicieli, choć z pewnością nie docierających do granic stylistyki, można uznać przebojem wdzierających się do P-forkowego hall of fame Times New Viking, a za dobrą matkę chrzestną powracającą z dalekiej podróży zasłużoną oficynę Siltbreeze.

Oczywiście rodzi się pytanie "coż z tego, że paru pasjonatów wydaje swoją muzykę na winylach?". Mogli by choćby zapisywać ją na glinianych tabliczkach albo wyplatać w formie kipu na włosach własnych matek, co nam do tego? Ano świadomie lub nie, winylowe wydawnictwa ustawiają się w opozycji do digitatury blogsfery. Siłą niekompatybilności i mocą formatowej anachroniczności tworzą hermetyczną przestrzeń, swoistą Australię, na której muzyczna ewolucja porusza się alternatywną ścieżką, obradzając w egzotyczne dziobaki i inne torbacze. Gdy przyjrzeć się mechanizmom napędzającym współczesny rynek muzyczny na pierwszy plan wyłania się pogoń za świeżością, permanentna odkrywczość. Na twoim blogu, czy serwisie musisz nieustannie wynajdywać nowych, obiecujących, rewolucyjnych zanim zrobi to konkurencja. Nikogo nie interesuje drugie miejsce. Każdy pragnie uszczknąć sobie odrobinę sławy odkrywcy i medialnego mecenasa nowego talentu. Do trwającej w iście maoistowskim duchu wiecznej rewolucji włączają się artyści serwując nam koktajle wszystkiego ze wszystkim by możliwe łatwo i skutecznie zwrócić na siebie uwagę w internetowym bezmiarze konkurencji. Jaskrawość i uszojebność niezdarnie maskuje tylko jałowość i pustkę większości wydawnictw, skazując je na kluczową chorobę toczącą współczesny rynek muzyczny – postępującą tymczasowość.

W tym miejscu na scenę wkracza nasz dzisiejszy bohater Jay Lindsey ukrywając się za jakże uroczym pseudonimem Jay Reatard. Jego biogram jest prosty niczym dzida i równie ostry. W wieku 15 lat Jay porzucił dobrodziejstwa powszechnej edukacji i obrał drogę Punk Rocka. Od tego czasu nagrał niezliczoną liczbę płyt i singli, przewinął się przez kilka zespołów i spędził znaczną część swojego życia w trasie. Wreszcie w wieku dwudziestu paru lat, ciesząc się niemałym poważaniem na amerykańskiej scenie garage-punkowej poszedł na swoje, rozpoczynając wydawanie muzyki na własny rachunek. Tak dochodzi do wydania w 2006 roku debiutanckiego longplaya Blood Visions. Album przewinął się nawet przy okazji przymiarek do podsumowania tegoż roku na naszym portalu. Tyle, że w tamtym czasie prymitywny punk rock, na żyjących marzeniami o szklanych domach, zrobił wrażenie jak zbita z nieheblowanych desek wygódka. Patrząc z perspektywy dwóch lat, bezkompromisowa anachroniczność muzyki Jay'a urasta do rangi cnoty, prymitywizm odczytuje się jako oznakę witalności i ożywczej naturalności, a sklecone na paru akordach riffy, mimo upływu czasu, trzymają jak ruski klej do butów. Nie roszczący sobie prawa do bycia czymkolwiek ponad nic nie wnoszącą wariacją na temat Buzzcocks, biedny sracz nagle wyszedł naprzeciw naglącej potrzebie wydalenia z siebie wszechobecnych mas beztreściowego gówna. Rozpisywanie się o nowym singlu Jay'a mija się z celem. Mimo, że zagrywki w mostku, dla każdego kto choć pobieżnie zetknął się z twórczością Reatarda, to chleb tak powszedni, że nawet koń starłby sobie na nim zęby, kawałek broni jeden jedyny riff, zapodany z takim przekonaniem jakby od tego zależało życie co najmniej tuzina sierotek. Kawałek zapowiada współpracę Jay'a z indie mejdżersem, Matadorem. Jednak przejście o oczko wyżej w rynkowej hierarchii Jay nie zmienia modus operandi. Premierowe kawałki wyjdą w formie serii limitowanych singli, z których każdy następny będzie miał mniejszy nakład od poprzedniego. I chociaż rozumiem, że takie stawianie sprawy jest najprawdopodobniej tylko i wyłącznie projekcją moich osobistych nadziei i życzeń, chciałbym wierzyć, że winylowe getto to jedna z ostatnich ostoi twórców, którzy nad wszystko inne przedkładają swoją muzykę.




Zobacz także:

http://www.myspace.com/jayreatard
Paweł Nowotarski    
2 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią