PLAYLIST

Dead Can Dance
"Cantara"

8.0

O Dead Can Dance powinniśmy pisać obficiej ponad miesiąc temu. I nie tylko nazwa zespołu wykazuje zbieżność ze Świętem Zmarłych. Jest to też czas, kiedy sięgnięcie po któreś z dokonań formacji jest więcej niż oczywiste. Na co dzień ta czynność jest już raczej mało prawdopodobna – potrzebą uduchowionego patosu reaguje się na prozę życia rzadko. Jeśli jednak jakiś bodziec pobudzi w nas głód muzyki zdecydowanie wyrwanej poza wirujący świat, sprzyjającej kontemplacji, ręka ku Dead Can Dance wyciąga się sama. Co prawda patrząc bacznym wzrokiem analityka duet ten nie sięgnął nigdy wielkości w czysto muzycznym sensie. Szkopuł w tym, że utwory Brendana Perry'ego i Lisy Gerrard na muzyce się nie kończą.

Znająca się już dwadzieścia pięć lat dwójka para się przenoszeniem muzyki tradycyjnej (folkowej w europejskim rozumieniu tego słowa) na grunt przejrzystej melodii i nieco uwspółcześnionych aranżacji. Nie brzmi to porywająco, i tak zapewne nie wyglądałyby nagrania Dead Can Dance, gdyby nie talenta jego założycieli. Mowa tu zarówno o pięknym głosie Gerrard, jak i o mocy kompozytorskiej Perry'ego (który podczas tworzenia części piosenek inspiracji poszukiwał nie byle gdzie: w kościele). Czynniki te sprawiają, że podniosły nastrój albumów DCD ma pokrycie: nie jest celem samym w sobie a środkiem, udanie kumulującym się z muzyką.

Ledwie zaznaczone niżej płyty nie stanowią nawet połowy dyskografii zespołu, przedstawiam natomiast jego złoty okres. Pierwszą zatem szerzej zauważoną pozycją duetu (a trzecią w ogóle) była fenomenalna Within The Realm Of A Dying Sun (1987). W odpowiednich warunkach słuchając tych ośmiu hymnów odrywasz się tak bardzo, że powtórne lądowanie wśród żywych (w większości pozornie, większość ludzi, jak wiadomo, nie zdaje sobie sprawy ze swojego istnienia, ale ja nie o tym) boli. To stąd pochodzi wspomniana w nagłówku "Cantara". Chyba najszybsza pozycja w całym dorobku Dead Can Dance, ze zwykłymi oznakami rozpędzenia, takimi jak energia, entuzjazm, wiele wspólnego nie ma. A z czym ma? Hm, może typowo poradzę samemu posłuchać. W każdym razie cudną melodię przyodziano tu zawodzeniami Gerrard w szaty tajemniczego monumentalizmu, który w przypadku DCD nigdy nie może budzić negatywnych skojarzeń. Towarzyszył on Lisie i Brendanowi w zasadzie na każdym etapie działalności, na Within The Realm Of A Dying Sun natomiast dominuje najsilniej. Z takim skutkiem, że, jak dla mnie, przez większą część roku tej płyty nie godzi się słuchać.

Oszczędniejszy w środkach wyrazu, przejmujący zimnem organów i niemal równie dobry jest wydany w 1988 Serpent's Egg. Precyzyjne w swym ascetycznym chłodzie brzmienie i przerażające nieraz wokale mieszają się tu z ciepłem towarzyszącym obcowaniu z czymś wzbogacającym (zastanówcie się, akurat tą cnotą płyty wyróżniają się naprawdę rzadko). A słabości znów szukać ze świecą. Pojawiają się one dopiero (w i tak znacznie ograniczonych proporcjach) wraz z Aion, stanowiącym zwrot ku rozszerzonemu instrumentarium. Pierwszy raz swoją obecność niekiedy zaznaczają też dźwięki niosące emocje łagodniejsze, na chwil parę opuszczamy zatem przesycone wilgocią mury kościoła by przysłuchać się temu, co grało w duszy renesansowemu grajkowi. Nie znaczy to oczywiście, że słuchając albumu nie przeżyjemy paru wstrząsów ("The Song Of The Sibyl"? "The End Of Words"? Huh).

Bywają tacy, którzy (na początku) na mszę do najbliższych Dominikanów uczęszczają tylko dla często nieopisywalnej oprawy muzycznej. Z pewnego powodu z faktem, że nikt tego nie nagrywa, da się jednak żyć.


Zobacz także:

http://www.alterart.pl/nn/dcd.htm
Jędrzej Michalak    
1 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"