PLAYLIST

Carly Rae Jepsen
"Tiny Little Bows"

7.5

Nie Madonna, nie Rihanna, nie Bieber, Kylie czy nawet Adele. Najważniejszą postacią w popie w 2012 roku jest Carly Rae Jepsen, do niedawna anonimowa dla większości świata Kanadyjka. Jej sukces polega jednak na czymś innym, niż każdej popgwiazdki dzisiaj. Jepsen nie manifestuje swojej odrębności, nie buduje swojego celebryckiego mitu od zera, nie szaleje wśród modnych brzmień. Nie szokuje nowym klipem i fryzurą na Pudelku. Jasne, przezroczystość jej wizerunku, nieco zbyt infantylnej na swój wiek girl next door, rewelacyjnie koresponduje z charakterem jej wielkiego hitu. To wręcz idealnie skrojony materiał na one hit wonder. Ale koniec końców chodzi o piosenkę, której powinna jej zazdrościć każda weteranka Billboardu – może i banalną, ale tak zabójczo chwytliwą. Wszyscy śpiewali "Call Me Maybe" tylko wyłącznie dlatego, że to pop pełną gębą: uniwersalny, nieskomplikowany, zabójczo zaraźliwy. W ten sposób, mimo tak prostych chwytów, jak mocno podbita stopa, disco motoryka i smyki z klawisza, Carly wzniosła się na poziom nieosiągalny dla niemal każdego w dzisiejszym mainstreamie. Zdobyła sukces wyłącznie piosenką.

Chociaż jednak należę do zagorzałych miłośników tego utworu, nieco mierzi mnie w nim brak jakiegoś nietypowego chwytu. Nie mam tu oczywiście na myśli hooków, bo jest ich w "Call Me Maybe" dość sporo. Chodzi mi o element, który byłby nieoczywisty, który by zaskakiwał i sprawiał też przyjemność intelektualną. Tymczasem Carly, ta wymarzona one hit wonder, wydała dosyć mocną płytę, która ma swoje lepsze i słabsze strony. Zaczyna się jednak rewelacyjnie. "Tiny Little Bows" otwiera sampel z Sama Cooke'a, który już wzbudza ciekawość. Następnie wchodzi taneczny beat przefiltrowany przez french house'owy sidechain. Szybko ustępuje miejsca zwrotce osadzonej w grubym funkowym slapującym basie. Pojawiają się też start stopy, stopniowo wchodzą w tle taneczne pady. Koniec końców chodzi jednak o ten bas, któremu nie przeszkadza rzucanie na jego tle nazwami miast – właściwie to całkiem fajna sprawa. Z jednej strony lekką ręką uruchamia przyjemne disco klisze, z drugiej zwraca się do miast apostrofą – "Hey, London!", co nieco zmienia znaczenie prostego tekstu piosenki.

Ta zwrotka wynosi Carly z radia w każdym sklepie i autobusie prosto na zajarany post-disco parkiet, spychając z didżejki Ronikę. "Tiny Little Bows" wyjeżdża ze zwrotką fajniejszą niż dowolny fragment jej jakiegokolwiek utworu. A przecież gorąco Ronice kibicuję. W tej perspektywie prostota refrenu może nieco rozczarować. Moim zdaniem jednak zapewnia idealną równowagę między cieszącym mózg i biodra chwytem, a wesoło powtarzanym, słodkim i radosnym radio-friendly refrenem. And kids, that's what I call pop music.

Kamil Babacz    
17 października 2012
BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią