SPECJALNE - Artykuł

Autokorekta: 50 recenzji na 5-lecie Porcys, z którymi sami się nie zgadzamy

5 maja 2006

Jennifer Lopez
"All I Have"
autor: Borys Dejnarowicz
poprawiona ocena: 5.5

Mamy w tym kawałku mięciutki-pyszniutki podkład a la Kanye i łagodnie pląsającą Jennifer, ale stawiam, że to wydźwięk argumentu "rozchwiany biodrowo bicik" jest kluczem dla zrozumienia zachwytu Borysa. No przyznaj się, czyje biodra miałeś na myśli! J. Lo wszak nie ma charyzmy Annie czy nawet Britney; sama piosenka chwytliwością odstaje od takiego "Toxic" na kilometry. To pościelowe klimaty tu dominują, czyli (zaspokojony i nie dosłowny) R. Kelly w damskim wydaniu, co akurat dla mnie nie jest jakimś mega wabikiem. Tym bardziej, gdy erotyczny feeling sprowadza numer do miałkości, i generalnie niczego specjalnego. Zgadzam się, że "All I Have" się nie narzuca, ale to trochę za mało na 9.5. –Jędrzej Michalak

playlist »



Maximo Park
A Certain Trigger
autor: Jędrzej Michalak
poprawiona ocena: 5.1

...że niby mieliśmy do czynienia z jedną z płyt roku. Otóż problem z szumem wokół Maximo Park polegał moim zdaniem na utożsamieniu całości twórczości zespołu z przebojowym singlem promującym album. "Apply Some Pressure" jest z pewnością jedną z najfajniejszych piosenek w obrębie gatunku – broni się... W przeciwieństwie do reszty albumu, charakteryzującego się baudrillardowskim niemal powtórzeniem, wydającego się być barokowych rozmiarów wariacją na jednym motywie. Za plus uznać można przydatność stosowanej tu do obrzydzenia formuły na tanecznych imprezach, za minus – oczywistość inspiracji, do tego niekoniecznie najbardziej wartościowych. Maximo Park zdają się pasować do stereotypu indie-kids, którzy za pierwszy prawdziwy zespół uznają The Strokes. Tylko że, w przeciwieństwie do znaczącej większości wspomnianych, oni grają muzykę. Jak to szło w Skrzypku Na Dachu? "Tradition!". –Marcin Wyszyński

recenzja płyty »



Metope
Kobol
autor: Zosia Dąbrowska
poprawiona ocena: 4.5

Zosiu, twój koncept przedstawiony w tekście – dotyczący ucieczki od człowieczeństwa w stronę zlodowaciałych krajobrazów gdzie ludzie się już nie ostali – jest interesujący, ale chyba zbyt hojnie dookreśla osiągnięcia Schwanena. Sceptycznie patrząc, płyta z pingwinem na obwolucie to tylko nagromadzenie i zagęszczenie nudnawych repetycji elektro-bitów, bez szerszej idei co z nimi zrobić dalej. Poza frapującym 7 trackiem aż żal się robi widząc, jak usilnie stara się Michael rozwinąć swoje eksploracje w coś barwniejszego, ale nie styka mu – ja wiem, chęci? A może zdolności. Wspominana jako kontekst Ada miała (chwilami) świetne melodie chociaż. Cykanie i brzęczenie w takt jednej podziałki tempa metronomu to specjalność Metope, fakt, lecz czy godne jest windowania na tron anty-estetyzmu? Nawet jeśli uznamy, że jarają nas ekstremalne przykłady dehumanizacji w fonografii, to sądzę, iż podobne założenia dałoby się zrealizować w bardziej kreatywny sposób. Zakrocki da nam namiary jak go poprosimy. Gdy wrażliwi, żądni głębszych przeżyć odbiorcy stosują pojęcie "minimalnej, monotonnej techno-rypanki", wykrzywiając twarz w grymasie degustacji – właśnie takie kwiatki jak Kobol mają zapewne na myśli. –Borys Dejnarowicz

brudnopis »



Kylie Minogue
Fever
autor: Borys Dejnarowicz
poprawiona ocena: 6.8

Przyznam szczerze, iż dawałem płytce Kylie wiele szans, szczególnie po publikacji brudnopisu Borysa. W moim przypadku nie może być jednak mowy o żadnym growerze: album oceniam dzisiaj dokładnie tak samo, jak po pierwszych kilku przesłuchaniach. Mimo niezaprzeczalnego singlowego potencjału ("Love At First Sight" i "Can't Get You Out Of My Head"), trudno mi określić Fever mianem dzieła perfekcyjnego; kawałki takie jak "Give It To Me", "Your Love" czy (tak, tak) "Come Into My World" zwyczajnie mnie nie przekonują, porywają ani zachwycają, a próby obiektywnego wartościowania (przez wnikliwą analizę materiału) również sugerują tu ocenę z pułapu szóstkowego. Cóż poradzić. –Patryk Mrozek

brudnopis »



Mount Eerie
No Flashlight
autor: Mateusz Jędras
poprawiona ocena: 8.0

Recenzji No Flashlight wypatrywałem naprawdę niecierpliwie. Raz, że nie wiedziałem czy jest po co wydawać te 25$ na album, dwa że sprzeczne doniesienia z różnych innych serwisów oraz nie pokrywające się opinie znajomych, nie dawały jednoznacznej odpowiedzi co do jakości tegoż krążka. Oczekiwałem więc, że to nadchodząca recenzja ostatecznie wpłynie na moją decyzję, dostarczając mi argumentów przesądzających o zakupie, bądź też nie. Niestety mój pierwszy kontakt z tym tekstem zakończył się niepowodzeniem; zatrzymałem się gdzieś w połowie i sądząc że jestem zbyt zmęczony, odłożyłem lekturę na później. Następnego dnia udało mi się przeczytać całość (po kilku podejściach), jednak zrodził się kolejny problem – z recenzji właściwie nic nie zrozumiałem. Wcześniej taka sytuacja zdarzyła mi się pare lat temu w liceum po przeczytaniu Kordiana, ale wtedy przynajmniej mogłem sięgnąć po streszczenie, tu niestety takiej możliwości nie było. Szkoda. Ostatecznie płyty nie kupiłem, poznałem z CDRa, który nieszczęśliwie zdechł po trzech przesłuchaniach. A z recenzją to już sam nie wiem – może ona wcale nie była na serio? –Łukasz Halicki

recenzja płyty »



Mu
Out Of Breach
autor: Michał Zagroba
poprawiona ocena: 7.3

Maurice'owi Fultonowi można zaufać w ciemno w sferze produkcji. To jeden z najbardziej nieodkrytych i na pewno najlepszych producentów muzycznych na świecie. Jakoś ciągle po głowie chodzi mi pomysł, że jedynie on byłby w stanie zrobić z Bjoerk teraz fajną, świeżą płytę, do której ta dąży. Ale Maurice zamiast Bjoerk ma do dyspozycji swoją japońską partnerkę życiową, drapieżną, brutalną, nieokiełznaną, żywiołową, gramotną, fermentną, świzgoczącą, wierzgającą, druzgorszącą, prącą, drącą buziunie, lalipunke, usteczka malutkie, drobne ramiączka, kiteczki dwie, ogon, pazury-brzytwy, diablica cholerna, buciki białe, biała spódniczka, czarny kapelusz i dwie rzeźnickie maczety u buki kurki teatru kaboku. U burki córki teatru koboku. U boku córki teatru kabuki. Dwiema czety. Z dwiema maczetami. Z dwoma Krzysiu. Czy Maurice Fulton też? Czy jego partnerka życiowa, o której tak wiele już powiedzieliśmy również próbuje? O tym dowiemy się w następnym odcinku. Tyle o samej muzyce. Teraz przejdźmy może do zawartości. A muzyka jest tu zwarta. I zagotowująca się, ciebie, mnie. Maurice Fulton. To jest wielki człowiek. Tu zacznie się wasza z nim przygoda. –Krzysztof Zakrocki

recenzja płyty »



Myslovitz
Skalary, Mieczyki, Neonki
autor: Jędrzej Michalak
poprawiona ocena: 4.5

Wszystkim, którym w przeciągu kilku ostatnich lat zdarzyło się zobaczyć Myslovitz na żywo (no dobra, pomijając występy na Juwenaliach i tym podobnych), eksperymentalna płyta sprzed ponad półtora roku przypominać może na chwilę ową, rzadką jak na polskie warunki, atmosferę występu. Gdy nie są zmuszani do odgrywania ulubionego przez sporą część publiki "Acidlandu", Rojek i spółka potrafią zapuścić się w rejony, których nikt w 1995 roku by się po nich nie spodziewał. Z pewnością tego wydawnictwa nie należy traktować ze śmiertelną powagą, co zresztą od początku podkreślali członkowie zespołu. Bardziej niż regularny album, jest to raczej dokumentacja poszukiwań, wydających się jednak obierać określony kierunek, którego aktualizacją staje się singlowe "Życie To Surfing" – jedna z najfajniejszych pozycji w CV Myslovitz. Płyta o rybkach stawia przed fanami (a także zapewne przed zespołem, ludźmi z branży i tak dalej) kilka pytań przyszłość, nie daje natomiast żadnych odpowiedzi. W sensie, że zarzucić można jej chaotyczność, nierówność i generalne unfocused. Nie jest też do końca jasna przyczyna wydania tego typu albumu w momencie, gdy zespół istnieje, koncertuje i ma się dobrze. Może jednak zamiast rzeźbić w przysłowiowym gównie, warto Rybki potraktować jako autonomiczne, funkcjonujące na własnych prawach, zamknięte dzieło? Daj szansę, podziel się uśmiechem, porozmawiaj o tym, urzekła mnie twoja historia, Fundacja Polsat. Nie, serio: warto. Chyba. –Marcin Wyszyński

recenzja płyty »



Negatyw
Paczatarez
autor: Borys Dejnarowicz
poprawiona ocena: 3.0

"Luuuubię was!" - ochhh, błagam, niech ktoś to chociaż ściszy. "Jestem jaki jestem / I myślę to co chcę / A ty akceptuj mnie!", "Aaa... Proszę, przytul mnie!" - nie, nie, Mietallu Walusiu, nie, ja, w przeciwieństwie do kolegi Borysa (wersja 2002), sympatii jakoś wykrzesać z siebie nie mogę. Tak, wiem, podobno teksty nie są najważniejsze. Tym bardziej tutaj, bo się akurat z recenzją zgadzam co do tego, że brzmienie gitar właśnie często powoduje tę całkiem nie od rzeczy myśl, że to w sumie nie jest zła płyta. Jednak nie da się przejść na tyle obojętnie jak to zrobił kolega Borys obok takich niewątpliwych kwiatów liryki jak chociażby: "Rozpłaczę się / Tak ja mam / W kieszeni słońca dwa / Rozgrzeję z Tobą cały świat" czy też "Pobiegnę za szczęściem / Oddechem Twoich łez", albo tak denerwujących jak dla mnie kawałków jak "Amsterdam" czy wspomniane "Lubię Was". Nie da się przejść bez pomieszania uczuć, jakim jest z jednej strony znudzenie, a z drugiej zdenerwowanie, które rani serce, w poniewierce. Czy naprawdę ktoś uważa, że teksty eM są gorsze? No, może trochę. Albo jak można lubić Negatyw, a nie lubić sympatycznych Pustek?

Co do maniery Mietalla (podobno z domu Roman? Jeśli mogę coś powiedzieć: o ile lepiej brzmi!) Walusia, Borys 2002 pisze: "Ja nie mam nic przeciwko niej. Mało tego, sądzę, że chłopak ma prawo do specyficznego cedzenia słów, jeśli mu się to podoba. Przynajmniej odróżnia się od reszty rodzimych wokalistów". I tu się niestety trzeba także nie zgodzić, licencję na cedzenie należy cofnąć. Taki tez postulat wysuwam z tego miejsca w kierunku Ministerstwa Kultury i Sztuki. Nie, nie jestem fanatykiem szczerości w muzyce, ale tutaj ta sztuczność tak się strasznie jakoś rzuca w oczy, to silenie się na coś (na przykład na dziwność, na "psychodeliczny klimat") – "Pójdziemy gdzieś daleko / Pójdziemy gdzieś po mleko / Wpadłem w strasznie głęboki sen". Co do recenzji Borysa 2002 trzeba wyciągnąć też charakterystyczne "przynajmniej się odróżnia". "Przynajmniej się odróżnia"? Reasumując - co poradzę, nie zachwyca. Negatyw to dla mnie jeden z zespołów, które często dostają punkty za to, że nie są tak złe, jak pozostałe. Więc przyznajmy płycie Paczatarez punkty dodatnie również i za to, że kolejne płyty Negatywu były bardziej złe. Przypomnijmy, dla pewności: "Moje oczy skierowane w ścianę / Kochanie". –Zosia Dąbrowska

recenzja płyty »



New Pornographers
Twin Cinema
autor: Mateusz Jędras
poprawiona ocena: 6.5

Żem się rozczarował trzecią płytką Pornographers, która miała niby tak wymiatać, a nie wiem czy mnie równiejsze Electric Version nie elektryzuje mocniej. Z przykrością poczułem rodzaj oszustwa artystycznego skrzętnie ukrytego w power-popowych chordach i wakacyjnych pornograficznych wiatr-we-włosach-rollercoaster-everybody-pomarańcze melodiach. Bo niby wszystko fajnie, ale...

Mass Romantic:



i Twin Cinema z Jędrasem w pierwszym wagonie:

–Michał Zagroba

recenzja płyty »



Niemen
Spodchmurykapelusza
autor: Redakcja Porcys
poprawiona ocena: 2.9

"Nie ufaj nikomu, kto słucha Niemena". Spodchmurykapelusza to wyjątkowo łatwy cel. Raz, że zjebywanie dinozaurów zawsze w modzie. Dwa, że faktycznie pan Czesław popełnia tutaj kilka koszmarków, z "Jagodami Szaleju" na czele (kawałek na 0 jak najbardziej). Poza tym przerost formy nad treścią i tak dalej. Fatalne teksty, nadęte koncepty, miałkość intele. Bełkot, bełkot, bełkot. Ale jednak – rozpatrując płytę tylko w kategoriach przyjemności/braku przyjemności, to muszę oddać honor autorowi Enigmatic. Ciężkie jak słoń, posępne, prog-elektroniczne (z minimalnym wpływem dubu w "Śmiechu Megalozaura") utwory przyciągają na podobnej zasadzie, zgodnie z którą szokuje ubrany na czarno schizol regularnie przemierzający szybkim krokiem – niczym bohater Paula Austera – kilometry warszawskich ulic (właściwie to hektary). Ciężko ostatnie dokonanie Czesława Juliusza Wydrzyckiego traktować jako klasyczny goodshit, bo niesamowita archaiczność, odczucie absurdalności dzieła, jego niezamierzonej dziwaczności przysłania goodshitowe antynomie typu "klasa światowa/żenada w jednym". Najchętniej oceny bym nie przyznawał, bo opisy punktacji typu "szum medialny / lekcje odrobione / solidny chleb razowy" zupełnie nie pasują do transgresyjnego charakteru tej płyty, na pewno zaś nie jest to rzecz bardzo dobra (czyli 6.0 i więcej). Jest w niej w każdym razie coś fascynującego. –Piotr Kowalczyk

recenzja płyty »


I   II   III   IV   V

BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"