Bat For Lashes: Two Suns
[2009, Parlophone; 5.5]
Mój problem z Natashą Khan polega na tym, że w mojej wyobraźni jest ona dużo fajniejsza niż w rzeczywistości, nagrywa same urocze kawałki i generalnie rządzi na każdym polu. Niestety, brutalna rzeczywistość rozwiewa każde marzenia, bo ciężko się
Two Suns zachwycać. Po pierwsze i najważniejsze – na debiucie było po prostu dużo więcej fajnych piosenek, które aż chciało się repeatować. Sofomor przynosi pod tym względem pewne rozczarowanie – Khan potrafi pisać urocze, melancholijne i minimalistyczne na swój sposób ballady i to wychodziło jej zawsze bezbłędnie. Kierunek ten, który na debiucie potwierdzały bardzo emocjonalne piosenki pokroju "Sad Eyes" czy "Bat’s Mouth", tu znajduje kontynuację tylko w postaci "Siren Song", który stanowi zarazem najmocniejszy punkt albumu. Jasne, zarówno singlowe "Daniel" i otwierający album kawałek "Glass" to generalnie bardzo fajne piosenki, ale trochę brakuje mi w nich żywych emocji, które tak w piosenkach Khan lubię. A "Siren Song" to nie tylko kolejna "z życia wzięta" historia, bo Natasha okrasza (ależ rym) to równie poruszającym aranżem i przede wszystkim daje ładny popis wokalny, a w perspektywie albumu tych ostatnich nie znajdziecie wcale tak wiele.
A na zakończenie taka moja mała życiowa konstatacja – opłaca się wracać do
Fur And Gold, ten album to coś więcej niż tylko chwytliwe "What's A Girl To Do". Raz że w porównaniu do
Two Suns to po prostu bardziej oryginalna płyta, bo na ostatnim albumie obecność kolegów z Yeasayera nic nie wnosi, a Natasha ciągle buduje piosenki na starych patentach, którym generalnie ciężko coś zarzucić poza tym, że miejscami nużą. Z tym że odnoszę wrażenie, że na debiucie nudziły dużo rzadziej niż tutaj. Całości nie ratuje nawet duet ze Scottem Walkerem, który można potraktować jako ciekawostkę, ale raczej nic więcej. Wracajcie do debiutu, serio mówię.
–Kacper Bartosiak
Cunninlynguists: Strange Journey, Vol. 1
[2009, Badtaste; 6.0]
"Nikt nie jest biały" – powiedział kiedyś Tymański i czasami myślę sobie, że miał rację. Do tych "czasami" zalicza się między innymi słuchanie oldschoolowych beatów autorstwa KNO. Bez kitu, koleś ładuje mi tutaj jamajską nucankę o prościutkim riddimie a ja dalej słucham. Nieźle. Zwłaszcza, gdy cegłę dołożą do tego pozostali śmieszkowie z Atlanty, a w "Hypnotized" dokładają dość hojnie ("I hate to see you go / but love to watch you leaving"). Poza tym jest tu parę innych perełek, jak ruszający dialog w "Die For You" czy klasyczny już w niektórych środowiskach clip do "Never Come Down". Brudnopis i spore opóźnienie, tylko dlatego, że to jednak mixtape, więc zdarzają się remixy ("KKKY") a nawet jakaś wstawka "na żywo". Wciąż jednak jest to materiał warty sprawdzenia. Jeśli jednak nie macie czasu na takie brudnopisy a nie znacie też Cunninlynguists (ehm) to odpalcie sobie chociaż "Seasons" z drugiej płyty, bo tam im się akurat udał klasyk.
–Jan Błaszczak
Deekline And Wizard: Back Up, Coming Through!
[2009, Against The Grain; 4.0]
Dostaję wiadomość "napisz brudno", okejuję ją ze swadą, zgodnie z wewnętrznym duchowym harmonogramem w tej edycji mam zjechać płytę Deekline And Wizard, szukam, szukam, bo
Back Up, Coming Through! wychrzaniłem gdzieś w afekcie. Szukam w imię deontologii (tak, wygooglałem to słowo przed chwilą) dziennikarskiej, poszukiwania trwają już czwartą godzinę, ja się może na chwileczkę położę, wczorajszy jestem, harcowało się w nocy, w dzień latało ZA CO CZEMU jest pierwsza w nocy, a Ty gościu nie masz tekstu? Gawroński! Proszę się ogarnąć! Żeby złapać czyste doświadczenie odbioru tej płyty wciel się teraz w narratora: jesteś wczorajszy, latałeś po mieście za wuefooptykocośtam, zasypiałeś w autobusie, używasz takich słów jak deontologia, właśnie się obudziłeś krzycząc "zaraz oddam tekst, rednaczu!", zaraz masz oddać tekst. Odzyskałeś przytomność w środku imprezy gimnazjalistów. Wszyscy ryje zdrowo prują, wszyscy podkreślają twoje do wiecznej zabawy zobowiązanie, w tle coś nieskładnie napierdala z BASAMI i to nie jest salami.
Back Up Coming Through! to właśnie trafienie na nieudanie, podejrzane przyjęcie integracyjne w momencie kiedy chcesz rozkminiać miękkość własnej poduszki. Nieudane Basement Jaxx, wieśniackie Junior Senior. Nawet tytułowemu zajebistego kawałkowi mięknie faja przez swoich zretardziałych sąsiadów. HAHA, RETARDY, RETARDY!
–Ryszard Gawroński
Toro Y Moi: My Touch
[2008, Fork And Spoon; 7.3]
Status tego minialbumu to chyba nielegal, ale skoro strasznie rozdupca, to na zasadzie
Piracy Funds Terrorism potraktuję go na serio. Potrzeba geniusza, by ożenić technikę samplingu a la French Touch z intymnym, osobistym songwritingiem. Nikt tego wcześniej nie zrobił, więc Chaz doznał eureki i rzekł "what the hell, right?". A jak rzekł, tak zrobił, zatytułował adekwatnie i... żyli długo i szczęśliwie. Hajpowane w 00s hybrydy post-dyskotekowych bitów z melodyką to przy tym zwykle śmiech na sali, a "Deep Routes", cóż, nie słyszałem nigdy czegoś takiego.
–Borys Dejnarowicz