BRUDNOPIS
 
A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
* musisz wpisać przynajmniej 3 znaki
Basement Jaxx: Scars
[2009, XL; 5.5]

Pamiętam moment, w którym można było po raz pierwszy posłuchać "Raindrops". Świat napełnił się nadzieją, zachwycił się ogarnianiem tych prawie-świeżych w tamtym czasie trendów w muzyce i nawet można było potańczyć. Potem, jak już można było posłuchać Scars, wszyscy nagle zamilkli i we wiodących polskich serwisach muzycznych nie pojawiła się żadna recenzja. Dlaczego? Bo sytuacja mocno się nie zmieniła od Crazy Itch Radio: muzyka na albumie porusza się po całej skali słowa "fajnie", częściej jednak zahaczając po tę bezpłciową stronę tego słowa. "WOWOW ALE FAJNIE!!" pada przy "Raindrops", "She's No Good", a potem już wraca rzadziej, zostawiając słuchacza z "To właśnie był jakiś utwór? Fajnie..." przy "A Possibility" czy "Scars" czy "no fajnie, ska, kurwa" przy "Saga". Jest miło, ale mogli z tego EP-kę zrobić, a nie się spinać na długogrający album. I to pieprzone trąbienie w utworze "Twerk", ja pierdolę.  –Ryszard Gawroński

Ducktails: Landscapes
[2009, Olde English Spelling Bee; 6.7]

Matt Mondanile to intrygująca postać – pogrywa sobie typ z dobrym skutkiem w Real Estate, ale w ramach Ducktails robi chyba jeszcze ciekawsze rzeczy. W ubiegłym roku pod tym szyldem wydał trzy (!) albumy, a żeby było śmieszniej to normalnie "jeden lepszy od drugiego". Próby jakiegokolwiek definiowania jego muzyki nie mają sensu, można pisać coś, że "na przecięciu wczesnego Ariela z kimśtam", ale w sumie po co? Landscapes to 40 minut, a jakże, muzyki tła, nieangażującej, na swój sposób relaksującej, ale przy tym intrygującej, uruchamiającej fascynujące łańcuchy asocjacji, które odsyłają i do klasyków i do artystów współczesnych. A na marginesie – nic nie dzieje się przypadkiem, Olde English Spelling Bee swoje wymiatania zaczęło wcześniej niż nam się mogło wydawać.  –Kacper Bartosiak

Group Doueh: Treeg Salaam
[2009, Sublime Frequencies; 6.5]

Ten album mógłby być nagrany przez jakichś nowojorskich freaków, napierdalających co się da i godzinami jamujących w wieloetnicznym towarzystwie. Został jednak nagrany w Saharze Zachodniej, dawnej kolonii hiszpańskiej, która po uzyskaniu niepodległości przez lata była nieustannie nękana konfliktami pomiędzy marokańskimi i mauretańskimi okupantami a nacjonalistycznym Frontem Polisario, reprezentującym miejscowych Sahrawi. Kraju o do dziś niejasnym statusie administracyjnym, od 20 lat tkwiącym w stanie zawieszenia - ani wojny, ani pokoju - którego prawie całe terytorium zajmuje kamienista hamada, niemalże pozbawionym infrastruktury i rozwiniętej gospodarki.

Treeg Salaam, co w dialekcie hassanija znaczy "Ulice pokoju", jest unikalnym świadectwem, że nawet w tak nieprzyjaznych miejscach, obok zagmatwanych wydarzeń politycznych, o których docierają do nas, lub nie, strzępki informacji, toczy się zwyczajne życie. Ludzie radują się, tańczą, wyprawiają wesela, kolekcjonują i nagrywają muzykę, której strzępki docierają do nas, lub nie, za pośrednictwem takich labeli jak choćby Sublime Frequencies.

Nagrania Group Doueh po raz pierwszy zostały zaprezentowane szerszemu gronu odbiorców na albumie Guitar Music From The Western Sahara, po uprzednim wygrzebaniu ich przez Hishama Mayeta w sklepiku muzycznym lidera zespołu, Salmou "Doueha" Baamara. Od razu spotkały się z dość dużym jak na tego typu wydawnictwo zainteresowaniem, zachwycając swą eklektyczną urodą, dla zachodniego ucha budzącą pewne skojarzenia chociażby z avant-folkową psychodelią Sun City Girls czy produkowanymi przez niejakiego Briana Jonesa The Master Musicians of Jajouka. Stylistycznie dryfowało to gdzieś pomiędzy hendriksowskimi inspiracjami, tishoumaren, czyli saharyjskim bluesem, tradycyjnym bębnieniem Maurów a muzyką Berberów. Album, pierwotnie wydany na winylu, został wznowiony na CD w większym nakładzie, a zespół Doueha odbył europejską trasę wraz z drugą gwiazdą Sublime - Omarem Souleymanem.

Podobnie jak zachodni debiut Group Doueh, ubiegłoroczny album to wybór tracków nagranych jakiś czas temu, w latach 89-96, o dość zróżnicowanej, choć współgrającej stylistyce. Pierwszy utwór, "Im Binat Omum", jest zbudowany na mocnych nabiciach tbal, tradycyjnego bębna, improwizowanym klaskaniu i arabskich zaśpiewach Doueha i jego żony Halimy, opartych na charakterystycznym dla afrykańskiej muzyki schemacie call and response. Całość uspójnia funkująca gitara z efektem wah-wah. Pewnym zaskoczeniem może być drugi kawałek. "Ragsa Jaguar" atakuje skrzeczącą, żrącą gitarą, chwilami brzmiącą, jakby została wyjęta z zagubionego w magazynach Matadora live demo-tape jakiegoś Jaya Reatarda. Z kolei na "Beatte Harab" Salmou sięga po tidinit, prostą lutnię, nieco przypominającą wyglądem i barwą amerykańskie banjo, którą akompaniuje sobie i synowi w wokalach, sprawiających wrażenie bardzo tradycyjnych. W następnym "Nabi el Mohamad" do równie korzennej muzyki w połowie utworu dołącza mocny, syntezatorowy bit, by wspólnie z przesterowaną gitarą stworzyć coś w rodzaju mauretańskiego punka. Dość niespodziewanie, po tych przedziwnych wyczynach, ostatni, prawie dwudziestominutowy "Tazit Kalifa" jest chyba najbliższy temu, z czym zwykło się kojarzyć muzykę saharyjskiej Afryki – sufickiemu mistycyzmowi i beduińskim śpiewom. Oczywiście tradycyjne brzmienie i struktura także i tutaj podlane są psychodelicznym sosem snującej się gitary i repetytywnego syntezatora.

Chyba nie trzeba podkreślać, że pod względem jakości nagrania, Treeg Salaam to przykład ekstremalnego lo-fi. Co dla jednych może być zaporą nie do przejścia, dla innych będzie jednak dodatkowym atutem. Bo ten album mógłby być nagrany przez jakichś nowojorskich freaków, napierdalających co się da i godzinami jamujących w wieloetnicznym towarzystwie. Został jednak nagrany w Saharze Zachodniej i jest nie tylko zbiorem ciekawych piosenek, ale także dokumentem, który nie powinien być rozpatrywany w oderwaniu od realiów historycznych, kulturowych czy ekonomicznych. Być może wczesne kawałki Ariela Pinka, nagrane w profesjonalnym studio za dużą kasę, stałyby się wielkimi hitami, ale w tym wypadku oddzielenie muzyki od technologii jest niewykonalne i jedyne, co można zrobić, to delektować się skrzeczącymi odgłosami. Równie saharyjskimi jak dźwięki tidinit czy tbal.  –Krzysztof Michalak

Yoga: Megafauna
[2009, Holy Mountain; 6.0]

W niedawnych spytkach Wojtek zwierzał się (pachnie skandalem), że w przyszłości chciałby usłyszeć hypnagogic-metal. Po pierwsze black-metal chyba od zarania był mocno hipnagogiczny (klawisze, nawiązania do shoegaze'u już od czasów Burzuma przedwięziennego), po drugie flirtujące z ambientem bogato umalowane pogranicza już wcześniej trzymały się zaskakująco blisko. Megafauna jest już ewidentnym znakiem, że synkretyzm rządzi światem a my jeszcze nie raz damy się zaskoczyć. Ubiegłoroczna Yoga to momentami tylko pochmurny, nic niewnoszący, ambient-noise, ale gdy dołączają do tego echa popapranej psychodelii ("Fourth Eye"), etno ("Wagion") czy jakiegoś (cholera) atari-blacku ("Encante"), to pasuję i oddaję głos do studia. Zajmujące.  –Jan Błaszczak







Reklama na Porcys?
reklama@porcys.com